Siedziałam z James'em na ławce dość długo. Rozmawialiśmy praktycznie o wszystkim, zaliczając po kilka tematów na raz. Przebiegało to w miarę swobodnie, często się uśmiechałam. Nabrałam odwagi i pewności siebie, a strach odłożyłam na bok. Byłam świadoma, że powoli nabieram do chłopaka zaufania. Zaczęłam rozpoznawać starego przyjaciela. Zdawał się być ze mną szczery, wyczuwałam jego szczere chęci, przynajmniej tak i się zdawało. W pewnej chwili, jednak James zapytał mnie wprost:
-Kim jest, ten koleś, z którym ostatnio cię widziałem?
Odwróciłam wzrok i skupiłam się na swoich paznokciach.
-To skomplikowane...
-Ej, mieliśmy się bliżej poznać. Ja powiedziałem ci całą prawdę, o tych wszystkich laskach, z którymi się spotykałem. Żadna nic dla mnie nie znaczyła.
-James, to nie takie proste. Ten chłopak ma na imię Brett i...- westchnęłam i spojrzałam mu prosto w oczy. Jego tęczówki przyciągały jak magnesy.- On mnie uratował z pożaru, który, no cóż, sama wywołałam.
-Że co?
-To co słyszałeś, głąbie. Próbowałam popełnić samobójstwo, a Brett mnie uratował- skończyłam. Twarz James'a jeszcze przed sekundą wyrażała jedynie zaciekawienie wymieszane z dociekliwością, ale po moich słowach wyrażała jedynie szok i niedowierzanie.
-Dlaczego chciałaś...- celowo nie skończył. Może się przesłyszałam, bo usłyszałam w jego głosie troskę, a może ból?
-Straciłam matkę, a jakieś dwa dni później Tori odebrała sobie życie.
-Tori?
-Ochh, blondynka, moja najlepsza przyjaciółka.
-A już wiem. Chyba kojarzę.
-Nie mogłam tego znieść. Cały czas tylko płakałam. Z nikim nie potrafiłam zamienić choćby słowa, a co dopiero komukolwiek się zwierzyć. Zamykałam się w sobie, dusząc te bolesne przeżycia.
Pokręciłam głową. Wcześniej wspomnienie paliły mnie od środka, ale teraz? Teraz siedziałam na ławce w parku, z moim niedoszłym przyjacielem i opowiadałam mu historię z życia wziętą.
-Brett, on mnie uratował. Zabrał z płonącej kamienicy w ostatniej chwili. Zawdzięczam mu życie...
-Czy wy jesteście razem?- zerknął na mnie nieśmiało. Posłałam mu smutny uśmiech.
-To właśnie jest ta trudna część, wiesz? Przez krótką chwilę byliśmy parą, tyle że to wszystko potoczyło się tak szybko. Ustaliliśmy, że zostaniemy przyjaciółmi na jakiś czas, a potem się zobaczy.
Spojrzałam w niebo i wzięłam głęboki wdech. Myślałam, że to miłość... Że kocham Bretta, ale po dzisiejszym zamieszaniu zwątpiłam.
-Chodź, pójdziemy na drinka, okey?- zapytał James. Stał przede mną i wyciągał dłoń. Złapałam ją i wstałam. Sięgnęłam po kurtkę i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę ruchliwej ulicy.
-O czym myślisz?- spytał. Podniosłam głowę do góry, chcąc spojrzeć chłopaka.
-O tym co z nami będzie. Chcę, żebyś został moim przyjacielem, ale nie wiem czy jesteś wart mojego zaufania.
Zatrzymał się i chwycił moją dłoń w swoją. Przyjrzał mi się i wyszeptał.
-Alice, przysięgam, że nigdy więcej cię nie skrzywdzę. Choćby nie wiem co się miało stać.
W odpowiedzi pokiwałam głową i spojrzałam na nasze splecione dłonie. Podążył za moim wzrokiem i w ciszy obserwowaliśmy jak nasze palce wspólnie się krzyżowały.
Nagle z kieszeni spodni James'a wydobył się głośny dzwonek telefonu. Natychmiast puściłam jego rękę.
-Sorry- mruknął do mnie, po czym odebrał.
-Halo?- powiedział. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam nucić "Unconditionally". Nie słuchałam rozmowy chłopaka. W ogóle mnie nie obchodziła. Zrobiłam piruet, w chwili dotarcia do refrenu piosenki. Nuciłam ją w miarę głośno. Przymknęłam powieki, kręcąc się jak głupia. W pewnej chwili, sama nie wiem dokładnie kiedy, zaczęłam śpiewać. Zachowywałam się jak dziecko, śmiejąc się, tańcząc i śpiewając na środku chodnika.
Skończyłam swój mały występ. Jeszcze tylko cichuteńko nucąc ostatnie nuty.
-Bezwarunkowo?- usłyszałam. Był to Brett. Wciąż był pijany, ledwo trzymał się na nogach. Śmierdziało od niego alkoholem i papierosami. Zrobiłam krok w tył, ale za mną było wysokie na jakieś półtora metra ogrodzenie.
-Alice!- tym razem krzyknął James i chyba po raz pierwszy w życiu poczułam się bezpieczniej na dźwięk właśnie jego głosu.
Brett odwrócił się, próbując zlokalizować przeciwnika. Spróbowałam uciec, ale mimo nadmiaru alkoholu chłopak miał dobry refleks i złapał mnie za ramię. Wrzasnęłam na całe gardło. Łzy napłynęły mi do oczu. Nigdy, ale to przenigdy bym się nie spodziewała, że role się odwrócą. Teraz mój wcześniejszy bohater, który był całym moim światem, trzymał mnie w żelaznym uścisku, chcąc mnie zranić, zaś James, który jeszcze niedawno był tym złym charakterem okazał się moim wybawcom.
James kopnął Bretta w łydkę, od czego tamten stracił równowagę i poluźnił uścisk. Nabrałam powietrza i ze wszystkich sił przyłożyłam chłopakowi łokciem w brzuch. Kompletnie się nie spodziewał tego z mojej strony, więc atak był tym bardziej udany. James pomógł mi się wydostać z jego bolesnych objęć. Byłam kompletnie przerażona, trzęsłam się i łkałam. W poczuciu bezradności schowałam się za plecami zdeterminowanego blondyna.
-Alice, zamknij oczy- rozkazał, a ja natychmiast posłuchałam, nie trzeba było mi powtarzać dwa razy. James odsunął się ode mnie, więc zatkałam uszy. Niestety, mimo tej ochrony i tak dotarł do mnie odgłos jęków pijanego Bretta.