wtorek, 13 sierpnia 2013

Rozdział XIII

Obudził mnie jakiś ochrypły głos. Należał do jakiegoś faceta i chyba go już wcześniej słyszałam.
-Budzimy się. HALO ! Budzimy się!- mówił. Otwarłam oczy, lecz zaraz je zamknęłam oślepiona jakimś małym światełkiem. To lekarz przyszedł sprawdzić jak się czuję.- Otwórz te oczy, no dalej- mruknął. Spełniłam, więc jego żądanie, a on poświecił mi metalową latareczką. Kazał mi liczyć swoje palce i takie tam. Po wszystkim rzekł:
-Wygląda na to, że możemy cię już wypisać. Zaraz jakaś pielęgniarka zadzwoni do któreś z rodziców, natomiast ja wypełnię potrzebne papiery.
Kiwnęłam głową, a mężczyzna wyszedł. Rozejrzałam się po pokoju, lecz nigdzie nie dostrzegłam Bretta. Na mojej twarzy pojawił się grymas. Wstałam z łóżka i poszłam na korytarz. Niestety i tam nie go nie znalazłam. Zrobiło mi się smutno- chłopak wbrew swoim zapewnieniom mnie zostawił. Wróciłam do pokoju i zjadłam śniadanie, dostarczone przez cichą kucharkę. Tym razem posiłek nie wyglądał zbyt zachęcająco- były to kanapki z szynką i cebulą, jednak wyglądały paskudnie. Podziabałam i zostawiłam odpychające śniadanie.
Chwile później do mojej sali wszedł ojciec. Miał na sobie granatową koszulę i czarne spodnie od garnituru.
-Cześć, mała- przywitał się. Pocałował mnie w czoło i usiadł na skraju łóżka.- Dzwonił do mnie lekarz i powiedział, że dziś wychodzisz. Czy to nie wspaniale?- zapytał. Uśmiechnęłam się do niego i przytaknęłam. Wzięłam od niego torbę z ciuchami i weszłam do łazienki, żeby się przebrać. Rebecca zapakowała mi starte, dżinsowe rurki oraz czarno-czerwoną koszulę. Ubrałam się i upięłam włosy w kucyk. Wróciłam do taty i zapytałam:
-Nie widziałeś gdzieś może Bretta?
-Nie, a co? Wreszcie sobie poszedł?- spojrzałam na niego spode łba na co odpowiedział mi wybuchem śmiechu.- Dobra, spakuj te swoje rzeczy, a ja idę podpisać jakieś dokumenty.
Otworzyłam pustą torbę przywiezioną przez ojca i zaczęłam w nią pakować różne rzeczy, szczotkę, piżamę, klapki i inne pierdoły. Nie skupiałam się jednak na tym co robiłam bo moje myśli powędrowały do ciemnowłosego chłopaka. Przy nim czułam się świetnie, to u niego znalazłam pocieszenie. Momentalnie na moje usta wkradł się uśmiech.
Nagle ktoś przytulił mnie od tyłu i szepnął.
-Cześć, to dla ciebie.
I podał mi piękny bukiet białych róż. Odwróciłam się i mocno go przytuliłam.
-To moje ulubione, dziękuję- powiedziałam wzruszona jego gestem.
-Zapamiętałem- uśmiechnął się. Przypomniałam sobie, że kiedy tak wczoraj rozmawialiśmy wspominałam mu o tym co lubię.
-Bałam się, że uciekłeś ode mnie- zaczerwieniłam się. Nawet jeśli by sobie poszedł to co? Nie był mój...
-Alice, już ci tyle razy mówiłem- nie potrafiłbym cię zostawić. Za bardzo mi na tobie zależy.
Puściłam go, by móc kontynuować pakowanie, Brett od razu mi pomógł.
-Dziś wychodzę- powiedziałam. Obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem. Zapewne wyczuł mój irracjonalny lęk. Bałam się wrócić do domu. Nawet nie wiedziałam, gdzie się teraz zatrzymamy. A poza tym trwał rok szkolny... Miałam niby ot tak wrócić sobie do szkoły? Jak gdyby nigdy nic? Dokuczała mi także obawa, iż chłopak, który mnie uratował zniknie na zawsze z mojego życia.
-Cieszy mnie to- powiedział spokojnie.- Wreszcie odpoczniesz od tego paskudnego otoczenia. Zapomnisz o tych szpitalnych przeżyciach i o wszelkich kłopotach. Sama zobaczysz wszystko się ułoży. Zapewniam cię, że jeżeli będziesz tego chciała to ja z chęcią będę cię odwiedzał, nawet codziennie. Pomogę ci się jakoś pozbierać- uśmiechnął się pocieszająco. Zrobiło mi się raźniej. Nie miał zamiaru odejść.
-Potrzebuję cię.
-Do usług.
Szybko skończyliśmy pakować wszystkie moje rzeczy i usiedliśmy na moim łóżku. W rękach trzymałam pachnące kwiaty.
-W ogóle to chciałem ci powiedzieć, że ślicznie wyglądasz- odezwał się. Jak zwykle zarumieniłam się.- Miło wreszcie móc cię zobaczyć w normalnych ciuchach, taką normalną, codzienną.
-Dzięki- szepnęłam i opuściłam głowę. Zrobiło mi się naprawdę miło.
Do sali wszedł mój ojciec. Na widok mojego przyjaciela zrobił lekki grymas.
-Gotowa jesteś?- zwrócił się do mnie. Kiwnęłam głową.
-To ja już sobie pójdę jakby co to zadzwoń, zapisałem ci mój numer- mrugnął mi Brett i wyszedł szybkim krokiem.
-Ale, tato gdzie my teraz będziemy mieszkać?- spytałam. Martwiłam się, że zechce mieszkać w domu po mojej mamie, lecz nie zniosłabym tego.
Ojciec jakby czytając mi w myślach powiedział.
-Wzięliśmy wszystkie twoje rzeczy oraz rzeczy po twojej mamie z waszego poprzedniego domu do nowego. Tamten został sprzedany, a mieszkać będziemy w trochę większym. Zobaczysz spodoba ci się.
Zajechaliśmy pod nasz nowy dom, który był ogromny. Miał dwa piętra i wielki ogród z basenem. Do tego taras i balkon. Dom koloru mlecznej czekolady od razu podbił moje serce. Pokochałam swój nowy DOM.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz