Mój wybór padł na czarną miniówkę, szare rajstopy z dziurami i szarą koszulkę z czaszką oraz dżinsową kamizelkę. Było nieźle. Sięgnęłam po szczotkę i poprawiłam włosy.
Gdy skończyłam się stroić była dopiero siedemnasta, więc postanowiłam, że trochę odpocznę. Położyłam się na łóżku i przymknęłam oczy. Po chwili zasnęłam.
_________________________________________________________________________________<Brett>
Siedziałem przy stole kuchennym z telefonem w ręku. Wiadomość, że Alice mnie zaprosiła bardzo mnie ucieszyła. Poszedłem do swojego pokoju i otworzyłem szafę. Wyjąłem z niej jasne dżinsy i pierwszy lepszy T-shirt. Przebrałem się i przeczesałem palcami włosy. Osobiście nie przywiązywałem żadnej wagi co do wyglądu, chociaż lubiłem wyglądać modnie. Zawdzięczałem to Jo, która zasiała we mnie ziarenko swojej pasji. Mimo to nigdy nikogo nie oceniałem po wyglądzie. Wolałem kiedy ludzie pozostawali naturalni, zwłaszcza dziewczyny. Prawda- ładnie wyglądają z makijażem, lecz bez przesady!
Alice, byłą jedną z wielu dziewczyn nieświadomych własnych zalet. Była naprawdę piękna, więcej była jedną z najpiękniejszych jakie miałem okazję kiedykolwiek zobaczyć. Niestety, niepotrzebnie się stroiła i malowała. Kiedy była w szpitalu, mogłem spokojnie podziwiać jej niesamowitą urodę. Postanowiłem wspomnieć jej przy okazji, iż nie musi się tak wysilać.
Poszedłem do kuchni, żeby napić się wody. Denerwowałem się nieco tą wizytą. Ojciec Alice nie był co do mnie przekonany. Powiedział mi to w szpitalu, gdy jego córkę zabrali na badania. Nie podobało mu się, że cały czas przy niej byłem. Pamiętałem co wtedy mu powiedziałem...
-A co ty się tak przejmujesz stanem zdrowia mojej córki?- zapytał tata Alice. Mierzył mnie wzrokiem.
-Martwię się o nią tak samo jak pan!- warknąłem. Byłem wściekły na faceta.- Zależy mi na niej i nie zamierzam jej teraz zostawić. Chyba pan nie uważa, że ona ma tu teraz zostać całkiem sama! Żeby w spokoju mogła dojść do siebie potrzebni jej przyjaciele. Dopiero co straciła najlepszą przyjaciółkę...
-Ty mnie lepiej nie pouczaj co dla niej dobre, a co nie- wycedził przez zaciśnięte zęby. Był na mnie nieźle wkurzony. Odetchnął przez nos i złapał się za skroń.- Przepraszam cię- powiedział cicho.
-Proszę? Pan mnie przeprasza?- zdziwiłem się.
-Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem. Uwierz ja się po prostu tak strasznie o nią boję... To moja jedyna córka. Nie mogę jej stracić- urwał. Powoli oddychał przez nos. Zaczynałem go rozumieć.- Wybacz.
-W porządku, nic się nie stało.
-Muszę ci też podziękować. Gdyby nie ty...- pokręcił głową. Był naprawdę przerażony.- Dziękuję ci. Z całego serca ci dziękuję.
-Proszę pana ja... Ja myślę, że chyba... ehh... Myślę że zakochałem się w pana córce- wydusiłem z siebie. Mężczyzna spojrzał na mnie i uśmiechnął się pod nosem.
-Jeśli chcesz z nią być, to musisz mi udowodnić, że będziesz się o nią troszczyć.
-Ja oddałbym za nią życie. Jest dla mnie wszystkim- szepnąłem.
-Zobaczymy- kiwnął głową.
-Brett! Jak mam cię podwieźć to rusz tyłek i chodź!- wydarła się Jo przerywając tym samym moje rozmyślania.
-Idę przecież, ludzie- mruknąłem.
Jechaliśmy samochodem jakieś pół godziny. Jo wysadziła mnie pod sklepem i pojechała do miasta. Kupiłem dla Alice mały bukiecik białych róż- jej ulubionych kwiatów. Wyszedłem ze sklepu i odwróciłem się w kierunku domu dziewczyny. Budynek zrobił na mnie wrażenie. Ja mieszkałem w mieszkaniu w wieżowcu, ale ona żyła w innym świecie. Jej ojciec pracował jako aktor, dlatego mógł sobie pozwolić na luksusy.
Zadzwoniłem domofonem. Brama rozsunęła się, więc wszedłem na podwórko. Drzwi frontowe uchyliła mi jakaś kobieta w blond włosach. Wyglądała na uprzejmą panią domu.
-Dzień dobry- powiedziałem lekko speszony jej spojrzeniem. Przyglądała mi się z przesadnią ciekawością.
-Witaj. Wchodź- powiedziała sopranem. Wytarłem buty w wycieraczkę i wszedłem na przedpokój. Zdjąłem buty i uśmiechnąłem się nieśmiało.
-Idź schodami na górę. Tam pierwsze drzwi po prawej są od pokoju Alice- poinstruowała mnie kobieta.
Idąc na piętro rozglądałem się z zainteresowaniem. Dom wyglądał na bardzo zadbany. Zapukałem cichutko w drzwi, po czym uchyliłem je. Moim oczom ukazał się najsłodszy widok na świecie- zmożona snem piękność. Chciałem do niej podejść, ale zobaczyłem małego szczeniaka biegnącego w moją stronę. Położyłem bukiet na biurku i wziąłem psa na ręce. Był bardzo uroczy. Wylizał mi całą twarz, więc odłożyłem go na podłogę. Usiadłem obok drzemiącej dziewczyny i zaśmiałem się cicho. Wyglądała tak spokojnie. Odgarnąłem zabłąkane kosmyki z jej twarzy, na co delikatnie się poruszyła. Nie miałem zamiaru jej budzić, była taka piękna...
-Brett- usłyszałem. W pierwszej chwili pomyślałem, iż Alice się zbudziła, ale oczy nadal miała zamknięte. Nachyliłem się, aby posłuchać co mruczała przez sen.
-Brett. Nie zostawiaj mnie, potrzebuję cię, Brett- dźwięk mojego imienia wymawianego przez ślicznotkę był muzyką dla moich uszu.
-Jestem tu, kocham cię- szepnąłem. Łatwo mi było jej to wyznać, gdy spała. Nie potrafiłem zebrać się na odwagę, by powiedzieć jej to prosto w twarz.
Na moje słowa dziewczyna zareagowała uśmiechem. Ten uśmiech dodawał jej wdzięku. Wpatrywałem się w nią sam nie wiem ile, aż w końcu otworzyła oczy. Widząc mnie słodko się zarumieniła i szepnęła:
-Jesteś.
-Jeśli chcesz z nią być, to musisz mi udowodnić, że będziesz się o nią troszczyć.
-Ja oddałbym za nią życie. Jest dla mnie wszystkim- szepnąłem.
-Zobaczymy- kiwnął głową.
-Brett! Jak mam cię podwieźć to rusz tyłek i chodź!- wydarła się Jo przerywając tym samym moje rozmyślania.
-Idę przecież, ludzie- mruknąłem.
Jechaliśmy samochodem jakieś pół godziny. Jo wysadziła mnie pod sklepem i pojechała do miasta. Kupiłem dla Alice mały bukiecik białych róż- jej ulubionych kwiatów. Wyszedłem ze sklepu i odwróciłem się w kierunku domu dziewczyny. Budynek zrobił na mnie wrażenie. Ja mieszkałem w mieszkaniu w wieżowcu, ale ona żyła w innym świecie. Jej ojciec pracował jako aktor, dlatego mógł sobie pozwolić na luksusy.
Zadzwoniłem domofonem. Brama rozsunęła się, więc wszedłem na podwórko. Drzwi frontowe uchyliła mi jakaś kobieta w blond włosach. Wyglądała na uprzejmą panią domu.
-Dzień dobry- powiedziałem lekko speszony jej spojrzeniem. Przyglądała mi się z przesadnią ciekawością.
-Witaj. Wchodź- powiedziała sopranem. Wytarłem buty w wycieraczkę i wszedłem na przedpokój. Zdjąłem buty i uśmiechnąłem się nieśmiało.
-Idź schodami na górę. Tam pierwsze drzwi po prawej są od pokoju Alice- poinstruowała mnie kobieta.
Idąc na piętro rozglądałem się z zainteresowaniem. Dom wyglądał na bardzo zadbany. Zapukałem cichutko w drzwi, po czym uchyliłem je. Moim oczom ukazał się najsłodszy widok na świecie- zmożona snem piękność. Chciałem do niej podejść, ale zobaczyłem małego szczeniaka biegnącego w moją stronę. Położyłem bukiet na biurku i wziąłem psa na ręce. Był bardzo uroczy. Wylizał mi całą twarz, więc odłożyłem go na podłogę. Usiadłem obok drzemiącej dziewczyny i zaśmiałem się cicho. Wyglądała tak spokojnie. Odgarnąłem zabłąkane kosmyki z jej twarzy, na co delikatnie się poruszyła. Nie miałem zamiaru jej budzić, była taka piękna...
-Brett- usłyszałem. W pierwszej chwili pomyślałem, iż Alice się zbudziła, ale oczy nadal miała zamknięte. Nachyliłem się, aby posłuchać co mruczała przez sen.
-Brett. Nie zostawiaj mnie, potrzebuję cię, Brett- dźwięk mojego imienia wymawianego przez ślicznotkę był muzyką dla moich uszu.
-Jestem tu, kocham cię- szepnąłem. Łatwo mi było jej to wyznać, gdy spała. Nie potrafiłem zebrać się na odwagę, by powiedzieć jej to prosto w twarz.
Na moje słowa dziewczyna zareagowała uśmiechem. Ten uśmiech dodawał jej wdzięku. Wpatrywałem się w nią sam nie wiem ile, aż w końcu otworzyła oczy. Widząc mnie słodko się zarumieniła i szepnęła:
-Jesteś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz