poniedziałek, 23 grudnia 2013

życzonka

Kochani z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia życzę Wam mnóstwa prezentów, zajebistej chłopaka/dziewczyny (co kto woli XD), miłej atmosfery w domciu i czego tylko zapragniecie. Do tego samych sukcesów, zera problemów i masy prawdziwych przyjaciół. Szalonego sylwestra i zabawy do białego rana. Zdrowych i wesołych moi drodzy. :) 

Dziękuję Wam za każde wejście, bo to motywuje. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie nas jeszcze więcej! 

Pozdrawiam:
byBellaaa


hahahahahahahaahahaha



rozdział 34

-Tak!- zawołałam. Chyba nie myślałam jasno, ponieważ w tej chwili nie czułam lęku, a przecież miałam skakać z pierwszego piętra...
-No to dalej- zachęcił mnie James, szczerząc się. Westchnęłam i zamknęłam oczy. 
Jednym ruchem przeskoczyłam metalową barierkę i zaczęłam spadać. Świst powietrza ogłuszył nie na kilka sekund, po czym poczułam jak ląduję w silnych ramionach. Zaśmiałam się jak dziecko i otworzyłam oczy. Twarz pięknego chłopaka była zaledwie kila centymetrów od mojej. Byłam jak zaczarowana. 
-Alice?- usłyszałam przepełniony bólem głos Bretta. Odwróciłam głowę w jego stronę. Wyglądał paskudnie. 
James opuścił mnie delikatnie na ziemię, jednak cały czas trzymał moją dłoń w swoim uścisku. 
-Teraz, idziemy wszyscy porozmawiać- powiedziałam.
-Możemy jechać moim samochodem- zasugerował James, patrząc na mnie. Starał się nie zwracać uwagi na nasze towarzystwo.
-Niech będzie- szepnęłam.
Byłam zirytowana świdrującym spojrzeniem Bretta. Widziałam w jego oczach ból, lecz nie potrafiłam mu pomóc.
Usiadłam na przednim siedzeniu, obok kierowcy. James odpalił silnik, ale nie mogliśmy jechać. Brett stał przed drzwiami i nie chciał wsiąść.
-Rusz dupę i wsiadaj!- warknął blondyn.
Brett spiorunował go wzrokiem, jednak posłuchał.
Po jakichś dziesięciu minutach ciszy zaczęłam się wiercić. Czułam, że długo nie wytrzymam. Na całe szczęście byliśmy prawie na miejscu. Skupiłam wzrok na przedniej szybie, a po chwili widziałam już koniec drogi. Wysiedliśmy z auta i chłopaki spojrzeli na mnie pytająco. Westchnęłam, po czym odwróciłam się na pięcie i skierowałam w stronę klifu. Od wieków nikt tu nie zaglądał, ale dawniej było to miejsce mnóstwa spotkań. Głównie przychodzili tu zakochani i byłoby tak do dziś, gdyby nie fakt, że klif się osuwał. Ziemia nie była już tak stabilna przez co istniało ryzyko upadku w dół, czyli w morską otchłań...
Szybkim krokiem zmierzałam do swojego celu. Słyszałam kroki moich przyjaciół. Byłam z lekka zdenerwowana, nie wiedziałam jak to się wszystko potoczy.
Zimny wiatr rozwiał mi włosy. Zaczęłam dygotać- konsekwencje braku kurtki. Otuliłam ramiona rękami i dzielna szłam naprzód.
-Alice, chcesz kurtkę?- usłyszałam zachrypnięty głos Jamesa. Odwróciłam się i zobaczyłam jak bez słowa ściąga okrycie. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Podszedł do mnie i delikatnie zarzucił mi skórzaną kurtkę na ramiona.
-Dziękuję- powiedziałam i pocałowałam go w policzek. Było mi trochę głupio, że przeze mnie będzie marzł, tyle że, mnie było tak potwornie zimno.
Znów się odwróciłam i nawet nie zerkając na Bretta podjęłam przerwany marsz. Mimo ciemności dało się dojrzeć lekki zarys ścieki. Szło się dość opornie, ponieważ wicher przybrał na sile.
Po jakimś czasie dotarliśmy do celu. W powietrzu unosił się słony zapach bryzy. Podeszłam do krawędzi klifu i spojrzałam w dół. Pode mną burzyła się czarna jak noc woda. Jeden mały krok i wpadłabym w tę otchłań...
-Alice?

środa, 18 grudnia 2013

zapraszam

Heyy <33
Wiem, wiem, że ostatnio rozdziały są publikowane co jeden, dwa, trzy, siedem dni, no ale cóż. XD 
hahaahaha dobra do rzeczy :33

REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA   REKLAMA

Serdecznie zapraszam wszystkich:
-moich czytelników ♥
-fanów 1D
-wielbicieli super fanfiction
-zajebistych ziomków
na bloog mojej kochanej Patrycji <333
 |
 |
 |
 |
V

Ogólnie główna bohaterka to Joselyn, która pewnego dnia spotyka Harrego z zespołu One Direction. 
Historia dopiero się zaczyna, więc tym bardziej zachęcam do jej śledzenia. 
POZDRAWIAM CIĘ PATI ;**


rozdział 33

Obudziłam się na zimnej podłodze, cała zesztywniała. W pokoju panowały egipskie ciemności. Przymrużyłam oczy, czekając, aż przyzwyczają się do otaczającego mnie mroku. Z westchnieniem podniosłam się z podłogi. Bolała mnie głowa, jakby ktoś uderzył mnie młotkiem. Zwinęłam się w kłębek, na cieplutkim łóżeczku. Przymknęłam powieki i już zasypiałam, jednak usłyszałam jak coś delikatnie puka w okno. Powoli usiadłam i przeciągnęłam się. Podeszłam do uchylonego okna i stanęłam jak wryta. Na ulicy stał Brett, a w garści trzymał małe kamyki. Na mój widok opuścił dłoń i uśmiechnął się. Otworzyłam drzwi balkonu, co jeszcze bardziej go ucieszyło, ale nie przewidział mojej reakcji.
-Wynoś się stąd!- syknęłam. Widać było, że nie jest już tak pijany, jak wcześniej. Jego twarz była umazana zaschniętą krwią, wyglądał strasznie.
Po moich słowach zbladł. Nie spodziewał się czegoś takiego. Odwróciłam się na pięcie i zamknęłam szklane drzwi i okno. Usiadłam przy biurku, by zapalić małą lampkę. Teraz nie było już mowy o śnie. Z szuflady wyjęłam szkicownik oraz różowy, futerkowy piórnik. Na kratkowanej kartce zaczęłam wypisywać wszystkie wyzwiska, jakie przychodziły mi do głowy. Idiota, palant, świnia, cham, pustak, dureń, kretyn...
Dopiero, gdy mokra plama skapnęła na papier uświadomiłam sobie, że głośno szlocham. Ukryłam twarz w dłoniach, chcąc zniknąć. I wtedy przypomniałam sobie słowa Tori, które zapisane miałam w liście od niej. Myślała, że Brett będzie moim księciem z bajki, że będziemy razem szczęśliwi.
Myliła się.
Wyszło na to, że chłopak był skończonym dupkiem, a ja byłam w nim całkowicie zakochana. I to był właśnie problem. Kochałam tego drania, mimo wszystko. Nie potrafiłam o nim zapomnieć, a niczego innego tak bardzo nie chciałam.
Podniosłam głowę, ponieważ znów dało się usłyszeć irytujący odgłos małych kamieni, uderzających w okno. Dosyć tego, pomyślałam. Rozwścieczona poderwałam się z krzesła, zabierając z biurka kartkę papieru i wyszłam na balkon.
Brett być skołowany, sama nie wiem czemu. Albo nie spodziewał się, że jeszcze raz wyjdę na balkon, albo zgasił go widok mojej zapłakanej twarzy. Kto wie, może jedno i drugie...
-Zabieraj się stąd! Już!- krzyknęłam.
W odpowiedzi chłopak tylko pokręcił głową, więc rzuciłam w niego zgniecioną kartką. Oparłam ręce o metalową balustradę. Widziałam jak Brett czyta mój "list", a jego twarz wykrzywia jakiś grymas, lecz nic mnie to nie obchodziło. Miał za swoje. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Żeby raz na zawsze rozwiązać ten problem. Weszłam do pokoju i podniosłam swoją komórkę. Szybki ruchem wybrałam odpowiedni numer, by po chwili rozmawiać z James'em.
-Halo, Alice?- spytał. Jego głos zadziałał na mnie dość uspokajająco.
-Cześć. Nie obudziłam cie?
-Nie, nie. A co?
-Wiesz, to trochę głupie, ale chciałam cię o coś prosić. Mianowicie, czy mógłbyś przyjść pod mój dom?
-Nie ma problemu, tylko powiedz mi, po co?- zaśmiał się do słuchawki. Poczułam suchość w gardle, nie wiedząc jak to chłopakowi powiedzieć.
-Noo, to jest tak, że Rebbeca śpi, a ja muszę wyjść i to natychmiast. Gdybyś pomógł mi zejść z balkonu...
-Ej, zaczekaj. Ja chcę, żebyś mi wyjaśniła, po co chcesz w ogóle wychodzić gdzieś o tej godzinie i to bez wiedzy twojej mamy.
-Brett tu przyszedł- wyszeptałam.
-Ten gnój tam jest?!
-James, posłuchaj mnie teraz uważnie. Przede wszystkim opanuj się.
-Jestem spokojny- burknął.
-Widzę właśnie. Dobra nieważne! Chodzi mi o to, że chcę z nim porozmawiać. Dać mu do zrozumienia, że popełnił taki błąd, którego już mu nie wybaczę.
-I ja mam cię tam puścić samą?
-Nie. Myślałam, żebyś ze mną poszedł. Nie wiem, co Brettowi przyjdzie do głowy, a z tobą będę się czuć bezpieczniej- powiedziałam. Mój głos drżał od emocji.
Usłyszałam jak James bierze głęboki wdech.
-To jak? Przyjdziesz tu?
-Okey, będę za piętnaście minut.
-Dziękuję.
-Do usług, piękna- powiedział i się rozłączył.
Doskoczyłam do szafy i wyjęłam z niej czarne rurki i czerwoną bluzkę. Wciągnęłam na nogi trampki i wyszłam na balkon.
-Alice, porozmawiajmy- zaczął zielonooki chłopak.
-Przymknij się- warknęłam. Rozejrzałam się i wróciłam do pokoju. Do kieszeni włożyłam tylko telefon. Chciałam zabrać też kurtkę, niestety była na dole na wieszaku, a nie ryzykując pobudki macochy nie mogłam tam zejść. Westchnęłam i otworzyłam małą szufladkę. Wyjęłam z niej szczotkę i rozczesałam włosy. Po raz kolejny wyszłam na balkon. Starałam się jak najszczelniej przymknąć drzwi.
Nie czekałam długo. Za końcu ulicy zobaczyłam jakiś samochód, który zawrotną prędkością podjechał pod mój dom. Wyszedł z niego wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Bezszelestnie podszedł pod sam balkon i spojrzał w górę, kompletnie ignorując przy tym Bretta.
-Gotowa?- zapytał szczerząc się James.

środa, 11 grudnia 2013

rozdział 32

Odskoczyliśmy  od siebie jak oparzeni. Czułam jak się rumienię....
-ALICE NATYCHMIAST DO DOMU!- wydarła się Rebbeca.
-Muszę już iść- szepnęłam. Na twarzy Jamesa widniał szeroki uśmiech.
-Taa, rozumiem- mrugnął do mnie. Nachylił się i jeszcze raz mnie pocałował, ale tym razem był to krótki, choć bardzo słodki pocałunek. Jak tylko się ode mnie odsunął mimowolnie westchnęłam. Odwrócił się i wszedł do taksówki. Zaśmiałam się cicho i otworzyłam drzwi mieszkania.
Przede mną stała rozwścieczona Rebbeca. Na pierwszy rzut oka zorientowałam się w czym tkwił problem, macocha rozpoznała Jamesa, a w jej oczach nie miał przecież dobrej opinii.
-Cześć- odezwałam się, spuszczając oczy. Nie potrafiłam mierzyć się z jej karcącym spojrzeniem.
-Co ty sobie myślisz?!- krzyknęła.
-To nie tak, mamo. Ja wiem jak to wygląda, ale to nie tak.
-Czyli, nie całowałaś się z chłopakiem, który niedawno cię zaatakował?
-Eee... no może nie do końca.
-Alice!
-Tyle się dzisiaj działo, że mogłabyś najpierw mnie wysłuchać, a nie od razu wyciągasz jakieś pochopne wnioski. Daj mi to wszystko jakoś wyjaśnić, proszę.
Rebbeca wzięło głęboki oddech i skierowała się do salonu. Usiadłyśmy na kanapie, gdzie w spokoju mogłyśmy porozmawiać. W duchu dziękowałam, że ojciec jeszcze nie wrócił z planu.
Kiedy relacjonowałam mamie moje dzisiejsze przygody, słuchała w milczeniu. Widać było, że starała się opanować i mi nie przerywać.
-No i tak jakoś wyszło, że mnie pocałował- zakończyłam, oblewając się rumieńcem.
-Oj dziecko, co to się porobiło. Domyślasz się pewnie, że nie podoba mi się to całe zamieszanie z James'em.
-Tak. Tylko, zauważ, że wcześniej byliśmy przyjaciółmi. A dzisiaj mnie obronił...- przerwałam. Ciągle było mi ciężko, z powodu głupich wyczynów Bretta. Nie potrafiłam mu tego wybaczyć. Za wiele dla mnie znaczył.
-Nie wiem co myśleć.
-Ja też nie. Jednak uważam, że mogłabym dać mu jeszcze jedną szansę. Poza tym sami mówiliście, z tatą, że potrzebni mi przyjaciele.
-Ale nie tacy, Alice.- Westchnęła. Spojrzała na mnie z troską.
-Dam sobie radę, mamo. Zaufaj mi.
-Ufam, kochanie, ufam.
Przytuliłam ją i poszłam do swojego pokoju. Przymknęłam drzwi i usiadłam na podłodze. Głośno westchnęłam. Co ja narobiłam? Czy ja do reszty zgłupiałam?
Zamknęłam oczy i poddałam się fali zmęczenia, która pojawiła się jakby znikąd.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

niedziela, 8 grudnia 2013

rozdział 31

Wyszłam z James'em z jego mieszkania, gdy wybiła ósma. Powoli się ściemniało.
Szliśmy szeroką alejką nic nie mówiąc. Czułam się już lepiej. Niby wciąż byłam zraniona i czułam potworny żal do Bretta, ale w jakimś stopniu się z tym... pogodziłam? Nie, to nie było to. Pogodzić się z tym nie umiałam. Lepiej brzmi, że zrozumiałam to co się stało. Nagle przyszło mi coś do głowy. Co pomyślał sobie o tym wszystkim James? Obronił mnie przed chłopakiem, który wcześniej uratował mi życie i którego wcześniej kochałam. To było chore.
-James?
-Tak?- spojrzał na mnie. Jego twarz rozświetlił słodki półuśmiech.
-Powiedz mi, tylko szczerze, co myślisz o tym co się dzisiaj działo?
Nie odpowiedział od razu. Spuścił wzrok i wziął głęboki oddech. Pokręciłam głową, pewnie miał mnie za idiotkę, która daje się poniewierać facetowi. Albo gorzej, mógł sobie pomyśleć, że go okłamałam z tym pożarem. Przestraszyłam się.
-Alice, jak mam być szczery to myślę, że to kawał gnoja. Wcześniej, jak mnie tak pobił to zrobił na mnie wrażenie. No wiesz, zdobył mój szacunek broniąc cię. Ale dzisiaj...
-On nigdy wcześniej się tak nie zachowywał.
-Możliwe, ale nie powinnaś go teraz usprawiedliwiać. Przecież on mógł cię skrzywdzić!
-Nawet sobie nie wyobrażałam, że może coś takiego zrobić. Tłumaczę ci, że nigdy nie widziałam, żeby pił chociaż jakiegoś drinka, a co dopiero, żeby był tak pijany.
Skręciliśmy w bardziej zatłoczoną część parku. Latarnie uliczne już się zapalały.
-Odpowiesz mi na jedno pytanie?- spytał po chwili James.
-To zależy...
-Od czego?
Prychnęłam.
-Strzelaj.
-Nadal go kochasz?
Tym pytaniem zbił mnie z pantałyku. Otworzyłam szerzej oczy, by po chwili je zamknąć. Jedną ręką poprawiłam nerwowo grzywkę.
-Alice?- jego głos był pełen niepokoju. Staliśmy na brzegu ścieżki, a mijający nas ludzie kompletnie się nami nie interesowali.
-Nie wiem- wyszeptałam. Słona strużka spłynęła mi po policzku, więc ukryłam twarz w dłoniach.
-Wybacz...
Bez zastanowienia wtuliłam się w chłopaka. Uroczym gestem pogładził mnie po włosach, starając się mnie jakoś uspokoić. Westchnęłam. To wszystko w jednej chwili stało się takie skomplikowane. Moje życie stanęło do góry nogami. Przygryzłam wargę, ponieważ kolejne łzy cisnęły mi się do oczu.
-Czekaj, weźmiemy taksówkę.
James podszedł do ulicy i jednym machnięciem ręki przywołał taksówkę. Złapał mnie za rękę i pociągnął do samochodu.
Siedzieliśmy z tyłu, gdzie mogłam spróbować dojść do siebie. Chłopak wyjął z kieszeni paczkę chusteczek i podał mi jedną. Przetarłam oczy do sucha i spróbowałam się uśmiechnąć. Ułatwił mi to widok mojej twarzy w wyświetlaczu telefonu. Wyglądałam koszmarnie i tylko, i wyłącznie z tego powodu roześmiałam się. Było to po prostu głupie, no ale cóż. Widząc moją reakcję James również wybuchł śmiechem.
Dojechaliśmy pod mój dom około godziny wpół do dziesiątej.
-To tu teraz mieszkasz?- zapytał blondwłosy chłopak, zamykając drzwi taksówki.
-Zgadza się- posłałam mu lekki uśmiech.
Odprowadził mnie pod drzwi i już miał zrobić krok w tył, by wrócić do samochodu, ale się zawahał. Stałam oparta o drzwi i patrzałam w jego oczy. Przyglądaliśmy się sobie jak zaczarowani i wtedy James zrobił to, czego mogłam się już po nim spodziewać. Pocałował mnie. Ten pocałunek różnił się od wcześniejszych. Po pierwsze, był nieśmiały, słodki. Po drugie, ja się nie opierałam. No, a na koniec, przerwał nam przeraźliwy wrzask mojej macochy...

sobota, 7 grudnia 2013

rozdział 30

-Chodź- szepnął James.
Przełamałam się i otworzyłam oczy. Przerażona zakryłam usta dłonią. Brett... Leżał pobity na ziemi. Wydawał się tak strasznie cierpieć...
-Jak mogłeś?- krzyknęłam. Kochałam go, teraz byłam tego pewna.- Kochałam cię!
-Alice, uspokój się. To ni nie da- James otoczył mnie ramieniem. Łkałam i szlochałam. Czułam taki ból...
-Kochałam! Rozumiesz?! Kochałam. Jesteś idiotą...
-Alice, chodź. Zostaw go.
-Ja go kochałam, wiesz? Naprawdę go kochałam, a on tak po prostu...Nie wierzę!- rozpłakałam się na dobre. Przez łzy widziałam wszystko jak przez mgłę, cały obraz mi się rozmywał. Byłam taka zrozpaczona. 
-Śmieszna jesteś- wymamrotał Brett. Próbował się podnieść, ale ciągle był pijany. Wreszcie udało mu się wstać. Zmierzyłam go spojrzeniem i przyłożyłam mu w twarz. Padł jak długi. 
-James, zabierz mnie stąd- wyszeptałam. Twarz całą miałam mokrą. 
-Oczywiście- powiedział chłopak. Przytrzymał mnie w talii i pozwolił bym oparła się o niego. 

***

Siedziałam na beżowej kanapie w salonie nowego mieszkania Jamesa. Od niedawna mieszkał sam, bez rodziców. W dłoniach trzymałam gorący kubek, pełen słodkiej herbaty. Wpatrywałam się w niego, nie wiedząc co począć. James siedział obok. W pogotowiu trzymał pudełko chusteczek, które wcześniej opróżniłam niemal do połowy. Czułam się zdradzona, oszukana i taka... odrzucona. Tak, to było właściwe określenie. Czułam się odrzucona, jak nigdy przedtem. 
-Alice, spójrz na mnie, proszę- cicho powiedział James. Podniosłam wzrok, wyglądał na zaniepokojonego.
-Boję się o ciebie...
-Nic mi nie jest.
-Alice, nie jesteś ze stali- zaczął. Wiedziałam, że miał rację, jednak ze wszystkich sił starałam się sama sobie mydlić oczy. Pragnęłam być ze stali i mieć tego dupka, który był mi powietrzem.
-Wiesz, że jestem twarda.
-Do cholery, przejrzyj na oczy!
-Po co?- zapytałam i odłożyłam kubek na stolik.- James, chyba powinnam już iść...
-Nie, błagam. Porozmawiaj o czymś innym, zgoda? Proszę, cię nie zostawiaj mnie.
Westchnęłam i spojrzałam na zegar na ścianie. Dochodziła druga po południu.
-Moja mama będzie się denerwować, że nie ma mnie na obiedzie.
-Zamówimy pizzę- uśmiechnął się. Wzruszyłam ramionami na znak zgody. Chłopak wyszedł zadzwonić z zamówieniem, a ja wysłałam sms'a do Rebbec'y, że wrócę późno.
James wrócił do pokoju i włączył 4funtv. Usiadł obok mnie i przekrzywił głowę z zaciekawieniem. 
-O co chodzi?- zapytałam. 
-Twoja mama jest w domu? Wcześniej mówiłaś, że ona...
-Kojarzysz żonę mojego taty? Rebbeca, ona teraz zastępuje mi matkę- szepnęłam. 
James zbliżył się do mnie i przytulił mnie. Potrzebowałam tego. W chwili gdy wtuliłam twarz w jego silne ramiona, uświadomiłam sobie, że czuję się w nich bezpieczna. Chłopak jakby czytał mi w myślach.
-Zaopiekuje się tobą, naprawdę obiecuję. Nigdy więc cię nie skrzywdzę. Zależy mi na tobie- ostatnie zdanie powiedział prawie, że bezgłośnie.Pogładził mnie po włosach i musnął ustami czubek głowy.

Jedliśmy pizzę i śmialiśmy się rozmawiając o nowym życiu Jamesa.
-Naprawdę zaczynasz zupełnie wszystko od początku?- spytałam. Przyglądałam mu się z uśmiechem.
-Tak. Wyprowadziłem się od rodziców i postanowiłem chociaż spróbować się zmienić. Wiedziałem też, że chciałbym zasłużyć na pewną czarującą dziewczynę- mrugnął do mnie. Sięgnął po butelkę coli i rozlał ją do dwóch szklanek.
-No, a jak to jest, uczysz się jeszcze? Czy chodzisz do pracy?
-Wiesz, rzuciłem szkołę- zaśmiał się. Upił łyk napoju, a potem dokończył.- A do roboty mi jeszcze daleko.
-Ja już chyba do szkoły nie wrócę...
-Więc jaki masz plan?
Zamyśliłam się i spojrzałam w okno. Zastanawiałam się od kilku dni, co teraz będzie.
-Szczerze, to nie mam pojęcia- mruknęłam.- Chciałabym skończyć jakąś szkołę muzyczną, albo coś takiego, ale nie wiem jak się do tego zabrać. To wszystko mnie przerasta. Tak naprawdę to ja jeszcze się nie pozbierałam po tym wszystkim.
-Rozumiem...
-Wcale nie.
-Może i masz rację, nie będę się sprzeczał, ale i tak myślę, że jesteś bardzo silna. Szacun.
-Dziękuję- szepnęłam i oparłam głowę o jego ramię.- Dziękuję, za wszystko.
-Przepraszam...- szepnął.