poniedziałek, 23 grudnia 2013

życzonka

Kochani z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia życzę Wam mnóstwa prezentów, zajebistej chłopaka/dziewczyny (co kto woli XD), miłej atmosfery w domciu i czego tylko zapragniecie. Do tego samych sukcesów, zera problemów i masy prawdziwych przyjaciół. Szalonego sylwestra i zabawy do białego rana. Zdrowych i wesołych moi drodzy. :) 

Dziękuję Wam za każde wejście, bo to motywuje. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie nas jeszcze więcej! 

Pozdrawiam:
byBellaaa


hahahahahahahaahahaha



rozdział 34

-Tak!- zawołałam. Chyba nie myślałam jasno, ponieważ w tej chwili nie czułam lęku, a przecież miałam skakać z pierwszego piętra...
-No to dalej- zachęcił mnie James, szczerząc się. Westchnęłam i zamknęłam oczy. 
Jednym ruchem przeskoczyłam metalową barierkę i zaczęłam spadać. Świst powietrza ogłuszył nie na kilka sekund, po czym poczułam jak ląduję w silnych ramionach. Zaśmiałam się jak dziecko i otworzyłam oczy. Twarz pięknego chłopaka była zaledwie kila centymetrów od mojej. Byłam jak zaczarowana. 
-Alice?- usłyszałam przepełniony bólem głos Bretta. Odwróciłam głowę w jego stronę. Wyglądał paskudnie. 
James opuścił mnie delikatnie na ziemię, jednak cały czas trzymał moją dłoń w swoim uścisku. 
-Teraz, idziemy wszyscy porozmawiać- powiedziałam.
-Możemy jechać moim samochodem- zasugerował James, patrząc na mnie. Starał się nie zwracać uwagi na nasze towarzystwo.
-Niech będzie- szepnęłam.
Byłam zirytowana świdrującym spojrzeniem Bretta. Widziałam w jego oczach ból, lecz nie potrafiłam mu pomóc.
Usiadłam na przednim siedzeniu, obok kierowcy. James odpalił silnik, ale nie mogliśmy jechać. Brett stał przed drzwiami i nie chciał wsiąść.
-Rusz dupę i wsiadaj!- warknął blondyn.
Brett spiorunował go wzrokiem, jednak posłuchał.
Po jakichś dziesięciu minutach ciszy zaczęłam się wiercić. Czułam, że długo nie wytrzymam. Na całe szczęście byliśmy prawie na miejscu. Skupiłam wzrok na przedniej szybie, a po chwili widziałam już koniec drogi. Wysiedliśmy z auta i chłopaki spojrzeli na mnie pytająco. Westchnęłam, po czym odwróciłam się na pięcie i skierowałam w stronę klifu. Od wieków nikt tu nie zaglądał, ale dawniej było to miejsce mnóstwa spotkań. Głównie przychodzili tu zakochani i byłoby tak do dziś, gdyby nie fakt, że klif się osuwał. Ziemia nie była już tak stabilna przez co istniało ryzyko upadku w dół, czyli w morską otchłań...
Szybkim krokiem zmierzałam do swojego celu. Słyszałam kroki moich przyjaciół. Byłam z lekka zdenerwowana, nie wiedziałam jak to się wszystko potoczy.
Zimny wiatr rozwiał mi włosy. Zaczęłam dygotać- konsekwencje braku kurtki. Otuliłam ramiona rękami i dzielna szłam naprzód.
-Alice, chcesz kurtkę?- usłyszałam zachrypnięty głos Jamesa. Odwróciłam się i zobaczyłam jak bez słowa ściąga okrycie. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Podszedł do mnie i delikatnie zarzucił mi skórzaną kurtkę na ramiona.
-Dziękuję- powiedziałam i pocałowałam go w policzek. Było mi trochę głupio, że przeze mnie będzie marzł, tyle że, mnie było tak potwornie zimno.
Znów się odwróciłam i nawet nie zerkając na Bretta podjęłam przerwany marsz. Mimo ciemności dało się dojrzeć lekki zarys ścieki. Szło się dość opornie, ponieważ wicher przybrał na sile.
Po jakimś czasie dotarliśmy do celu. W powietrzu unosił się słony zapach bryzy. Podeszłam do krawędzi klifu i spojrzałam w dół. Pode mną burzyła się czarna jak noc woda. Jeden mały krok i wpadłabym w tę otchłań...
-Alice?

środa, 18 grudnia 2013

zapraszam

Heyy <33
Wiem, wiem, że ostatnio rozdziały są publikowane co jeden, dwa, trzy, siedem dni, no ale cóż. XD 
hahaahaha dobra do rzeczy :33

REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA

Serdecznie zapraszam wszystkich:
-moich czytelników ♥
-fanów 1D
-wielbicieli super fanfiction
-zajebistych ziomków
na bloog mojej kochanej Patrycji <333
 |
 |
 |
 |
V

Ogólnie główna bohaterka to Joselyn, która pewnego dnia spotyka Harrego z zespołu One Direction. 
Historia dopiero się zaczyna, więc tym bardziej zachęcam do jej śledzenia. 
POZDRAWIAM CIĘ PATI ;**


rozdział 33

Obudziłam się na zimnej podłodze, cała zesztywniała. W pokoju panowały egipskie ciemności. Przymrużyłam oczy, czekając, aż przyzwyczają się do otaczającego mnie mroku. Z westchnieniem podniosłam się z podłogi. Bolała mnie głowa, jakby ktoś uderzył mnie młotkiem. Zwinęłam się w kłębek, na cieplutkim łóżeczku. Przymknęłam powieki i już zasypiałam, jednak usłyszałam jak coś delikatnie puka w okno. Powoli usiadłam i przeciągnęłam się. Podeszłam do uchylonego okna i stanęłam jak wryta. Na ulicy stał Brett, a w garści trzymał małe kamyki. Na mój widok opuścił dłoń i uśmiechnął się. Otworzyłam drzwi balkonu, co jeszcze bardziej go ucieszyło, ale nie przewidział mojej reakcji.
-Wynoś się stąd!- syknęłam. Widać było, że nie jest już tak pijany, jak wcześniej. Jego twarz była umazana zaschniętą krwią, wyglądał strasznie.
Po moich słowach zbladł. Nie spodziewał się czegoś takiego. Odwróciłam się na pięcie i zamknęłam szklane drzwi i okno. Usiadłam przy biurku, by zapalić małą lampkę. Teraz nie było już mowy o śnie. Z szuflady wyjęłam szkicownik oraz różowy, futerkowy piórnik. Na kratkowanej kartce zaczęłam wypisywać wszystkie wyzwiska, jakie przychodziły mi do głowy. Idiota, palant, świnia, cham, pustak, dureń, kretyn...
Dopiero, gdy mokra plama skapnęła na papier uświadomiłam sobie, że głośno szlocham. Ukryłam twarz w dłoniach, chcąc zniknąć. I wtedy przypomniałam sobie słowa Tori, które zapisane miałam w liście od niej. Myślała, że Brett będzie moim księciem z bajki, że będziemy razem szczęśliwi.
Myliła się.
Wyszło na to, że chłopak był skończonym dupkiem, a ja byłam w nim całkowicie zakochana. I to był właśnie problem. Kochałam tego drania, mimo wszystko. Nie potrafiłam o nim zapomnieć, a niczego innego tak bardzo nie chciałam.
Podniosłam głowę, ponieważ znów dało się usłyszeć irytujący odgłos małych kamieni, uderzających w okno. Dosyć tego, pomyślałam. Rozwścieczona poderwałam się z krzesła, zabierając z biurka kartkę papieru i wyszłam na balkon.
Brett być skołowany, sama nie wiem czemu. Albo nie spodziewał się, że jeszcze raz wyjdę na balkon, albo zgasił go widok mojej zapłakanej twarzy. Kto wie, może jedno i drugie...
-Zabieraj się stąd! Już!- krzyknęłam.
W odpowiedzi chłopak tylko pokręcił głową, więc rzuciłam w niego zgniecioną kartką. Oparłam ręce o metalową balustradę. Widziałam jak Brett czyta mój "list", a jego twarz wykrzywia jakiś grymas, lecz nic mnie to nie obchodziło. Miał za swoje. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Żeby raz na zawsze rozwiązać ten problem. Weszłam do pokoju i podniosłam swoją komórkę. Szybki ruchem wybrałam odpowiedni numer, by po chwili rozmawiać z James'em.
-Halo, Alice?- spytał. Jego głos zadziałał na mnie dość uspokajająco.
-Cześć. Nie obudziłam cie?
-Nie, nie. A co?
-Wiesz, to trochę głupie, ale chciałam cię o coś prosić. Mianowicie, czy mógłbyś przyjść pod mój dom?
-Nie ma problemu, tylko powiedz mi, po co?- zaśmiał się do słuchawki. Poczułam suchość w gardle, nie wiedząc jak to chłopakowi powiedzieć.
-Noo, to jest tak, że Rebbeca śpi, a ja muszę wyjść i to natychmiast. Gdybyś pomógł mi zejść z balkonu...
-Ej, zaczekaj. Ja chcę, żebyś mi wyjaśniła, po co chcesz w ogóle wychodzić gdzieś o tej godzinie i to bez wiedzy twojej mamy.
-Brett tu przyszedł- wyszeptałam.
-Ten gnój tam jest?!
-James, posłuchaj mnie teraz uważnie. Przede wszystkim opanuj się.
-Jestem spokojny- burknął.
-Widzę właśnie. Dobra nieważne! Chodzi mi o to, że chcę z nim porozmawiać. Dać mu do zrozumienia, że popełnił taki błąd, którego już mu nie wybaczę.
-I ja mam cię tam puścić samą?
-Nie. Myślałam, żebyś ze mną poszedł. Nie wiem, co Brettowi przyjdzie do głowy, a z tobą będę się czuć bezpieczniej- powiedziałam. Mój głos drżał od emocji.
Usłyszałam jak James bierze głęboki wdech.
-To jak? Przyjdziesz tu?
-Okey, będę za piętnaście minut.
-Dziękuję.
-Do usług, piękna- powiedział i się rozłączył.
Doskoczyłam do szafy i wyjęłam z niej czarne rurki i czerwoną bluzkę. Wciągnęłam na nogi trampki i wyszłam na balkon.
-Alice, porozmawiajmy- zaczął zielonooki chłopak.
-Przymknij się- warknęłam. Rozejrzałam się i wróciłam do pokoju. Do kieszeni włożyłam tylko telefon. Chciałam zabrać też kurtkę, niestety była na dole na wieszaku, a nie ryzykując pobudki macochy nie mogłam tam zejść. Westchnęłam i otworzyłam małą szufladkę. Wyjęłam z niej szczotkę i rozczesałam włosy. Po raz kolejny wyszłam na balkon. Starałam się jak najszczelniej przymknąć drzwi.
Nie czekałam długo. Za końcu ulicy zobaczyłam jakiś samochód, który zawrotną prędkością podjechał pod mój dom. Wyszedł z niego wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Bezszelestnie podszedł pod sam balkon i spojrzał w górę, kompletnie ignorując przy tym Bretta.
-Gotowa?- zapytał szczerząc się James.

środa, 11 grudnia 2013

rozdział 32

Odskoczyliśmy  od siebie jak oparzeni. Czułam jak się rumienię....
-ALICE NATYCHMIAST DO DOMU!- wydarła się Rebbeca.
-Muszę już iść- szepnęłam. Na twarzy Jamesa widniał szeroki uśmiech.
-Taa, rozumiem- mrugnął do mnie. Nachylił się i jeszcze raz mnie pocałował, ale tym razem był to krótki, choć bardzo słodki pocałunek. Jak tylko się ode mnie odsunął mimowolnie westchnęłam. Odwrócił się i wszedł do taksówki. Zaśmiałam się cicho i otworzyłam drzwi mieszkania.
Przede mną stała rozwścieczona Rebbeca. Na pierwszy rzut oka zorientowałam się w czym tkwił problem, macocha rozpoznała Jamesa, a w jej oczach nie miał przecież dobrej opinii.
-Cześć- odezwałam się, spuszczając oczy. Nie potrafiłam mierzyć się z jej karcącym spojrzeniem.
-Co ty sobie myślisz?!- krzyknęła.
-To nie tak, mamo. Ja wiem jak to wygląda, ale to nie tak.
-Czyli, nie całowałaś się z chłopakiem, który niedawno cię zaatakował?
-Eee... no może nie do końca.
-Alice!
-Tyle się dzisiaj działo, że mogłabyś najpierw mnie wysłuchać, a nie od razu wyciągasz jakieś pochopne wnioski. Daj mi to wszystko jakoś wyjaśnić, proszę.
Rebbeca wzięło głęboki oddech i skierowała się do salonu. Usiadłyśmy na kanapie, gdzie w spokoju mogłyśmy porozmawiać. W duchu dziękowałam, że ojciec jeszcze nie wrócił z planu.
Kiedy relacjonowałam mamie moje dzisiejsze przygody, słuchała w milczeniu. Widać było, że starała się opanować i mi nie przerywać.
-No i tak jakoś wyszło, że mnie pocałował- zakończyłam, oblewając się rumieńcem.
-Oj dziecko, co to się porobiło. Domyślasz się pewnie, że nie podoba mi się to całe zamieszanie z James'em.
-Tak. Tylko, zauważ, że wcześniej byliśmy przyjaciółmi. A dzisiaj mnie obronił...- przerwałam. Ciągle było mi ciężko, z powodu głupich wyczynów Bretta. Nie potrafiłam mu tego wybaczyć. Za wiele dla mnie znaczył.
-Nie wiem co myśleć.
-Ja też nie. Jednak uważam, że mogłabym dać mu jeszcze jedną szansę. Poza tym sami mówiliście, z tatą, że potrzebni mi przyjaciele.
-Ale nie tacy, Alice.- Westchnęła. Spojrzała na mnie z troską.
-Dam sobie radę, mamo. Zaufaj mi.
-Ufam, kochanie, ufam.
Przytuliłam ją i poszłam do swojego pokoju. Przymknęłam drzwi i usiadłam na podłodze. Głośno westchnęłam. Co ja narobiłam? Czy ja do reszty zgłupiałam?
Zamknęłam oczy i poddałam się fali zmęczenia, która pojawiła się jakby znikąd.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

niedziela, 8 grudnia 2013

rozdział 31

Wyszłam z James'em z jego mieszkania, gdy wybiła ósma. Powoli się ściemniało.
Szliśmy szeroką alejką nic nie mówiąc. Czułam się już lepiej. Niby wciąż byłam zraniona i czułam potworny żal do Bretta, ale w jakimś stopniu się z tym... pogodziłam? Nie, to nie było to. Pogodzić się z tym nie umiałam. Lepiej brzmi, że zrozumiałam to co się stało. Nagle przyszło mi coś do głowy. Co pomyślał sobie o tym wszystkim James? Obronił mnie przed chłopakiem, który wcześniej uratował mi życie i którego wcześniej kochałam. To było chore.
-James?
-Tak?- spojrzał na mnie. Jego twarz rozświetlił słodki półuśmiech.
-Powiedz mi, tylko szczerze, co myślisz o tym co się dzisiaj działo?
Nie odpowiedział od razu. Spuścił wzrok i wziął głęboki oddech. Pokręciłam głową, pewnie miał mnie za idiotkę, która daje się poniewierać facetowi. Albo gorzej, mógł sobie pomyśleć, że go okłamałam z tym pożarem. Przestraszyłam się.
-Alice, jak mam być szczery to myślę, że to kawał gnoja. Wcześniej, jak mnie tak pobił to zrobił na mnie wrażenie. No wiesz, zdobył mój szacunek broniąc cię. Ale dzisiaj...
-On nigdy wcześniej się tak nie zachowywał.
-Możliwe, ale nie powinnaś go teraz usprawiedliwiać. Przecież on mógł cię skrzywdzić!
-Nawet sobie nie wyobrażałam, że może coś takiego zrobić. Tłumaczę ci, że nigdy nie widziałam, żeby pił chociaż jakiegoś drinka, a co dopiero, żeby był tak pijany.
Skręciliśmy w bardziej zatłoczoną część parku. Latarnie uliczne już się zapalały.
-Odpowiesz mi na jedno pytanie?- spytał po chwili James.
-To zależy...
-Od czego?
Prychnęłam.
-Strzelaj.
-Nadal go kochasz?
Tym pytaniem zbił mnie z pantałyku. Otworzyłam szerzej oczy, by po chwili je zamknąć. Jedną ręką poprawiłam nerwowo grzywkę.
-Alice?- jego głos był pełen niepokoju. Staliśmy na brzegu ścieżki, a mijający nas ludzie kompletnie się nami nie interesowali.
-Nie wiem- wyszeptałam. Słona strużka spłynęła mi po policzku, więc ukryłam twarz w dłoniach.
-Wybacz...
Bez zastanowienia wtuliłam się w chłopaka. Uroczym gestem pogładził mnie po włosach, starając się mnie jakoś uspokoić. Westchnęłam. To wszystko w jednej chwili stało się takie skomplikowane. Moje życie stanęło do góry nogami. Przygryzłam wargę, ponieważ kolejne łzy cisnęły mi się do oczu.
-Czekaj, weźmiemy taksówkę.
James podszedł do ulicy i jednym machnięciem ręki przywołał taksówkę. Złapał mnie za rękę i pociągnął do samochodu.
Siedzieliśmy z tyłu, gdzie mogłam spróbować dojść do siebie. Chłopak wyjął z kieszeni paczkę chusteczek i podał mi jedną. Przetarłam oczy do sucha i spróbowałam się uśmiechnąć. Ułatwił mi to widok mojej twarzy w wyświetlaczu telefonu. Wyglądałam koszmarnie i tylko, i wyłącznie z tego powodu roześmiałam się. Było to po prostu głupie, no ale cóż. Widząc moją reakcję James również wybuchł śmiechem.
Dojechaliśmy pod mój dom około godziny wpół do dziesiątej.
-To tu teraz mieszkasz?- zapytał blondwłosy chłopak, zamykając drzwi taksówki.
-Zgadza się- posłałam mu lekki uśmiech.
Odprowadził mnie pod drzwi i już miał zrobić krok w tył, by wrócić do samochodu, ale się zawahał. Stałam oparta o drzwi i patrzałam w jego oczy. Przyglądaliśmy się sobie jak zaczarowani i wtedy James zrobił to, czego mogłam się już po nim spodziewać. Pocałował mnie. Ten pocałunek różnił się od wcześniejszych. Po pierwsze, był nieśmiały, słodki. Po drugie, ja się nie opierałam. No, a na koniec, przerwał nam przeraźliwy wrzask mojej macochy...

sobota, 7 grudnia 2013

rozdział 30

-Chodź- szepnął James.
Przełamałam się i otworzyłam oczy. Przerażona zakryłam usta dłonią. Brett... Leżał pobity na ziemi. Wydawał się tak strasznie cierpieć...
-Jak mogłeś?- krzyknęłam. Kochałam go, teraz byłam tego pewna.- Kochałam cię!
-Alice, uspokój się. To ni nie da- James otoczył mnie ramieniem. Łkałam i szlochałam. Czułam taki ból...
-Kochałam! Rozumiesz?! Kochałam. Jesteś idiotą...
-Alice, chodź. Zostaw go.
-Ja go kochałam, wiesz? Naprawdę go kochałam, a on tak po prostu...Nie wierzę!- rozpłakałam się na dobre. Przez łzy widziałam wszystko jak przez mgłę, cały obraz mi się rozmywał. Byłam taka zrozpaczona. 
-Śmieszna jesteś- wymamrotał Brett. Próbował się podnieść, ale ciągle był pijany. Wreszcie udało mu się wstać. Zmierzyłam go spojrzeniem i przyłożyłam mu w twarz. Padł jak długi. 
-James, zabierz mnie stąd- wyszeptałam. Twarz całą miałam mokrą. 
-Oczywiście- powiedział chłopak. Przytrzymał mnie w talii i pozwolił bym oparła się o niego. 

***

Siedziałam na beżowej kanapie w salonie nowego mieszkania Jamesa. Od niedawna mieszkał sam, bez rodziców. W dłoniach trzymałam gorący kubek, pełen słodkiej herbaty. Wpatrywałam się w niego, nie wiedząc co począć. James siedział obok. W pogotowiu trzymał pudełko chusteczek, które wcześniej opróżniłam niemal do połowy. Czułam się zdradzona, oszukana i taka... odrzucona. Tak, to było właściwe określenie. Czułam się odrzucona, jak nigdy przedtem. 
-Alice, spójrz na mnie, proszę- cicho powiedział James. Podniosłam wzrok, wyglądał na zaniepokojonego.
-Boję się o ciebie...
-Nic mi nie jest.
-Alice, nie jesteś ze stali- zaczął. Wiedziałam, że miał rację, jednak ze wszystkich sił starałam się sama sobie mydlić oczy. Pragnęłam być ze stali i mieć tego dupka, który był mi powietrzem.
-Wiesz, że jestem twarda.
-Do cholery, przejrzyj na oczy!
-Po co?- zapytałam i odłożyłam kubek na stolik.- James, chyba powinnam już iść...
-Nie, błagam. Porozmawiaj o czymś innym, zgoda? Proszę, cię nie zostawiaj mnie.
Westchnęłam i spojrzałam na zegar na ścianie. Dochodziła druga po południu.
-Moja mama będzie się denerwować, że nie ma mnie na obiedzie.
-Zamówimy pizzę- uśmiechnął się. Wzruszyłam ramionami na znak zgody. Chłopak wyszedł zadzwonić z zamówieniem, a ja wysłałam sms'a do Rebbec'y, że wrócę późno.
James wrócił do pokoju i włączył 4funtv. Usiadł obok mnie i przekrzywił głowę z zaciekawieniem. 
-O co chodzi?- zapytałam. 
-Twoja mama jest w domu? Wcześniej mówiłaś, że ona...
-Kojarzysz żonę mojego taty? Rebbeca, ona teraz zastępuje mi matkę- szepnęłam. 
James zbliżył się do mnie i przytulił mnie. Potrzebowałam tego. W chwili gdy wtuliłam twarz w jego silne ramiona, uświadomiłam sobie, że czuję się w nich bezpieczna. Chłopak jakby czytał mi w myślach.
-Zaopiekuje się tobą, naprawdę obiecuję. Nigdy więc cię nie skrzywdzę. Zależy mi na tobie- ostatnie zdanie powiedział prawie, że bezgłośnie.Pogładził mnie po włosach i musnął ustami czubek głowy.

Jedliśmy pizzę i śmialiśmy się rozmawiając o nowym życiu Jamesa.
-Naprawdę zaczynasz zupełnie wszystko od początku?- spytałam. Przyglądałam mu się z uśmiechem.
-Tak. Wyprowadziłem się od rodziców i postanowiłem chociaż spróbować się zmienić. Wiedziałem też, że chciałbym zasłużyć na pewną czarującą dziewczynę- mrugnął do mnie. Sięgnął po butelkę coli i rozlał ją do dwóch szklanek.
-No, a jak to jest, uczysz się jeszcze? Czy chodzisz do pracy?
-Wiesz, rzuciłem szkołę- zaśmiał się. Upił łyk napoju, a potem dokończył.- A do roboty mi jeszcze daleko.
-Ja już chyba do szkoły nie wrócę...
-Więc jaki masz plan?
Zamyśliłam się i spojrzałam w okno. Zastanawiałam się od kilku dni, co teraz będzie.
-Szczerze, to nie mam pojęcia- mruknęłam.- Chciałabym skończyć jakąś szkołę muzyczną, albo coś takiego, ale nie wiem jak się do tego zabrać. To wszystko mnie przerasta. Tak naprawdę to ja jeszcze się nie pozbierałam po tym wszystkim.
-Rozumiem...
-Wcale nie.
-Może i masz rację, nie będę się sprzeczał, ale i tak myślę, że jesteś bardzo silna. Szacun.
-Dziękuję- szepnęłam i oparłam głowę o jego ramię.- Dziękuję, za wszystko.
-Przepraszam...- szepnął.

rozdział 29

Siedziałam z James'em na ławce dość długo. Rozmawialiśmy praktycznie o wszystkim, zaliczając po kilka tematów na raz. Przebiegało to w miarę swobodnie, często się uśmiechałam. Nabrałam odwagi i pewności siebie, a strach odłożyłam na bok. Byłam świadoma, że powoli nabieram do chłopaka zaufania. Zaczęłam rozpoznawać starego przyjaciela. Zdawał się być ze mną szczery, wyczuwałam jego szczere chęci, przynajmniej tak i się zdawało. W pewnej chwili, jednak James zapytał mnie wprost:
-Kim jest, ten koleś, z którym ostatnio cię widziałem?
Odwróciłam wzrok i skupiłam się na swoich paznokciach.
-To skomplikowane...
-Ej, mieliśmy się bliżej poznać. Ja powiedziałem ci całą prawdę, o tych wszystkich laskach, z którymi się spotykałem. Żadna nic dla mnie nie znaczyła.
-James, to nie takie proste. Ten chłopak ma na imię Brett i...- westchnęłam i spojrzałam mu prosto w oczy. Jego tęczówki przyciągały jak magnesy.- On mnie uratował z pożaru, który, no cóż, sama wywołałam.
-Że co?
-To co słyszałeś, głąbie. Próbowałam popełnić samobójstwo, a Brett mnie uratował- skończyłam. Twarz James'a jeszcze przed sekundą wyrażała jedynie zaciekawienie wymieszane z dociekliwością, ale po moich słowach wyrażała jedynie szok i niedowierzanie.
-Dlaczego chciałaś...- celowo nie skończył. Może się przesłyszałam, bo usłyszałam w jego głosie troskę, a może ból?
-Straciłam matkę, a jakieś dwa dni później Tori odebrała sobie życie.
-Tori?
-Ochh, blondynka, moja najlepsza przyjaciółka.
-A już wiem. Chyba kojarzę.
-Nie mogłam tego znieść. Cały czas tylko płakałam. Z nikim nie potrafiłam zamienić choćby słowa, a co dopiero komukolwiek się zwierzyć. Zamykałam się w sobie, dusząc te bolesne przeżycia.
Pokręciłam głową. Wcześniej wspomnienie paliły mnie od środka, ale teraz? Teraz siedziałam na ławce w parku, z moim niedoszłym przyjacielem i opowiadałam mu historię z życia wziętą.
-Brett, on mnie uratował. Zabrał z płonącej kamienicy w ostatniej chwili. Zawdzięczam mu życie...
-Czy wy jesteście razem?- zerknął na mnie nieśmiało. Posłałam mu smutny uśmiech.
-To właśnie jest ta trudna część, wiesz? Przez krótką chwilę byliśmy parą, tyle że to wszystko potoczyło się tak szybko. Ustaliliśmy, że zostaniemy przyjaciółmi na jakiś czas, a potem się zobaczy.
Spojrzałam w niebo i wzięłam głęboki wdech. Myślałam, że to miłość... Że kocham Bretta, ale po dzisiejszym zamieszaniu zwątpiłam.
-Chodź, pójdziemy na drinka, okey?- zapytał James. Stał przede mną i wyciągał dłoń. Złapałam ją i wstałam. Sięgnęłam po kurtkę i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę ruchliwej ulicy.
-O czym myślisz?- spytał. Podniosłam głowę do góry, chcąc spojrzeć chłopaka.
-O tym co z nami będzie. Chcę, żebyś został moim przyjacielem, ale nie wiem czy jesteś wart mojego zaufania.
Zatrzymał się i chwycił moją dłoń w swoją. Przyjrzał mi się i wyszeptał.
-Alice, przysięgam, że nigdy więcej cię nie skrzywdzę. Choćby nie wiem co się miało stać.
W odpowiedzi pokiwałam głową i spojrzałam na nasze splecione dłonie. Podążył za moim wzrokiem i w ciszy obserwowaliśmy jak nasze palce wspólnie się krzyżowały.
Nagle z kieszeni spodni James'a wydobył się głośny dzwonek telefonu. Natychmiast puściłam jego rękę.
-Sorry- mruknął do mnie, po czym odebrał.
-Halo?- powiedział. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam nucić "Unconditionally". Nie słuchałam rozmowy chłopaka. W ogóle mnie nie obchodziła. Zrobiłam piruet, w chwili dotarcia do refrenu piosenki. Nuciłam ją w miarę głośno. Przymknęłam powieki, kręcąc się jak głupia. W pewnej chwili, sama nie wiem dokładnie kiedy, zaczęłam śpiewać. Zachowywałam się jak dziecko, śmiejąc się, tańcząc i śpiewając na środku chodnika.
Skończyłam swój mały występ. Jeszcze tylko cichuteńko nucąc ostatnie nuty.
-Bezwarunkowo?- usłyszałam. Był to Brett. Wciąż był pijany, ledwo trzymał się na nogach. Śmierdziało od niego alkoholem i papierosami. Zrobiłam krok w tył, ale za mną było wysokie na jakieś półtora metra ogrodzenie.
-Alice!- tym razem krzyknął James i chyba po raz pierwszy w życiu poczułam się bezpieczniej na dźwięk właśnie jego głosu.
Brett odwrócił się, próbując zlokalizować przeciwnika. Spróbowałam uciec, ale mimo nadmiaru alkoholu chłopak miał dobry refleks i złapał mnie za ramię. Wrzasnęłam na całe gardło. Łzy napłynęły mi do oczu. Nigdy, ale to przenigdy bym się nie spodziewała, że role się odwrócą. Teraz mój wcześniejszy bohater, który był całym moim światem, trzymał mnie w żelaznym uścisku, chcąc mnie zranić, zaś James, który jeszcze niedawno był tym złym charakterem okazał się moim wybawcom.
James kopnął Bretta w łydkę, od czego tamten stracił równowagę i poluźnił uścisk. Nabrałam powietrza i ze wszystkich sił przyłożyłam chłopakowi łokciem w brzuch. Kompletnie się nie spodziewał tego z mojej strony, więc atak był tym bardziej udany. James pomógł mi się wydostać z jego bolesnych objęć. Byłam kompletnie przerażona, trzęsłam się i łkałam. W poczuciu bezradności schowałam się za plecami zdeterminowanego blondyna.
-Alice, zamknij oczy- rozkazał, a ja natychmiast posłuchałam, nie trzeba było mi powtarzać dwa razy. James odsunął się ode mnie, więc zatkałam uszy. Niestety, mimo tej ochrony i tak dotarł do mnie odgłos jęków pijanego Bretta.

poniedziałek, 25 listopada 2013

rozdział 28

Biegłam na oślep. Jedyne czego wtedy chciałam, to, aby okazało się, że śnię. Niestety, nie ma tak dobrze. Usłyszałam pisk Jo i odwróciłam się ze zgrozą. James trzymał w żelaznym uścisku spanikowaną dziewczynę.
-Nie tak prędko, koleżanko- powiedział. Lustrował mnie spojrzeniem. Wiedziałam, że nie mogłam tak po prostu zostawić Jo. Przecież nie była niczemu winna.
-James...- szepnęłam. Nabrałam powietrza do płuc  i powolutku zrobiłam krok w jego stronę.- Wypuść ją, to... to pójdę z tobą. Pójdę i porozmawiamy. Na spokojnie.
Skrzywił się, jakby wyczuł jakiś podstęp. Poczułam suchość w gardle, ale zrobiłam kolejny malutki krok naprzód. Wyciągnęłam lekko dłoń w kierunku blondyna.
-James, wypuść tę dziewczynę, to pójdziemy porozmawiać, okey?
-Kim ona jest?- warknął. Już miałam  odpowiedzieć, że moją przyjaciółką, ale ugryzłam się w język.
-Nie wiem. Naprawdę...
-To czemu mam ci wierzyć, że jak ją puszczę to ze mną pójdziesz? Zaryzykujesz dla drogiej nieznajomej?- zakpił. Zrobiłam jeszcze jeden krok w jego stronę. Stałam tuż obok niego. Widziałam błaganie w oczach Jo.
-James, nie mam pojęcia kim ona jest, ale ty dobrze wiesz, że musimy się sami dogadać.
Przyjrzał mi się, jakby chciał ocenić, na ile może mi wierzyć. Odważyłam się zrobić coś zupełnie bezsensownego i głupiego, mianowicie delikatnie się uśmiechnęłam.
Chłopak jak na zawołanie opuścił ręce. Jo schowała się za moimi plecami.
-Alice- powiedziała bezgłośnie, by prześladowca jej nie usłyszał. Jej łzy poczuły moją koszulkę.
-Dziewczyno, posłuchaj mnie.- Złapałam ją mocno za ramiona i spojrzałam w oczy.- Nikomu, nic nie mów, pod żadnym pozorem, tylko o to cię proszę. A teraz zabieraj się stąd. Uciekaj.
Odsunęłam się i nie patrząc za siebie podeszłam tak blisko Jamesa, na ile wystarczało mojej odwagi. Pociągnęłam go za skrawek białego T-shirtu i skierowaliśmy się w stronę postoju TAXI. Za ostatnią stojącą taksówką skręciliśmy w ponurą alejkę i szliśmy dalej w ciszy do parku.
Rozłożyłam swoją kurtkę na wilgotnej ławce i usiadłam krzyżując nogi.
-No więc?- zapytałam hardo. Nabrałam nieco pewności siebie, chociaż byłam wstrząśnięta. Przed oczami przewijały mi się różne straszne widoki, pijany Brett, łzy i bezbronność Jo oraz potworne oblicze Jamesa.
-Powinniśmy zaczekać na twojego kochasia, nie uważasz?- zapytał z szerokim uśmiechem.
-Nie, myślę, że to sprawa między nami.
-Och. No, szkoda, że się nie zgadzamy. Tylko, to była nasza sprawa, dopóty, dopóki nie dał mi w ryj- skrzywił się.
-Ja tam mu się nie dziwię- mruknęłam. Byłam z siebie dumna, że potrafiłam z nim tak dyskutować, mimo tego, że wciąż się go bałam...
Podszedł do mnie i przytrzymał moją twarz palcem wskazującym.
-Trochę pyskata się zrobiłaś- szepnął mi do ucha. Zadrżałam.
Zaśmiał się głośno.
-Co się z tobą stało, James...
-Mam propozycję- mrugnął.- NIE, do odrzucenia.
Spuściłam głowę, a moje włosy przysłoniły twarz. Nie musiałam oglądać oblicza tego potwora.
-Jaką?
-Na spokojnie... poznamy się.
Zaskoczona prychnęłam. Jego zachowanie było niemal żałosne, a jednak nie miałam wyboru.
-Słuchaj, zrobimy tak. Będziemy się spotykać i poznawać. Ja obiecuję, żadnych odpałów, a ty nie będziesz nikogo w to mieszać, co?
-To miałoby sens, ale wytłumacz mi coś, proszę.
-Czego?- burknął. Podniosłam na niego wzrok. Przyglądał mi się z wyższością.
-Zawsze byłeś moim przyjacielem... możemy to uratować.
-Zgadzam się.
Ze zdumieniem otwarłam szerzej oczy. To wszystko było chore. Przysięgłabym, że jeszcze kilka minut temu bałam się tego kolesia, a teraz... droczenie się z nim sprawiało mi jakąś dziwną przyjemność.
-Palisz?
-Raczej.
-Pijesz?
-Czasem, ale bez przesady- wybuchnął śmiechem.
-Ćpasz?
-Bez nerwów, Alice. To wciąż ja.
-Czyli tak...
-Nie! Ogarnij się.
-Aha...
Usiadł obok mnie i trącił łokciem.
-Pamiętasz jak przyszedłem pierwszy raz do twojej szkoły?
-Jasne. Wszytkie dziewczyny się na ciebie rzucały, a ja powiedziałam tylko "nara".
-Tsaa... po tych słowach wiedziałem, że jesteś wyjątkowa.
-Jesteś wariatem.
-A ty idiotką, tak bez obrazy.
Miał rację. Kto normalny spotyka się z agresywnym i porywczym dupkiem? Oczywiście, że nikt.

niedziela, 24 listopada 2013

rozdział 27

Dziś. Godzina dwudziesta. Plac główny, w parku. 

Powolnym ruchem kliknęłam przycisk "wyślij". Siedziałam na podłodze, na drżących kolanach trzymając laptop. Podjęłam chyba jedną z najważniejszych decyzji swojego życia i wcale się z tego nie cieszyłam. Gapiłam się tępo w ekran komputera. Omal nie dostałam zawału, gdy usłyszałam sygnał odebranego e-maila. Ze łzami w oczach upewniłam się, że była to zwykła reklama. Byłam kłębkiem nerwów, przez co bałam się zupełnie wszystkiego. Westchnęłam i włączyłam youtube. W wyszukiwarkę wpisałam "What Makes You Beautiful" i weszłam w pierwszy link. Była to moja ulubiona piosenka zespołu One Direction. Tak, nosiłam glan i słuchałam one direction. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w znany utwór. Musiałam się wyciszyć. Po chwili śpiewałam wraz z wokalistami. 
Wstałam z podłogi, a komputer odłożyłam na biurko. Otworzyłam na oścież drzwi balkonowe i zachłysnęłam się świeżym powietrzem. Przeciągnęłam się i  przebrałam w spodnie moro i czarną koszulkę. Zbiegłam po schodach i wyjęłam z szafy ciężkie buty. Zawiązałam je najmocniej jak potrafiłam. Zarzuciłam na ramię skórzaną kurtkę i wybiegłam z domu. W kieszeni miałam tylko telefon i portfel. Szłam śmiało naprzód. Wyparłam z siebie cały lęk. Oparłam się o metalowy płot w oczekiwaniu na jakiś autobus. Po chwili zjawił się niemal pusty. Wsiadłam do niego. Jechałam do centrum, ot tak, żeby tam pojechać.
Wysiadłam przy nieczynnej galerii handlowej. Była niedziela, do tego rano. Wokół opustoszałe ulice i cisza. Rozejrzałam się i ku mojemu zdziwieniu zauważyłam jakiś bar. Świecący szyld był dla mnie jasnym znakiem, że lokal był otwarty. Przymrużyłam oczy i rozpoznałam wysoką dziewczynę, szarpiącą jakiegoś kolesia za rękaw. To była Jo, a ciągnęła... Bretta. Powoli zbliżałam się do nich. Nie byli w stanie mnie zauważyć. Jo stała do mnie bokiem, próbując zmusić brata do podniesieni się z krzesła. Słyszałam jak coś do niego krzyczy, a on odpowiadał jej śmiechem. Przy stoliku siedział jeszcze jakiś facet z dziewczyną na kolanach. Oni również się śmiali. Byłam coraz bliżej. Wtem usłyszałam swoje imię. Stanęłam jak wryta.
-Ocknij się, kretynie!- krzyczała siostra Bretta.- Miałeś się dzisiaj zobaczyć z Alice! Ale jesteś idiotą!
Nie odpowiedział jej. Przekrzywiłam głowę i wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Chłopak nareszcie mnie zobaczył. Posłał w moim kierunku głupkowaty uśmiech- był kompletnie pijany. Jo odwróciła się, by zobaczyć co przykuło jego uwagę. Na mój widok przestraszyła się. Podeszłam bliżej i stanęłam na wprost zielonookiego chłopaka.
-Ile ty wpiłeś? Jesteś z siebie zadowolony?- spytałam krzywiąc się. W życiu bym się tego po nim nie spodziewała.
I znów ten uśmieszek. Wszystko się we mnie gotowało, byłam wściekła.
-Tak ci wesoło, może woda ci pamięć odświeży- powiedziałam, po czym chwyciłam ze stołu szklankę, w której (chyba) była woda i prysnęłam mu nią w twarz. Dziewczyna za mną zaśmiała się piskliwie, podobnie mężczyzna, który trzymał ją na kolanach. Jo przyglądała mi się z niepokojem, za to jej brat... Jej brat przejechał dłonią po mokrych włosach i pokręcił głową na prawo i lewo. Zaraz potem spojrzał na mnie. Wzrok miał wciąż zamglony, ale doszukałam się w nim pewnej trzeźwości.
-Alice...- szepnął.
Zrobiłam trzy kroki do tyłu. Wstał i spróbował do mnie podejść, lecz mocno się zachwiał. Ledwo trzymał się na nogach. Kilka słonych kroplo spłynęło mi po policzkach. Zawiodłam się na nim.
Musiałam stamtąd odejść. Otarłam wierzchem dłoni mokre oczy i udałam się w kierunku, z którego przyszłam.
-Alice, zostań!- bąknął Brett.
-W dupe mnie pocałuj!- wrzasnęłam.
Szłam z wolna, wiedząc, że nie uda mu się mnie dogonić. Nagle ktoś chwycił moje ramię i przycisnął do siebie. Był bardzo silny i szybki. W mgnieniu oka zaciągnął mnie w głąb jakiejś nieznanej mi uliczki. Ogarnęła nas ciemność. Chciałam krzyczeć, ale jedną ręką zakrył mi usta, a drugą kurczowo trzymał moje ramię.
-Alice!- usłyszałam przerażony krzyk Jo.
Mój napastnik, drgnął na dźwięk mojego imienia.
-Cholera- mruknął. Oczywiście rozpoznałam jego ochrypły głos, chociaż i bez tego łatwo było się domyślić kto to był.
Zebrałam się w sobie i z całych sił nadepnęłam na stopę Jamesa. W porywie bólu wypuścił mnie z uścisku. Byłam z siebie dumna. Puściłam się pędem przed siebie i prawie wpadłam na przestraszoną Jo.
-Uciekaj!- syknęłam i pobiegłam byle jak najdalej od tego potwora.

sobota, 23 listopada 2013

od byBellaaa

No siema. xD
Na początek zrobię tu dla Was króciutką PLAYLISTE, gdyż, iż, ponieważ, że wciąż mam problem z ustawieniem jej. Hurra dla mua.
TOP 5
1. Bodybangers feat. Tony T - Break My Stride                         http://youtu.be/zWeZN1Oq-1I
2. Lana del Rey - Off to the Races                                  http://youtu.be/vslzADl966Q
3. Emienm ft. Rihanna - Monster                                     http://youtu.be/ZDXXi19_7iE
4. Donatan ft. Cleo - My Słowianie                                 http://youtu.be/rr1DSgjhRqE
5. Lana del Rey - Cola                                                   http://youtu.be/cpe__GbUzI4

A teraz krótka reklama mojego ask'a. ;33





No to by było na tyle
;33


byBellaaa


rozdział 26

ROZDZIAŁ DEDYKOWANY zły_ja MAM NADZIEJE ŻE SIE CIESZYSZ <3

Siedziałam na balkonie i wpatrywałam się w rozgwieżdżone niebo. Moja mama dawno poszła spać, ale ja z nerwów nie potrafiłam. Była cicha i ciemna noc. Nawet latarnie uliczne zgasły.
Moje myśli krążyły, wokół zielonookiego chłopaka. Zależało mi na nim bardziej, niż powinno i to był problem zważywszy na moje ostatnie przeżycia. James chciał się na mnie odegrać, zdecydowanie był niebezpieczny. Nie mogłam pozwolić, by Brett się w to wszystko włączał. Bałam się o niego. Westchnęłam i pokręciłam głową z niedowierzaniem. To nie miało być tak. Zamknęłam oczy, chcąc zrozumieć co się ze mną stało. Byłam inna. Wszytko to co, wydarzyło się w moim życiu niosło za sobą pewne konsekwencje. Prawda byłą taka, że już nigdy nie miałam być taka jak wcześniej...
Obudził mnie sygnał otrzymanego SMS'a. Była to zwykła reklama, którą rutynowo skasowałam. Było jeszcze bardzo wcześnie. Wstałam i przeciągnęłam się, ziewając głośno. Wchodząc do swojego pokoju mignęło mi przypadkiem moje odbicie w lusterku. Włosy miałam w nieładzie, a pod oczami fioletowe cienie. Zwinęłam się w kłębek na łóżku i okryłam kołdrą. Mruknęłam z zadowoleniem, po czym powoli przymknęłam powieki. Leżałam w bezruchu kilka minut. Przewróciłam się na drugi bok, jednak nie mogłam zasnąć. Byłam wykończona tym wszystkim, a teraz doigrałam się bezsenności. Schowałam twarz pod poduszkę, szukając najwygodniejszej pozycji- na marne.
Po jakiejś godzinie poddałam się. Wzięłam prysznic i zjadłam miskę płatków. Odpaliłam komputer i zajęłam się przeglądaniem poczty e-mail. Otwarłam oczy szerzej, gdy pomiędzy reklamami skrywał się znany mi adres. Ręce zaczęły mi się trząść, a obraz rozmazał się przez napływające łzy. Weź się w garść! Powiedziałam sobie i otworzyłam wiadomość.

Witaj Alice. Czyżbyś się przeprowadziła? Chciałem cię ostatnio odwiedzić, a tu taka niespodzianka. Twój dom doszczętnie spalony... Nawet sobie nie wyobrażasz mojego zdziwienia. A taką miałem nadzieję cię zobaczyć, serio. Myślę, że mamy sobie wiele do wyjaśnienia. Ty, ja i ten twój uroczy kolega- spotkajmy się gdzieś. Jestem otwarty na propozycję, ale pod jednym warunkiem. Żadnych świadków. Sama wiesz jak to wygląda, nie powinniśmy w to mieszać byle kogo.
Czekam na odpowiedź.

                                                                                                                                                  James

Byłam oniemiała. Jak on mógł, po tym wszystkim, tak po prostu do mnie pisać. To był jakiś koszmar. Mało tego podjęłam decyzję, iż nie będę wplątywać w to Bretta. On nie był niczemu winien, a przeze mnie mogłoby grozić mu niebezpieczeństwo. Tak, niebezpieczeństwo. Taki właśnie był James- niebezpieczny. Trzeba było się z nim uporać samemu. Strach zaczął mnie przytłaczać. Co mogłam zdziałać sama jedna? Poczułam jakby coś dużego stanęło mi w gardle. Wstałam od biurka i zaczęłam krążyć bez celu po pokoju. Musiałam coś wymyślić, i to szybko. Przejechałam drżącą dłonią skroniach. Byłam zdenerwowana, jak pewnie każdy inny na moim miejscu.
Wtem rozległ się jakby echem dźwięk mojego telefonu. Przerażona do granic możliwości zerknęłam na wyświetlacz. Odetchnęłam głęboko widząc nazwę "tata".
-Halo?- szepnęłam. Spróbowałam opanować szloch i nawet mi to wychodziło, lecz głos nadal mi się łamał.
-Hej, skarbie. Jak się trzymasz?
-Noo, w porządku. Trochę tęsknię.
-Alice, na pewno wszystko gra? Masz jakiś dziwny głos...- urwał.
Odchrząknęłam i ze wszystkim sił starałam się brzmieć normalnie.
-Tak, tato. Naprawdę nic się nie dzieje. Nie musisz się denerwować. Lepiej zadzwoń do mamy, martwi się.
-Mamy?- spytał z niedowierzaniem. Wydawał się bardzo, ale to bardzo zdziwiony.
-No, Rebbeca. Twoja żona. Halo, ziemia- zaśmiałam się. Łudziłam się, że rzez swój szok, nie wychwyci w moim głosie pewnej sztuczności.
-Ach, oczywiście- mruknął. Wyobrażałam sobie, jak kręci głową i chodzi po pokoju.- Muszę... muszę z nią porozmawiać.
-Dobrze, to do zobaczenia.
-Cześć, mała.
Rozłączyłam się, nim zdążył jeszcze coś dodać. Rzuciłam komórkę na małą kanapę i rozkleiłam się. Miałam szczęście, że rozmowa z ojcem trwała, tak krótko. Dłużej nie mogłabym udawać. Byłam w rozsypce, a mimo to wiedziałam co należało zrobić. Zajęłam miejsce na podłodze i sięgnęłam po laptopa.

środa, 20 listopada 2013

rozdział 25

Z trzaskiem zamknęłam drzwi i przekręciłam w nich wszystkie możliwe zamki.
-Tato!- krzyknęłam. Usłyszałam jak ktoś zbiega z piętra. Spróbowałam się uspokoić. Przetarłam oczy dłońmi, co okazało się błędem. Moje zadrapane dłonie krwawiły.
Na dole pojawiła się przestraszona Rebbeca.
-Co się stało, Alice?- spytała lustrując mnie wzrokiem.
-Gdzie jest tata? Poszłam pobiegać i, i...- zakryłam twarz zewnętrzną częścią dłoni.- James! Tam był James!
Rozpłakałam się na dobre. Mama, to znaczy macocha zabrała mnie do kuchni i posadziła na krześle. Była jeszcze w szlafroku. Wyciągnęła z szuflady obszerną apteczkę. W ciszy przemywała wodą utlenioną moje rany. Nie dość, że się bałam to jeszcze było mi źle, że wciągnęłam w to wszystko moją rodzinę.
-Przepraszam- powiedziałam. Marzyłam tylko o tym, aby Rebbeca mi wybaczyła.
-Dziewczyno, za co ty mnie przepraszasz? Przecież to nie twoja wina- pokręciła głową. Na jej twarzy malował się ból.- Nawet tak nie myśl. Jesteś moją córką i nie masz za co przepraszać, naprawdę.
Przytuliłam się do niej, a potem opowiedziałam o wszystkim co się wydarzyło.
-Źle, że Jack wyjechał- krótko skomentowała, podsumowując moje słowa.
-Co teraz będzie?- spytała. Byłam już o wiele spokojniejsza. Wiedziałam, że w domu nic mi nie grozi ze strony Jamesa. Nawet nie wiedział, gdzie mieszkałam.
-Należałoby zgłosić to na policję...
-Nie!- przerwałam jej. Skarciła mnie wzrokiem, jednak nim coś powiedziała, dała najpierw mi dojść do głosu.- Mamo, zaczekajmy. Przecież tak naprawdę jeszcze nic się nie stało. Martwię się, że jak wciągniemy w to policję to tylko sprawa się pogorszy.
Kobieta założyła swoje blond włosy za ucho.
-Czy ty sama siebie słyszysz? Jak to nic się nie stało?! Kto wie co by się stało gdyby nie Brett... Nie możemy siedzieć i czekać, aż naprawdę stanie się coś strasznego!
-Postaw się w mojej sytuacji!- krzyknęłam. Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z nią w taki sposób. Szczerze doceniałam to jak się o mnie martwiła, ale ja naprawdę nie miałam najmniejszej ochoty mieszać w tego władz.
Rebbeca odetchnęła głęboko i spojrzała w sufit.
-Dobrze. Zaczekamy. Może i masz rację, tylko zrozum mnie. Ja cię kocham i boję się, żeby nic złego ci się nie przytrafiło.
Poszłam do swojego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Rzuciłam się twarzą na łóżko. W takiej chwili normalni ludzie żrą czekoladę czy ryczą, ale ja nie wiedziałam co robić. Zdjęłam swoje adidasy i rzuciłam je w kąt. Powoli przeciągnęłam przepoconą koszulkę przez głowę i również rzuciłam nie wiadomo gdzie. Podeszłam do szafy i założyłam czarną bluzkę z ćwiekami oraz parę dżinsów. Zebrałam cały bałagan w jedną kupkę i wyniosłam do łazienki. Jako, że kosz był pełny wrzuciłam wszystkie rzeczy do pralki i ustawiłam program prania. Zeszłam na dół, trzymając w ręku buty do biegania. Odłożyłam je na miejsce i poszłam do kuchni. Na stole leżał talerz z kanapkami i kubek gorącej herbaty.
Po śniadaniu zabrałam mojego psa Cookie'ego do ogrodu. Próbowałam go nauczyć aportować, lecz szczeniakowi sprawiało to wiele oporów. Oczywiście chętnie biegał za patykiem, jednak nigdy go nie oddawał. Mimo szczerych chęci, nie udało mi się szczerze uśmiechnąć. Cały czas miałam przed oczami uśmiech Jamesa, a na samą myśl o nim dostawałam dreszczy.
Obawiałam się jeszcze jednego. Mianowicie reakcji Bretta, na to co się stało. Mogłam siedzieć cicho i ukrywać to przed wszystkimi, z wyjątkiem niego. To on uratował mnie przed wcześniejszym atakiem Jamesa, więc stwierdziłam, że powinien wiedzieć. Pokręciłam głową. Nie powinnam go w to wciągać, lepiej dać mu spokój. Pozostawało tylko pytanie...
Czy będę umiała ignorować zielonookiego chłopaka?

rozdział 24

Brett odprowadził mnie pod same drzwi domu. Uściskaliśmy się, a ja odprowadziłam go wzrokiem do końca ulicy. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Nie zdążyłam ściągnąć butów, gdy Rebbeca wyszła z kuchni, aby zamienić ze mną kilka słów.
-No, już się zaczynałam martwić- powiedziała. Uśmiechnęłam się przepraszająco, na co pokiwała tylko głową.
-Przepraszam, mogłam zadzwonić, albo coś...- urwałam. Nie było jakoś bardzo późno, dochodziła dziewiąta. Przestraszyłam się, że rodzice zaczną mnie niańczyć, jednak macocha jakby czytała mi w myślach.
-Alice, spokojnie. Maż już szesnaście lat i dobrze wiesz co ci wolno, a czego nie. Jesteś odpowiedzialna i nie zamierzam, być teraz jakaś nadopiekuńcza. Nie denerwuj się. Po prostu po tym wszystkim, co się ostatnio dzieje, jestem troszkę zaniepokojona.
-Rozumiem. Będę na siebie uważać, obiecuję- uśmiechnęłam się, ciesząc się, iż rozmowa nie przypominała żadnego przesłuchania, jakie zrobiłby tata.- Byłam w Brettem w mieście, nic takiego.
-No to się cieszę. Chcesz coś zjeść?- zapytała, już spokojniejsza.
-Dopiero co jadłam dzięki... mamo- szepnęłam. Po raz pierwszy, w życiu nazwałam Rebbece mamą. Był to wielki wyczyn, zważywszy na to, że całkiem niedawno straciłam biologiczną matkę.
Rebbece napłynęły do oczu łzy. Podeszła do mnie i mocno przytuliła.
-Kocham cię, Alice- wyszeptała.
Obudziłam się około siódmej rano. Wyjrzałam przez okno i upewniłam się, że pogoda dopisuje. Postanowiłam trochę pobiegać. Założyłam szare dresy białą koszulkę na ramiączkach. Zawiązałam gumkę na włosach i wyszłam na paluszkach z domu.
Biegłam równym tempem dobrze znaną mi ścieżką. W uszach miałam słuchawki od iPoda. Skupiłam się na słowach piosenki Lany del Rey i po prostu biegłam. Lubiłam od czasu do czasu trochę się poruszać.
Minęłam jakieś cztery przecznice i zatrzymałam się przy sklepie spożywczym. Była tam ławka, obok której stał automat z piciem. Wrzuciłam do niego monetę i chwyciłam butelkę wody. Odkręciłam korek i upiłam łyk. Oparłam się o ławkę i włączyłam w odtwarzaczu "Durch Den Monsun". Podkręciłam regulator na maxa i uśmiechnęłam się pod nosem. Dopiłam do końca wodę i wyrzuciłam butelkę do kosza.
Już miałam wracać do domu, gdy stanęłam jak wryta. Po drugiej stronie ulicy stał oparty o ścianę James. Uśmiechał się z wyższością. Przełknęłam głośno ślinę. Nie wiedziałam jak długo tam stał. Przestraszona rozejrzałam się, lecz w pobliżu nie było nikogo innego. Ulica była dosłownie pusta.
Z miejsca poderwałam się i pobiegłam w kierunku domu. Niestety mój "przyjaciel" przewidział moją reakcję i natychmiast puścił się biegiem, by mnie dogonić. Łzy ciekły mi po policzkach. Byłam przerażona. Nagle poczułam ucisk na nadgarstku i zostałam pociągnięta do tyłu. Chłopak wyrwał mi z uszu słuchawki, które spadły na ziemię. Mocno chwycił moje ramiona i przyjrzał mi się.
-Kto by się spodziewał?- powiedział swoim ochrypłym głosem. Próbowałam się wyrywać, ale nie miałam najmniejszych szans.- I co boisz się?
-Zostaw!- wrzasnęłam. W odpowiedzi potrząsnął mną.
-Jaka odważna się zrobiłaś.
-Puść mnie!
-Bo co? Twój kochaś skopie mi dupe? Nie boję się!
-Proszę...-załkałam. O dziwo James puścił moje ramiona, jednak złapał za nadgarstek.
-Jeszcze się zobaczymy, Alice. Jeszcze się zobaczymy.
Cofnął się o krok, a ja nie czekając na nic ruszyłam pędem do domu. Przez łzy ledwo co widziałam.
Niestety biegnąc potknęłam się o nieszczęsne słuchawki iPoda. Porządnie poździerałam sobie dłonie, a mimo to biegłam co sił w nogach. Chciałam znów poczuć się bezpiecznie.

wtorek, 19 listopada 2013

rozdział 23

Stanęliśmy pod wielkim wiaduktem. Nad nami roznosił się hałas, jaki wydaje przeciętne miasto. Samochody przejeżdżały jeden za drugim.
-Po co tu przyszliśmy- spytałam, zerkając na Bretta. Wyciągnął z kieszeni trzy markery, czarny, czerwony i niebieski.
-Oznaczymy teren- zaśmiał się. Przyglądałam mu się ze zdziwieniem, nie bardzo wiedząc co miał na myśli.
-A tak dokładnie? Możesz mi wyjaśnić, co mam zrobić?- zapytałam, gdy wręczył mi czerwony pisak.
-Musisz oznaczyć jakoś to miejsce. Zostawić po sobie ślad, pamiątkę.
Podszedł do brudnej ściany i podpisał się na niej swoim imieniem. Dopisał datę i zabrał się za robienie jakiego obrazka. Obserwowałam to co robił, by po chwili zrobić to samemu. Narysowałam małą nutę, obok której zapisałam datę i swoje imię. Uśmiechnęłam się i dorysowałam kilka innych nut. Odepchnęłam się od zimnej ściany i zdziwiona musiałam przyznać, że całkiem ciekawie mi to wyszło.
-Wow- skomentował mój przyjaciel.- Jak to piosenka? Nie wiedziałem, że znasz na pamięć cały zapis muzyczny.
-Bo nie znam- szepnęłam i spuściłam wzrok. Poczułam ciepło na policzkach, więc szybko odwróciłam głowę.- Teraz to napisałam...
-Komponujesz?- jego głos przepełniony był podziwem. Zarumieniłam się jeszcze bardziej.- Muszę spróbować to zagrać.
-Na czym grasz?- odważyłam się podnieść na niego wzrok. Uśmiechał się do mnie serdecznie.
-Na gitarze. Jo mnie nauczyła.
-Super.
-Jak chcesz to mogę ci pokazać kilka podstawowych chwytów. Ale zaczekaj...- urwał i zamyślił się.
-Ale co?
-Skoro tak dobrze znasz się na muzyce, to chyba też grasz na jakimś instrumencie, co?
Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Pozornie proste pytanie, było dla mnie bardziej skomplikowane. Usiadłam na asfalcie i oparłam się plecami o ścianę.
-Alice, grasz na czymś?
-Umiem grać na fortepianie, ale nie śmiej się ze mnie to dla snobów- powiedziałam cicho. Tak naprawdę kochałam grę na fortepianie, jednak od lat już tego nie robiłam. Dawno temu to była moja pasja. Pozwalała mi się wyciszyć, a przy okazji była to jakaś rozrywka.
-To nie prawda- zaczął, lecz szybko mu przerwałam.
-Ja śpiewam.
Brett usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał na mnie zaciekawiony. Było to dość krępujące.
-To nic takiego. Nie jestem jakoś specjalnie uzdolniona- wymamrotałam.
-Malujesz, rysujesz, grasz na fortepianie, a do tego śpiewasz?- zapytał z niedowierzaniem. Moje możliwości mierzyły dosyć wysoko, jeszcze o tym nie wiedział.
-Zgadza się- szepnęłam.
Siedzieliśmy w milczeniu przez kilka minut. Chłopak lustrował moją twarzy, podczas gdy ja skupiłam się na swoich sznurówkach. Nagle stały się niesamowicie interesujące...
-Zaśpiewaj mi coś- poprosił Brett.
-Lepiej nie- pokręciłam głową. Nienawidziłam zwracać na siebie zbędnej uwagi. Czułam się nieswojo, kiedy wszyscy mnie obserwowali.
-Proszę.
-Nie.
-No, proszę.
-Nie.
-Oj, no zgódź się! Tylko chwilkę.
-Nie.
Taka wymiana zdań mogła trwać wiecznie, ale byłam nieugięta. Niestety, jak chłopak zbliżył się do mnie, a jego oczy zajrzały głęboko w moje moja silna wola zniknęła.
-Ughh, niech ci będzie- mruknęłam.
Tryumfalny uśmiech zawitał na jego twarzy. Przymknęłam powieki i zaczęłam swój mały występ.


It's been said and done
Every beautiful thought's been already sung
And I guess right now here's another one
So your melody will play on and on
With the best of 'om
You are beautiful
Like a dream come alive, incredible
A centerfold, miracle, lyrical
You saved my life again
And I want you to know baby
I, I love you like a love song baby


-Jesteś niewiarygodna- szepnął mi do ucha. Zadrżałam.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam jak Brett wstaje. Podał mi dłoń i pomógł wstać. 
-Chodź, idziemy na koktajle. Ja stawiam- powiedział. 
Podniosłam torebkę i ruszyliśmy w stronę błyszczącego szyldu, zapraszającego na kawę i ciastko. Odwróciłam się, żeby ostatnio raz spojrzeć na nasz "pamiątki". Mrużąc oczy dojrzałam, że obok podpisu Bretta, było serduszko z moimi inicjałami.

poniedziałek, 18 listopada 2013

informacyjnie... znowu

Znowu garstka informacji. Po pierwsze nie wiem co z tą muzyką. xd Po drugie, notki będą ukazywały się średnio co dwa dni. Czasami może nawet codziennie, innym razem poczekanie nawet trzy dni... Podziękujcie mojej szkole i obowiązkom. ;** Liczę na wyrozumiałość. 
I dziękuję Wam za ponad 1000 wejść. To wielka przyjemność móc pisać dla Was. <33





rozdział 22

Śniło mi się coś bardzo dziwnego. Siedziałam na ławce w parku i czytałam jakąś bardzo starą książkę. Literki były wyblakłe, a kartki tak delikatne, że myślałam, iż jednym ruchem je przedrę. W książce było mnóstwo obrazków i to na nich się skupiałam. Jeden przedstawiał chłopca z mieczem, chowającego się za wielkim drzewem. Na innym była dziewczynka, która siedziała na kocu i rozmawiała z jakimś stworem, przypominał jakby fauna. Jeszcze inna ilustracja przedstawiała wzgórze, na którym stał jakiś chłopak, a u jego boku dziewczyna. Byli odwróceni tyłem i wpatrywali się w dół, w głąb nieznanej doliny. W pewnej chwili zamknęłam książkę i się obudziłam.
Poderwałam się i spadłam z łóżka. Obolała podniosłam się z podłogi i z powrotem usiadłam na łóżku. Słyszałam jakiś dźwięk, irytujący dźwięk. W porę zdałam sobie sprawę, że dzwoni moja komórka.
-Halo?- powiedziałam do telefonu.
Odpowiedziała mi cisza, więc ponowiłam pytanie. Ktoś coś mruknął i rozłączył się. Spojrzałam na numer i okazało się, że był taki sam jak wczoraj. Pomyślałam sobie, że to pewnie pomyłka. Podeszłam do balkonu i otwarła szeroko szklane drzwi. Świeże powietrze uderzyło w moje nozdrza. Pościeliłam łóżko i wyciągnęłam z szafy czerwony top bez ramiączek i czarną miniówkę. Zabrałam ciuchy i poszłam do łazienki. Wzięłam szybciutki prysznic i podeszłam do lusterka. Spięłam włosy w masakrycznego koka i wróciłam do pokoju. Puściłam pierwszą lepszą piosenkę z youtube i wyjęłam z pracowni kilka puszek farby w spray'u.
Stanęłam czarną ścianą nad moim łóżkiem i puściłam wodze wyobraźni. Mocny róż spływał po każdej z liter graffiti. Nie używałam żadnych szablonów. Improwizowałam. Tekst nie miał większego znaczenia. Namalowałam okrągłe literki słowa "HARDCORE". Strużki farby spływały z wolna po ciemnej ścianie, znacząc niby to drogę. Sięgnęłam po obraz stworzony poprzedniego dnia i położyłam go na biurku. Zabrałam wszystkie moje narzędzia pracy i zaniosłam je z powrotem do pracowni. Chwyciłam olejne malowidło, by z tyłu nabazgrolić markerem krótką dedykację. Po cichutku wślizgnęłam się do sypialni rodziców i zostawiłam prezent dla macochy na łóżku. Należało jakoś jej podziękować za wsparcie, które od niej otrzymałam. Pamiętam, że jeszcze przed ślubem z moim ojcem starała się mnie poznać. Kochała mnie jak własną córkę. Okazywała to na każdym kroku.
Zeszłam na dół do salonu i włączyłam sobie telewizor. Akurat wyświetlali jakiś stary odcinek AHS, więc z chęcią zabrałam się za jego oglądanie.

Byłam w kuchni, gdy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Z uśmiechem na twarzy poszłam je otworzyć. Na progu przywitał mnie zielonooki chłopak. Miał na sobie czarne spodnie i biały T-shirt.
-No, cześć- powiedział. Uśmiechnął się do mnie szeroko. Gestem pokazałam mu, żeby wszedł do środka.
-Słuchaj, to zajmie minutkę. Skoczę się tylko przebrać, zaczekaj tu, dobra?- zapytałam. Kiwnął mi głową, a ja w podskokach ruszyłam na górę, do swojego pokoju. Szybkim ruchem otworzyłam szafę i zaczęłam przerzucać wieszaki w poszukiwaniu jakiegoś dobranego ciucha. Po dobrych pięciu minutach wybór padł na czarne rurki z dziurami, top oraz koszulę z czarno-czerwoną kratę. Włosy rozpuściłam, a oczy podkreśliłam dwiema długimi kreskami.
Schodziłam tak szybko, że wpadłam z impentem na Bretta. Zarumieniłam się lekko, na co chłopak zareagował śmiechem. Złapałam skórzaną torbę i zarzuciłam ją sobie na ramię.
-Możemy iść- powiedziałam.
-No to idziemy- złapał mnie za rękę i pociągnął ku wyjściu.
Szliśmy wolnym krokiem, sama nie wiem gdzie. Brett zdawał się nie patrzeć gdzie idziemy, jednak nie wahał się jaki obrać kierunek. Rozmawialiśmy właśnie o tym co chcielibyśmy robić w przyszłości, gdy zwiał wiatr. Moje czerwone włosy rozwiały się na wszystkie strony, przysłaniając mi twarz.
-A tak właściwie jaki masz naturalny kolor włosów, co?- spytał. Spojrzałam na niego i palnęłam szczerze:
-Blond.
Chłopak przyjrzał mi się z zaciekawieniem, starając się zapewne,bezskutecznie wyobrazić mnie w blond włosach.
-Czemu się farbujesz?- dodał. Jego ton głosu był na wpół wesoły, na wpół zaciekawiony.
-Hmmm...- zastanowiłam się nad odpowiedziom. Wcześniej nie rozmyślałam nad czymś takim.- Ten kolor bardziej mnie odzwierciedla.
Szliśmy dalej rozmawiając o naszych charakterach. Okazało się, iż wiele nas łączy. Choćby taki styl ubierania. Z każdą chwilą coraz bardziej poznawałam Bretta i musiałam przyznać, że bardzo mi się to podobało.

Drobne usterki

Zapewne ktoś już zauważył, że zrobiło się cicho. Wywaliłam starą playliste i nie mogę wstawić nowej. Za każdym razem jak zapisuję, to szablon się kasuje. Będę próbowała to naprawić, jednak ta sama lista działa na moim tumbl'rze. WIĘC JAKBY KTOŚ MÓGŁBY MI POMÓC TO BYŁABYM WDZIĘCZNA. hahaha To na tyle. Bayyy
                            
                                                                                     byBellaaa


niedziela, 17 listopada 2013

rozdział 21

Kiedy otworzyłam oczy oślepił mnie blask słońca. Usiadłam na łóżku, próbując przypomnieć sobie wydarzenia minionego wieczoru. Wzdrygnęłam się na bolesne wspomnienia twarzy James'a. Rozejrzałam się po pokoju, szukając wzrokiem Bretta. Niestety, chłopaka nigdzie nie było. Poszłam do łazienki, aby się trochę odświeżyć. Wzięłam orzeźwiający prysznic, a mokre włosy przerzuciłam sobie za ramię. Owinięta miękkim ręcznikiem wróciłam do swojego pokoju. Sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić która godzina. Ku mojemu zdziwieniu zegarek na wyświetlaczu wskazywał już wpół do pierwszej. Wyciągnęłam z szafy parę błękitnych rurek i szarą bluzę z kapturem. Od razu jak się ubrałam, zeszłam do kuchni coś zjeść. Będąc już na schodach usłyszałam jak Rebbeca rozmawiała z moim ojcem. Musiał wyjechać na plan filmowy, aż do Californi. Uchyliłam drzwi kuchenne i uśmiechnęłam się do rodziców.
-Wreszcie wstałaś, jak miło- zaśmiał się tata. Jego spojrzenie było... niepewne? Chyba tak. Po wczorajszych nieprzyjemnościach nie był do końca pewny co powinien teraz zrobić.
-No, tak- odpowiedziałam i zajęłam miejsce przy drewnianym stoliku.-Mogłabym prosić o miskę płatków?- spojrzałam na Rebbece. Zasadniczo mogłam to zrobić sama, ale nie przepadała zbytnio za tym, jak kręciłam się jej po kuchni. Kobieta posłała w moim kierunku przyjazny uśmiech i podała mi miskę z jedzeniem.
Wcinając płatki, przysłuchiwałam się rozmowie rodziców. Po skończonym temacie wyjazdy taty, rozpoczęli dyskusję o planach kupna nowego samochodu. Rozmowa nie interesowała mnie kompletnie, więc przerwałam im.
-Tato, gdzie jest Brett?- spytałam z pełną buzią.
-Wyszedł rano, nie chciał cię budzić.
-Aha- mruknęłam. Dokończyłam moje późne śniadanie i poszłam do ogrodu. Usiadłam na drewnianej huśtawce i okryłam się ramionami. Mimo, że jakiś tydzień temu skończyła się zima ciągle panował chłód. Co prawda tu u nas w Los Angeles nie ma typowej zimy, zdarza się śnieg, ale długo nie cieszy.
Odepchnęłam się nogą i huśtawka skierowała się do przodu. Oparłam głowę o oparcie i przymknęłam powieki. Była spokojna. Po raz pierwszy od bardzo dawna była zwyczajnie spokojna. Zaakceptowałam śmierć matki i najlepszej przyjaciółki, wreszcie to do mnie dotarło. Brakowało mi ich obu, jednak jakoś musiałam sobie radzić. Zdawałam sobie sprawę, że to osiągnięcie zawdzięczałam po części zielonookiemu chłopakowi. Cały czas nie wiedziałam co z nim zrobić. Zależało mi na nim. Phi, to aż za mało powiedziane. Tyle, że ojciec miał rację. To wszystko działo się zbyt szybko, trzeba było zwolnić. Westchnęłam. Czy nic nie mogło być tak proste jak chciałam? Jak widać nie. Los uwielbiał robić sobie ze mnie żarty i podkładać mi nogi, ale nie przewidział on jednego. Że tyle razy ile będę upadać, tyle razy się podniosę.
Bujałam się lekko w spokojnym, leniwym rytmie. Wdychałam zapach świeżych kwiatów i cieszyłam się chwilą. Z tej perspektywy świat wydawał się całkiem przyjemny. Zmieniłam pozycję i położyłam się na huśtawce. Nogi ugięłam w kolanach, a rękę zwiesiłam ku ziemi. Dotknęłam opuszkami palców mokrej trawy. Zaśmiałam się sama nawet nie wiem czemu. Nie było w tym nic sztucznego, śmiałam się ot tak, po prostu. Nie wiem dokładnie ile tak leżałam, kołysana na świeżym powietrzu, ale otworzyłam oczy dopiero, gdy usłyszałam dźwięk swojego imienia.
-Alice! Alice!- wołał kobiecy głos, rozpoznałam w nim macochę.-Telefon ci dzwoni!
-Już idę!- krzyknęłam. Z niechęcią wróciłam do domu, gdzie uderzyła mnie fala ciepła. Nie zdawałam sobie dotychczas sprawy z tego jak zmarzłam. Szurając nogami wspięłam się na piętro. Weszłam do pokoju i sięgnęłam po telefon leżący na biurku. Niestety, w chwili gdy telefon znalazł się w mojej dłoni przestał dzwonić. Numer był mi nieznany, dlatego odłożyłam telefon na bok. Podeszłam do szarych drzwi i pchnęłam je lekko. Wyjęłam z mojej "pracowni" sztalugę, płótno oraz zestaw farb olejnych. Ustawiłam wszystko na środku mojego pokoju i poniosłam się fantazji. Tak dawno nie malowałam, że zrobiło mi się prawie głupio. Była to moja pasja od dziecka.
Praca zajęła mi raptem dwie godziny, a efekt był jak dla mnie zadowalający. Obraz przedstawiał blondynkę, w białej sukience stojącą w samym środku pola pszenicy. Za nią malował się blask słońca.
Zostawiłam malowidło, żeby wyschło. Usiadłam przy komputerze i włączyłam stary przebój Nirvany. Zaczęłam przeglądać Tumblr'a, potem Besty, a na końcu odwiedziłam Facebook'a. Z uśmiechem zwróciłam uwagę na listę chat'u. Mniej więcej po środku było interesujące mnie nazwisko.
Hej -napisałam. Niemal od razu Brett mi odpisał.
Cześć piękna
Co u ciebie -napisałam uśmiechając się szeroko do monitora laptopa.
Całkiem nieźle ale lepiej to ty mi powiedz jak ci leci
Coraz lepiej :) przed chwilą namalowałam coś dla macochy
Umiesz malować???
Nie jakoś bardzo haha musiałbyś sam zobaczyć
Dobra mam pomysł przyjdę jutro po ciebie koło czternastej co ty na to
Zgoda -ten plan szybko przypadł mi do gustu.
Pisałam z tym chłopakiem, jeszcze parę dobrych godzin. W końcu, jakoś trzeba było się poznać.

I COME BACK XD

Heyy :D
Wracam do Was haha cieszycie się ?? ;** Przez ostatni czas nie miałam głowy do prowadzenia blooga, ale, ale jakoś to naprawię co nie. XDD HAHAHAHA dobra zabieram się do pracy i lecę pisać dla Was nowy rozdział, który powinien być przepełniony... tym razem radością yeahh XD 

                                                                                    byBellaaa <33

piątek, 30 sierpnia 2013

Małe info ^ ^

Mam taką informacje, że kolejne rozdziały będą numerowane cyframi arabskimi i nie mam pewności czy będą pojawiały się codziennie. Postaram się, aby pisać to regularnie, jednak zaczyna się rok szkolny i nie wiem czy uda mi się to jakoś pogodzić. Rozdziały będą nieco dłuższe i myślę, że ciekawsze. No to teraz jeszcze chcę podziękować moim kochanym przyjaciółkom. Chodzi tu o Alę oraz Ewelinę. <33 Wielkie dzięki za Wasze ogromne zaangażowanie i podawanie mi całej masy pomysłów na opowiadanie. Rozważę to i spróbuję to wykorzystać. XDD Jeszcze raz dziękuję ;**  To by było na tyle. Hehe XD. 

PS Aaa... Jeszcze coś. Specjalnie dla wiadra <gościnnie Sylwii XD> została zmieniona top lista             piosenek. Masz i się ciesz. 

                                                                                             Bayyy 
                     
                                                                                                               byBellaaa

czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział XX

Krzyczałam i szarpałam się, ale nie miałam szans z silnym uściskiem chłopaka. Łzy ciurkiem spływały mi po policzkach. Wydzierałam się jak nigdy w życiu. Czułam się zdradzona. James- mój przyjaciel oszukał mnie.
-Zostaw mnie, James! Proszę! Przestań!- prosiłam, wręcz błagałam, a on był nieugięty.
Gdy doszliśmy do końca ciemnej, nieznanej mi uliczki zaczął mnie całować. Starałam mu się wyrwać, niestety byłam bezsilna. Trzymał moje dłonie w żelaznym uścisku. Starałam się go kopnąć, ale napierał na mnie całym ciałem przez co nie miałam możliwości choćby ruszyć stopą.
-Pomocy! Ratunku!- wołałam, jak tylko odsunął swoją twarz od mojej. W jego oczach czaiła się wściekłość i... głód.
-Nie chcesz po dobroci? Lepiej bądź grzeczna- szepnął. Wszystko mnie bolało, lecz nie miałam zamiaru się poddać. Chłopak zdjął ze mnie kurtkę, a następnie ponownie przycisnął do murowanej ściany. Całował moją szyję, gdy ja płakałam i nieudolnie próbowałam mu się wyrwać. Wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Był ktoś kto wiedział gdzie jestem, że umówiłam się właśnie do tego kina i o tej godzinie miał się skończyć film.
-BRETT!- krzyknęłam najgłośniej jak tylko potrafiłam.-BRETT! POMOCY!
-Co ty tam mruczysz kochana?- szepnął mi do ucha James i odpiął zamek mojej sukienki.
-ZOSTAW MNIE ZBOCZEŃCU!- wydarłam się i z zamachem uderzyłam go w twarz. Niestety zaraz tego pożałowałam.
-Zadziorna- mruknął. Znów przygwoździł moje nadgarstki do ściany, a ja wzięłam głęboki raz i krzyknęłam "Brett!"
Nagle usłyszałam pisk opon i do uliczki wjechał jakiś motocykl. Zeskoczył  niego jakiś facet- tylko tyle mogłam zauważyć przez oślepiające, białe światło maszyny. Ten "ktoś" podszedł do Jamesa i wymierzył mu celnego kopniaka w brzuch. Chłopak padł obolały na ziemię, a ja spojrzałam na mojego wybawcę. Nie zastanawiając się wtuliłam się w niego i zaczęłam szlochać.
-Już dobrze- szepnął do mnie i od razu poczułam się bezpieczna. Tylko on mógł mnie uratować i to dzięki niemu byłam cała i zdrowa.
Wziął mnie w ramiona jak małe dziecko i posadził na motocyklu.
-Zamknij oczy- poprosił. Natychmiast spełniłam jego prośbę. Moich uszu dobiegł tylko jęk Jamesa, a potem wtuliłam twarz pierś Bretta.
Przywiózł mnie do domu i pomógł dojść pod same drzwi, które uchyliła nam Rebbeca. Widząc mnie w zalaną łzami przeraziła się i krzyknęła: JACK! Zaraz zjawił się mój tata, który spojrzał na chłopaka ze zgrozą w oczach.
-Proszę pana...- zaczął, jednak ojciec mu przerwał.
-Coś ty jej zrobił, potworze!
-Ja ją tylko przywiozłem!- usprawiedliwił się i przytulił mnie do siebie. Tata chciał coś mu odpowiedzieć, ale odezwała się moja macocha.
-Musicie nam wszystko opowiedzieć. Wejdźcie.
Usiedliśmy wszyscy w salonie, gdzie Brett dokładnie opowiedział jak mnie znalazł.
-Więc, ja siedziałem z kumplem przed budynkiem kina. Wiedziałem, że Alice tam  będzie, bo wcześniej sama mi o tym mówiła. Chciałem ją zobaczyć i tyle. Na ulicy zrobiło się pusto i Luke, to znaczy ten mój kolega stwierdził, że na niego już pora i wrócił do domu. Ja pomyślałem, że się rozejrzę po okolicy. No i wtedy właśnie usłyszałem jak ktoś woła moje imię. Nie zorientowałem się, kto mnie woła, ale pojechałem w tamtym kierunku. I... i zobaczyłem jak ten koleś dobierał się do Alice! A ona wołała o pomoc.- Pokręcił głową na to wspomnienie. W między czasie trochę się uspokoiłam. Siedziałam wtulona w chłopaka.
-Alice?- usłyszałam sopranowy głos Rebbecy.- Kto to był? Kto chciał cię skrzywdzić?
Spojrzałam znacząco na ojca. Wiedział z kim miałam spędzić ten wieczór.
-Niemożliwe- szepnął.
Do oczu znów napłynęły mi łzy. Mój bohater pogłaskał mnie czule po głowie. Starał się mnie po raz kolejny uspokoić.
-Tato, to James- odezwałam się po raz pierwszy. Od krzyku bolało mnie gardło i miałam paskudną chrypę.
-Wydawał się taki dobry, przecież się przyjaźniliście...- ojciec potwornie się zawiódł, zaś Rebbeca w milczeniu przeżywała całą tę sytuację.
-To ja może już pójdę- szepnął Brett, a ja spojrzałam w jego zielone oczy.
-Nie, proszę- szepnęłam błagalnie.
-Zostań dziś u nas na noc jeśli możesz, dobrze? Proszę cię o to ze względu na naszą córkę- powiedziała Rebbeca. Zrobiło mi się ciepło na sercu, że żona taty ma mnie za członka jej rodziny.
-No, niech będzie. Zadzwonię tylko do siostry i powiem jej o tym, żeby się nie martwiła.
Wstał i wyszedł na korytarz.
-Muszę mu podziękować- mruknął ojciec. Ja podeszłam do Bretta i pociągnęłam go w kierunku mojego pokoju. Jo nie odbierała, dlatego chłopa napisał jej wyjaśniającego sms'a.
-Przepraszam cię- odezwałam się, jak tylko usiadł na kanapie.
-Za co ty mnie jeszcze przepraszasz?- spytał marszcząc przy tym czoło.
-Za kłopoty.
-Przestań, Alice.
-Przy tobie czuję się bardzo bezpiecznie- mruknęłam.
-Posłuchaj mnie, Alice. Teraz jestem twoim przyjacielem i zamierzam się o ciebie troszczyć, tylko proszę. Niczego nie przyśpieszajmy. Niech to się samo jakoś toczy.
-Dobrze- westchnęłam.- Dziękuję. Dziękuję za wszystko.
-Dla ciebie wszystko- uśmiechnął się.
Zaczęłam ziewać, jednak za nic nie chciałam zasypiać. Bałam się koszmarów.
-Idź spać, ledwo trzymasz się na nogach- skarcił mnie Brett.
-Nic mi nie będzie. Poza tym nie mam ochoty na sen.
-Jak to? Alice, czy ty sama siebie słyszysz? Będę tu, nic ci nie grozi. Idź spać.
Westchnęłam, lecz posłusznie ułożyłam się na  łóżku. Chłopak usiadł na kocyku i przyglądał mi się jak powoli odpływałam w objęcia Morfeusza.
-Kocham cię, piękna- szepnął i ucałował mnie w czoło. Dalej była tylko cisza i spokój.

Rozdział XIX

Gdy Cookie załapał mniej więcej co miałam na myśli mówiąc: "SIAD" poczułam głód. Skoczyłam do kuchni i zaparzyłam sobie herbatę. Szukałam w lodówce czegoś do zjedzenia, gdy usłyszałam dzwonek telefonu.
-Halo?- odezwał się głos w słuchawce i rozpoznałam Jamesa. Był to chłopak z sąsiedztwa. Czasami spotykałam się z nim i jego siostrą. Zawsze był dla mnie przesadnie miły.
-Cześć, James- powiedziałam. Zaciekawił mnie cel jego telefonu.
-Hej. Dzwonię w takiej sprawie: gdzie teraz mieszkasz? Zauważyłem przed twoim domem tabliczkę na sprzedaż, więc...
-Przeprowadziłam się do taty- wypaliłam. W tej samej chwili uświadomiłam sobie, iż nikt nie wie gdzie teraz mieszkam... Nikt z wyjątkiem Bretta.
-Aha. Rozumiem. Szkoda trochę, będę tęsknił- westchnął chłopak. Zrobiło mi się go żal. On naprawdę mnie lubił.
-A może spotkalibyśmy się dzisiaj, co? Dawno cię nie widziałam.
-No pewnie- ożywił się.- To może pójdziemy do kina? Zaraz sprawdzę na komputerze jakieś filmy i wyślę ci sms'a, zgoda?
-Okey- powiedziałam. W sumie wyjście do kina z kumplem było czymś dla mnie potrzebnym- nie mogłam się odizolować od ludzi.-To czekam na wiadomość. Cześć.
-Narka- rozłączył się.
Uśmiechnęłam się do siebie i sięgnęłam po miskę płatków owsianych. Jedząc myślałam co powinnam powiedzieć Brettowi. Bardzo mi na nim zależało, jednak ojciec miał trochę racji. Trzeba było zwolnić.
Musieliśmy się bliżej poznać i zaczekać na bliskość... Był tylko mały problem: czy chłopak zechce czekać?
Usłyszałam dźwięk sms'a w telefonie.

Proponuję "Krwawe Wzgórza". Film jest o godzinie dwudziestej. Spotykamy się na miejscu? 

Widziałam zwiastun tego seansu i musiałam przyznać, że do był świetny wybór. Uwielbiałam horrory.

Jasne, o dwudziestej w kinie. Do zobaczenia. :) 

Opróżniłam miskę z jedzeniem i włożyłam ją do zmywarki. Wróciłam do swojego pokoju i włączyłam komputer. Kiedy program operacyjny się uruchamiał bawiłam się z Cookie'em. Kliknęłam w ikonę internetu, a następnie otworzyłam facebook'a. Zaakceptowałam zaproszenie od mojego nowego "znajomego", który od razu napisał.

Hej.
Brett... mam ci coś do powiedzenia.
No to słucham. :) 
Proszę, nie zrozum mnie źle, ale myślę, że powinniśmy przystopować. Najpierw się lepiej poznać i zostać przyjaciółmi, a nie od razu rozpoczynać jakiś związek. Mi naprawdę bardzo na tobie zależy i może nawet cię kocham, ale ja sama nie wiem! Przepraszam...
Alice, spokojnie. Nie denerwuj się, dobrze cię rozumiem. Nie ma pośpiechu. :) Powiem ci tylko, iż mogę czekać nawet wieczność, a i tak będę cię kochał całym sercem. 
Dziękuję.
:) 

I tak pisaliśmy jakieś bzdury o niczym. Jak dwoje dobrych kumpli. Podobało mi się to...

_________________________________________________________________________________
<James> 

Była godzina wpół do szóstej. Zacząłem grzebać w szafie szukając odpowiednich ciuchów na wyjście do kina. Wreszcie udało mi się zaprosić gdzieś Alice. Był to naprawdę wielki wyczyn, bo ta dziewczyna cały czas odmawiała. Było to dziwne z jej strony, bo nie chwaląc się do mnie laski ustawiały się w kolejkach. Kiedyś ją zaprosiłem, ponieważ niezaprzeczalnie ślicznotka z niej, a ona mi odmówiła! Był to pierwszy raz, gdy zostałem odrzucony i zaprzysiągłem sobie wtedy, iż ją zdobędę. 
Wyjąłem z szafy czarną koszulkę, granatową koszulę z krótkim rękawem i ciemne dżinsy. 
-Elizabeth!- zawołałem służącą. Tak, w moim domu mieszkała jakby pokojówka, która robiła za mnie i moją rodzinę praktycznie wszystko, sprzątała, gotowała, robiła zakupy, itp. 
-Tak?- zapytała uśmiechając się. 
-Weź mi wyprasuj te ciuchy. 
-Oczywiście- zabrała ubrania i wyszła. 
Usiadłem z powrotem do komputera i czytając bezsensowne blogi w internecie. Kiedy Elizabeth wróciła poszedłem do łazienki, żeby zrobić włosy. Wziąłem prysznic i umyłem swoje krótko ścięte, blond włosy. Następnie przebrałem się w strój wyjściowy i wysuszyłem włosy. Ułożyłem je na żel i gotowe. Zabrałem z pokoju portfel i telefon, po czym wyszedłem. Stojąc pod bramom domu zadzwoniłem po taksówkę- nie zamierzałem nigdzie iść pieszo. Jak tylko samochód podjechał uśmiechnąłem się do siebie i wsiadłem do środka. 
_________________________________________________________________________________
<Alice>

Stałam w przed lustrem ostatni raz przyglądając się swojemu wyglądu. Poprawiłam czarną sukienkę i uznałam, że jest okey. Założyłam lakierowane baletki i byłam gotowa. Sięgnęłam po kurtkę i torebkę, i rzuciłam jeszcze "wychodzę!". Nie zdążyłam nawet złapać za klamkę, gdy stanął za mną tata.
-A dokąd to się wybierasz co?- zapytał mierząc mnie wzrokiem. 
-Do kina.
-Sama?- pytanie czysto retoryczne.
-Z James'em- powiedziałam, a na jego twarzy zagościł uśmiech. Lubił on chłopaka głownie, dlatego, że znał dobrze jego rodziców. Matkę Jamesa miał przyjemność poznać kilka lat temu na jednym z planów filmowych, bowiem pracowała ona jako stylistka. Natomiast jego ojca poznał jeszcze w szkole podstawowej, a został on właścicielem sieci sklepów mięsnych. 
-No to fajnie- powiedział tylko. Odwrócił się i wrócił do salonu. 
Do kina nie było daleko, więc postanowiłam wybrać się tam na nogach. Wieczór robił się chłodny- był koniec lata. Gdyby nie liczne latarnie na ulicy panowałby mrok. Szłam rozglądając się po okolicy. Znałam ją, lecz to nie to samo co mieszkać w niej. 
Z daleka rozpoznałam Jamesa. Wyglądał jak zawsze, wystrojony z dobrze ułożonymi krótkimi włosami. Na mój widok uśmiechnął się szeroko. 
-Witaj- powiedział i wyściskał mnie.
-Siemka- zaśmiałam się. Tak dawno go nie widziałam, że trochę się za nim stęskniłam. Mimo, iż nie był żadnym moim bliskim przyjacielem, to zawsze był obok. 
-Pięknie wyglądasz- mrugnął. Zarumieniłam się i weszliśmy do kina. 
Chłopak kupił sobie i mnie po coli i jeden, ogromny kubełek popcornu. Usiedliśmy przy jednym ze stolików, bo byliśmy odrobinę za wcześnie. 
-Kurcze, dawno cię nie widziałam- powiedziałam w pewnej chwili. 
-Praktycznie całe wakacje spędziłem w Nowym Jorku. Mama miała tam trochę roboty i wzięła mnie ze sobą. Mówię ci, fantastyczne miasto.
-No to świetnie. Też bym chciała kiedyś je zobaczyć. 
Jedna z pracownic otworzyła kasę z biletami, dlatego ustawiliśmy się w kolejce. Gdy wreszcie dostaliśmy się na salę usiedliśmy w ostatnim rzędzie. Mieliśmy doskonałe miejsca. 
Film był rewelacyjny. Przy kilku scenach czuło się ten dreszczyk emocji. Wychodząc z budynku dzieliłam się wrażeniami z moim towarzyszem.
-Wow! Dawno czegoś takiego nie widziałam- zaśmiałam się. 
-Ja też. Byłem pod takim wrażeniem, że masakra! Chociaż, jedno mnie zdziwiło- rzekł. 
-Co takiego?
-To, że niczego się nie bałaś- szepnął. Musnął dłonią mój policzek na co zareagowałam natychmiast. Cofnęłam się i zmroziłam go wzrokiem. Zdenerwowałam go chyba swoim zachowaniem, bo złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w głąb jakiejś ciemnej uliczki.
-Puść mnie! Przestań! Nie chcę tam iść! James! Zostaw mnie, James!- krzyczałam, jednak do chłopaka nic nie docierało. 

wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozdział XVIII

Wróciłam do swojego pokoju i sprzątnęłam resztki jedzenia. Zeszłam do kuchni starając się być jak najciszej, aby nie zwracać na siebie uwagi. Rebbeca zaraz by zaczęła zadawać mi jakieś krępujące pytania. Taka już była- jak dobra przyjaciółka, na którą zawsze mogłam liczyć. Kochałam ją jak drugą matkę, jednak nigdy nie zastąpiła mi mojej prawdziwej mamy, którą niedawno odebrał mi los.
Włożyłam naczynia do zmywarki, a tacę przetarłam wilgotną ściereczką. Po skończonej robocie przeszłam na paluszkach do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic. Założyłam swoją granatową, flanelową koszulę w której spałam. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że oparty o ścianę stoi mój ojciec. Miał zdecydowany wyraz twarzy.
-Co jest, tato?- zapytałam zmuszając się do lekkiego uśmiechu. Jego spojrzenie przewiercało mnie na wylot.
-Ten chłopak co tu był...- zaczął. Mhmm... Zaczyna się- pomyślałam.
-To Brett.
-Aha, no to co on tu robił?
-Przyszedł mnie odwiedzić.
-Po co?- wypalił. Ręce skrzyżował na klatce- robił tak zawsze, kiedy był zdenerwowany.
-No, po prostu. Chciał mnie zobaczyć. Mówił, że się stęsknił i martwił- zarumieniłam się. Taaaaak, ja też się za nim stęskniłam.
-Alice, to wszystko mi się nie podoba. Ja rozumiem, że on cię uratował i jesteś mu wdzięczna, ale proszę cię! Zwolnij z tym wszystkim, boję się, że...- westchnął głęboko.-Że on może cię skrzywdzić.
-Tato, spokojnie. Mam już te szesnaście lat i radzę sobie ze wszystkim. Poza tym chyba masz rację... Powinniśmy zwolnić. Tylko zapamiętaj, iż on jest teraz moim najbliższym przyjacielem. Będzie mnie odwiedzał i spędzał ze mną sporą ilość czasu.
Ojciec zrobił głębszy wdech i pokiwał głową.
-Dobrze, Alice. Ufam ci i tyle.- I odszedł do salonu.
Szurając nogami powlokłam się do swojej sypialni. Sprawdziłam godzinę na telefonie, który wskazywał trzydzieści minut po jedenastej. Wzięłam do ręki kartkę papieru oraz zaostrzony ołówek. Niewiele myśląc zaczęłam coś szkicować, sama nie wiem co. Efekt końcowy mówił, jednak sam za siebie. Obrazek przedstawiał chłopaka trzymającego w ramionach moją najlepszą przyjaciółkę. To dlatego miałam wątpliwości co do wspólnej przyszłości mojej i Bretta. Wiedziałam, że wcześniej istniała dla niego wyłącznie Tori. Wpatrywałam się w ołówkowy szkic i zaczęłam płakać. Dlaczego nie mogłam się normalnie zakochać i być szczęśliwą?! Czemu los był dla mnie wyjątkowo okrutny?! Czułam się oszukana, bo mimo, iż tego sobie nie życzyłam to do mojego serca wkradła się nadzieja. W tak ponurym humorze zasnęłam.  Sen wyglądał następująco:
Stałam pośrodku ciemnej nicości. Słaby promień światła padał z góry, lecz i tak nic nie było widać. Nic mnie nie otaczało, po prostu nicość. Wtem stanęła przede mną we własnej osobie moja "siostra".
-Nie martw się- szepnęła. Podeszła powoli i przytuliła mnie. Jej krótkie, blond włosy łaskotały mi buzię.- On cię kocha, a ja go oszukałam. Ty, jednak jesteś dla niego całym światem. Nie musisz niczego robić wbrew sobie. Ja będę czuwać nad tobą. Kocham cię, Alice.
Pragnęłam jej tyle powiedzieć, że tęsknię, że ją kocham i, że ma do mnie wrócić. Tyle, że nie mogłam. Spróbowałam otworzyć usta i cała scena się rozpłynęła jak fatamorgana. Nim się obudziłam usłyszałam jeszcze tylko: "On jest twój".
Obudziłam się około godziny szóstej rano. Do pokoju wpadały szare promienie słońca. Po policzkach spływały mi łzy. Sen był jednocześnie piękny i przerażający. W końcu nie co dzień widzimy w snach swoich zmarłych przyjaciół.
Pościeliłam łóżko i uchyliłam drzwi od balkonu. Nagle usłyszałam szczekanie Cokkie'ego. Siedział w nogach mojego łóżka i wesoło merdał ogonem. Wzięłam go na ręce i wyściskałam, a on polizał mi nos. Nasypałam mu karmu do miseczki i przyglądałam się jak je. Wyjęłam z szafy błękitne dżinsy i sweter w fioletowo-czarne paski. W łazience przebrałam się i umyłam zęby. Włosy rozczesałam palcami pozostawiając je w wielkim nieładzie.
-Cookie!- zawołałam. Szczeniak przybiegł do mnie i wskoczył mi na kostkę. Zniosłam go po schodach i weszliśmy do salonu. W całym domu było, aż za cicho, a to dlatego, że wszyscy jeszcze o tej godzinie spali. Tylko ja tu byłam nienormalna. Włączyłam telewizor i nastawiłam na jakiś program muzyczny. Siedząc na wygodnej kanapie rozpoczęłam tresurę mojego pupila. Pierwszym krokiem była nauka siadania.

sobota, 17 sierpnia 2013

Notka informacyjna ♥

Siemasz świecie! :** 
Informuję, iż od jutra mnie nie ma. xD
Wyjeżdżam na cały tydzień i nie będę miała dostępu do netu, więc rozdziałów nie będzie.
No to chyba na tyle...
Życzcie mi szczęśliwej podróży do Gdańska.
Bayyyyy
<333

PS Tęsknię Siostrzyczko  ♥

Rozdział XVII

-Jesteś- wyszeptałam. Obok mnie siedział chłopak z mojego snu. Był jeszcze piękniejszy, niż mi się wydawało. Jego zielone tęczówki przyciągały niczym magnesy.
-Jestem- uśmiechnął się, dzięki czemu stał się jeszcze bardziej przystojny.
Powoli nachylił się i pocałował mnie w czoło, przymknęłam powieki. Westchnęłam kiedy się wyprostował.
-Miałam cudowny sen- szepnęłam. Nie byłam do końca pewna czy chcę, aby wiedział, że to odrywał tam główną rolę, jednak postanowiłam mu powiedzieć.
-Śniłam, że jestem w najwspanialszym miejscu na świecie i ty byłeś ze mną. Było idealnie, lecz w pewnej chwili chciałeś mnie zostawić. Prosiłam, żebyś został i w końcu mnie posłuchałeś. Przytuliłeś i powiedziałeś coś takiego czego nigdy nie zapomnę...- urwałam. Nagle pomyślałam, iż to co mi wtedy powiedział było chyba realne... Właśnie się budziłam, kiedy usłyszałam jego ciche słowa.
-Co powiedziałem?- zapytał Brett. Zerknęłam na niego nieśmiało.
-Kocham cię. Powiedziałeś, że mnie kochasz- rzekłam. Niespodziewanie oblicze chłopaka zdradziło kilka emocji, czułość, opiekuńczość i miłość.
-Kocham cię.- Usłyszałam. Po czym nasze wargi złączyły się w pocałunku.
Nie wiem ile dokładnie czasu to trwało, ale gdy oderwaliśmy się od siebie brakowało mi tchu. Brett zaśmiał się zadowolony z siebie, a ja wiele nie myśląc wtuliłam się w niego. Było doskonale.
-Nie zostawię cię- powiedział do mnie. Uśmiechnęłam się pod nosem zadowolona z obrotu spraw.
Leżeliśmy tak szczęśliwi na moim łóżku, aż drzwi do mojego pokoju uchyliły się. W progu stanęła Rebbeca trzymająca czerwoną tacę z jedzeniem i piciem. Na jej widok zarumieniłam się ciekawa co też sobie teraz pomyśli o Brettcie i... o mnie.
-Dobre się bawicie- zapytała rozbawiona. Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. Wstałam i podeszłam do stolika przy kanapie, na którym została ustawiona tacka z przekąskami.
-Tak. Mamy wiele do roboty- odpowiedziałam. Na odchodne macocha zaśmiała się w głos i zamknęła szczelnie drzwi.
Westchnęłam głęboko i usłyszałam jak chłopak się śmieje.
-Chyba nie zrobiłem dobrego, pierwszego wrażenia- powiedział. A ja odwróciłam twarz w jego stronę. Siedział na łóżku i robił sobie ubaw z zaistniałej sytuacji. Patrzałam tak na niego i w końcu nie wytrzymałam, tylko zawtórowałam mu śmiechem. Podeszłam do niego i chwyciłam za rękę. Usiedliśmy na kanapie i nalaliśmy sobie do szklanek coli. Upiłam łyk po czym zapytałam:
-A tak szczerze to co twoja siostra o mnie myśli?
-Lubi cię.
-Nie o to mi chodzi...
-Uważa, że jesteś śliczną dziewczyną, która nie jej świadoma własnych zalet. Do tego słusznie sądzi, iż jesteś dość spontaniczną, ale miłą osobą.
-No tak. Rzeczywiście czasami działam spontanicznie- uśmiechnęłam się pod nosem.
-To fajnie. Wieczna odpowiedzialność jest nudnawa.
-Taaa, ale nie można całe życie szaleć.
-Wiem coś tym- mrugnął do mnie zalotnie. Nie wiedziałam jak zareagować, bo tak naprawdę to nigdy wcześniej nie spotykałam się z żadnym chłopakiem. Chociaż chętnych było kilku to ja do dziś trzymałam się zasady, że wierzę w prawdziwą miłość. Mimo wszystko nie potrafiłam powiedzieć Brettowi, że go kocham, ponieważ sama nie byłam pewna swoich uczuć...
Zjedliśmy chrupki i ciasto żartując i dyskutując na różne tematy. Musieliśmy się lepiej poznać, dlatego robiliśmy jakby małe przesłuchania. Ja na przykład pytałam o jego zainteresowania i sposoby spędzania wolnego czasu, a on wypytywał mnie o takie błahostki jak moje ulubione jedzenie, czy znienawidzone piosenki.
-Nie cierpię mleka- powiedziałam w pewnym momencie. Chłopak zaśmiał się.
-Jak możesz? Ja codziennie piję mleko.
-Fuj! Obrzydlistwo.
-To jak możesz lubić jeść płatki?
-Normalnie. Mleko w płatkach to zupełnie coś innego.
I tak mniej więcej wyglądały nasze pogadanki. Siedzieliśmy tak do jakiejś dwudziestej drugiej, aż zadzwoniła komórka Bretta.
-Tak, Jo?- powiedział do telefonu. Rozmawiał z siostrą. -Dam radę. Nie, nie musisz się denerwować. No zaraz wyjdę. Spokojnie, nic się przecież nie stało- śmiał się.
-Co się stało?- zapytałam od razy, jak tylko odłożył słuchawkę.
-Jo nie może po mnie przyjechać. Harry gdzieś pojechał i wróci dopiero w nocy. Muszę już iść, bo będzie się martwić czy nic mi się nie stanie. Wiesz, ona czasem zapomina, że mam już siedemnaście lat.
-Po prostu się o ciebie troszczy- uśmiechnęłam się, ale wyszedł chyba tylko jakiś grymas. Wiadomość, iż zostanę sama sprawiła, że zrobiło mi się przykro.
-Nie smuć się jutro się zobaczymy- szepnął mi do ucha.
Pocałował mnie delikatnie i wyszedł. Wybiegłam na balkon i odprowadziłam go wzrokiem do końca ulicy.
Pozostawało jeszcze jedno pytanie... Dlaczego nadal nie potrafiłam poczuć się szczęśliwą? Mimo tego, że najwspanialszy chłopak na świecie mnie kochał, ja nie umiałam się tym w pełni cieszyć. Coś było nie tak... Coś podpowiadało mi, że jeśli teraz odnajdę szczęście i miłość to szybko tego pożałuję...