Krzyczałam i szarpałam się, ale nie miałam szans z silnym uściskiem chłopaka. Łzy ciurkiem spływały mi po policzkach. Wydzierałam się jak nigdy w życiu. Czułam się zdradzona. James- mój przyjaciel oszukał mnie.
-Zostaw mnie, James! Proszę! Przestań!- prosiłam, wręcz błagałam, a on był nieugięty.
Gdy doszliśmy do końca ciemnej, nieznanej mi uliczki zaczął mnie całować. Starałam mu się wyrwać, niestety byłam bezsilna. Trzymał moje dłonie w żelaznym uścisku. Starałam się go kopnąć, ale napierał na mnie całym ciałem przez co nie miałam możliwości choćby ruszyć stopą.
-Pomocy! Ratunku!- wołałam, jak tylko odsunął swoją twarz od mojej. W jego oczach czaiła się wściekłość i... głód.
-Nie chcesz po dobroci? Lepiej bądź grzeczna- szepnął. Wszystko mnie bolało, lecz nie miałam zamiaru się poddać. Chłopak zdjął ze mnie kurtkę, a następnie ponownie przycisnął do murowanej ściany. Całował moją szyję, gdy ja płakałam i nieudolnie próbowałam mu się wyrwać. Wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Był ktoś kto wiedział gdzie jestem, że umówiłam się właśnie do tego kina i o tej godzinie miał się skończyć film.
-BRETT!- krzyknęłam najgłośniej jak tylko potrafiłam.-BRETT! POMOCY!
-Co ty tam mruczysz kochana?- szepnął mi do ucha James i odpiął zamek mojej sukienki.
-ZOSTAW MNIE ZBOCZEŃCU!- wydarłam się i z zamachem uderzyłam go w twarz. Niestety zaraz tego pożałowałam.
-Zadziorna- mruknął. Znów przygwoździł moje nadgarstki do ściany, a ja wzięłam głęboki raz i krzyknęłam "Brett!"
Nagle usłyszałam pisk opon i do uliczki wjechał jakiś motocykl. Zeskoczył niego jakiś facet- tylko tyle mogłam zauważyć przez oślepiające, białe światło maszyny. Ten "ktoś" podszedł do Jamesa i wymierzył mu celnego kopniaka w brzuch. Chłopak padł obolały na ziemię, a ja spojrzałam na mojego wybawcę. Nie zastanawiając się wtuliłam się w niego i zaczęłam szlochać.
-Już dobrze- szepnął do mnie i od razu poczułam się bezpieczna. Tylko on mógł mnie uratować i to dzięki niemu byłam cała i zdrowa.
Wziął mnie w ramiona jak małe dziecko i posadził na motocyklu.
-Zamknij oczy- poprosił. Natychmiast spełniłam jego prośbę. Moich uszu dobiegł tylko jęk Jamesa, a potem wtuliłam twarz pierś Bretta.
Przywiózł mnie do domu i pomógł dojść pod same drzwi, które uchyliła nam Rebbeca. Widząc mnie w zalaną łzami przeraziła się i krzyknęła: JACK! Zaraz zjawił się mój tata, który spojrzał na chłopaka ze zgrozą w oczach.
-Proszę pana...- zaczął, jednak ojciec mu przerwał.
-Coś ty jej zrobił, potworze!
-Ja ją tylko przywiozłem!- usprawiedliwił się i przytulił mnie do siebie. Tata chciał coś mu odpowiedzieć, ale odezwała się moja macocha.
-Musicie nam wszystko opowiedzieć. Wejdźcie.
Usiedliśmy wszyscy w salonie, gdzie Brett dokładnie opowiedział jak mnie znalazł.
-Więc, ja siedziałem z kumplem przed budynkiem kina. Wiedziałem, że Alice tam będzie, bo wcześniej sama mi o tym mówiła. Chciałem ją zobaczyć i tyle. Na ulicy zrobiło się pusto i Luke, to znaczy ten mój kolega stwierdził, że na niego już pora i wrócił do domu. Ja pomyślałem, że się rozejrzę po okolicy. No i wtedy właśnie usłyszałem jak ktoś woła moje imię. Nie zorientowałem się, kto mnie woła, ale pojechałem w tamtym kierunku. I... i zobaczyłem jak ten koleś dobierał się do Alice! A ona wołała o pomoc.- Pokręcił głową na to wspomnienie. W między czasie trochę się uspokoiłam. Siedziałam wtulona w chłopaka.
-Alice?- usłyszałam sopranowy głos Rebbecy.- Kto to był? Kto chciał cię skrzywdzić?
Spojrzałam znacząco na ojca. Wiedział z kim miałam spędzić ten wieczór.
-Niemożliwe- szepnął.
Do oczu znów napłynęły mi łzy. Mój bohater pogłaskał mnie czule po głowie. Starał się mnie po raz kolejny uspokoić.
-Tato, to James- odezwałam się po raz pierwszy. Od krzyku bolało mnie gardło i miałam paskudną chrypę.
-Wydawał się taki dobry, przecież się przyjaźniliście...- ojciec potwornie się zawiódł, zaś Rebbeca w milczeniu przeżywała całą tę sytuację.
-To ja może już pójdę- szepnął Brett, a ja spojrzałam w jego zielone oczy.
-Nie, proszę- szepnęłam błagalnie.
-Zostań dziś u nas na noc jeśli możesz, dobrze? Proszę cię o to ze względu na naszą córkę- powiedziała Rebbeca. Zrobiło mi się ciepło na sercu, że żona taty ma mnie za członka jej rodziny.
-No, niech będzie. Zadzwonię tylko do siostry i powiem jej o tym, żeby się nie martwiła.
Wstał i wyszedł na korytarz.
-Muszę mu podziękować- mruknął ojciec. Ja podeszłam do Bretta i pociągnęłam go w kierunku mojego pokoju. Jo nie odbierała, dlatego chłopa napisał jej wyjaśniającego sms'a.
-Przepraszam cię- odezwałam się, jak tylko usiadł na kanapie.
-Za co ty mnie jeszcze przepraszasz?- spytał marszcząc przy tym czoło.
-Za kłopoty.
-Przestań, Alice.
-Przy tobie czuję się bardzo bezpiecznie- mruknęłam.
-Posłuchaj mnie, Alice. Teraz jestem twoim przyjacielem i zamierzam się o ciebie troszczyć, tylko proszę. Niczego nie przyśpieszajmy. Niech to się samo jakoś toczy.
-Dobrze- westchnęłam.- Dziękuję. Dziękuję za wszystko.
-Dla ciebie wszystko- uśmiechnął się.
Zaczęłam ziewać, jednak za nic nie chciałam zasypiać. Bałam się koszmarów.
-Idź spać, ledwo trzymasz się na nogach- skarcił mnie Brett.
-Nic mi nie będzie. Poza tym nie mam ochoty na sen.
-Jak to? Alice, czy ty sama siebie słyszysz? Będę tu, nic ci nie grozi. Idź spać.
Westchnęłam, lecz posłusznie ułożyłam się na łóżku. Chłopak usiadł na kocyku i przyglądał mi się jak powoli odpływałam w objęcia Morfeusza.
-Kocham cię, piękna- szepnął i ucałował mnie w czoło. Dalej była tylko cisza i spokój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz