Biegłam na oślep. Jedyne czego wtedy chciałam, to, aby okazało się, że śnię. Niestety, nie ma tak dobrze. Usłyszałam pisk Jo i odwróciłam się ze zgrozą. James trzymał w żelaznym uścisku spanikowaną dziewczynę.
-Nie tak prędko, koleżanko- powiedział. Lustrował mnie spojrzeniem. Wiedziałam, że nie mogłam tak po prostu zostawić Jo. Przecież nie była niczemu winna.
-James...- szepnęłam. Nabrałam powietrza do płuc i powolutku zrobiłam krok w jego stronę.- Wypuść ją, to... to pójdę z tobą. Pójdę i porozmawiamy. Na spokojnie.
Skrzywił się, jakby wyczuł jakiś podstęp. Poczułam suchość w gardle, ale zrobiłam kolejny malutki krok naprzód. Wyciągnęłam lekko dłoń w kierunku blondyna.
-James, wypuść tę dziewczynę, to pójdziemy porozmawiać, okey?
-Kim ona jest?- warknął. Już miałam odpowiedzieć, że moją przyjaciółką, ale ugryzłam się w język.
-Nie wiem. Naprawdę...
-To czemu mam ci wierzyć, że jak ją puszczę to ze mną pójdziesz? Zaryzykujesz dla drogiej nieznajomej?- zakpił. Zrobiłam jeszcze jeden krok w jego stronę. Stałam tuż obok niego. Widziałam błaganie w oczach Jo.
-James, nie mam pojęcia kim ona jest, ale ty dobrze wiesz, że musimy się sami dogadać.
Przyjrzał mi się, jakby chciał ocenić, na ile może mi wierzyć. Odważyłam się zrobić coś zupełnie bezsensownego i głupiego, mianowicie delikatnie się uśmiechnęłam.
Chłopak jak na zawołanie opuścił ręce. Jo schowała się za moimi plecami.
-Alice- powiedziała bezgłośnie, by prześladowca jej nie usłyszał. Jej łzy poczuły moją koszulkę.
-Dziewczyno, posłuchaj mnie.- Złapałam ją mocno za ramiona i spojrzałam w oczy.- Nikomu, nic nie mów, pod żadnym pozorem, tylko o to cię proszę. A teraz zabieraj się stąd. Uciekaj.
Odsunęłam się i nie patrząc za siebie podeszłam tak blisko Jamesa, na ile wystarczało mojej odwagi. Pociągnęłam go za skrawek białego T-shirtu i skierowaliśmy się w stronę postoju TAXI. Za ostatnią stojącą taksówką skręciliśmy w ponurą alejkę i szliśmy dalej w ciszy do parku.
Rozłożyłam swoją kurtkę na wilgotnej ławce i usiadłam krzyżując nogi.
-No więc?- zapytałam hardo. Nabrałam nieco pewności siebie, chociaż byłam wstrząśnięta. Przed oczami przewijały mi się różne straszne widoki, pijany Brett, łzy i bezbronność Jo oraz potworne oblicze Jamesa.
-Powinniśmy zaczekać na twojego kochasia, nie uważasz?- zapytał z szerokim uśmiechem.
-Nie, myślę, że to sprawa między nami.
-Och. No, szkoda, że się nie zgadzamy. Tylko, to była nasza sprawa, dopóty, dopóki nie dał mi w ryj- skrzywił się.
-Ja tam mu się nie dziwię- mruknęłam. Byłam z siebie dumna, że potrafiłam z nim tak dyskutować, mimo tego, że wciąż się go bałam...
Podszedł do mnie i przytrzymał moją twarz palcem wskazującym.
-Trochę pyskata się zrobiłaś- szepnął mi do ucha. Zadrżałam.
Zaśmiał się głośno.
-Co się z tobą stało, James...
-Mam propozycję- mrugnął.- NIE, do odrzucenia.
Spuściłam głowę, a moje włosy przysłoniły twarz. Nie musiałam oglądać oblicza tego potwora.
-Jaką?
-Na spokojnie... poznamy się.
Zaskoczona prychnęłam. Jego zachowanie było niemal żałosne, a jednak nie miałam wyboru.
-Słuchaj, zrobimy tak. Będziemy się spotykać i poznawać. Ja obiecuję, żadnych odpałów, a ty nie będziesz nikogo w to mieszać, co?
-To miałoby sens, ale wytłumacz mi coś, proszę.
-Czego?- burknął. Podniosłam na niego wzrok. Przyglądał mi się z wyższością.
-Zawsze byłeś moim przyjacielem... możemy to uratować.
-Zgadzam się.
Ze zdumieniem otwarłam szerzej oczy. To wszystko było chore. Przysięgłabym, że jeszcze kilka minut temu bałam się tego kolesia, a teraz... droczenie się z nim sprawiało mi jakąś dziwną przyjemność.
-Palisz?
-Raczej.
-Pijesz?
-Czasem, ale bez przesady- wybuchnął śmiechem.
-Ćpasz?
-Bez nerwów, Alice. To wciąż ja.
-Czyli tak...
-Nie! Ogarnij się.
-Aha...
Usiadł obok mnie i trącił łokciem.
-Pamiętasz jak przyszedłem pierwszy raz do twojej szkoły?
-Jasne. Wszytkie dziewczyny się na ciebie rzucały, a ja powiedziałam tylko "nara".
-Tsaa... po tych słowach wiedziałem, że jesteś wyjątkowa.
-Jesteś wariatem.
-A ty idiotką, tak bez obrazy.
Miał rację. Kto normalny spotyka się z agresywnym i porywczym dupkiem? Oczywiście, że nikt.
poniedziałek, 25 listopada 2013
niedziela, 24 listopada 2013
rozdział 27
Dziś. Godzina dwudziesta. Plac główny, w parku.
Powolnym ruchem kliknęłam przycisk "wyślij". Siedziałam na podłodze, na drżących kolanach trzymając laptop. Podjęłam chyba jedną z najważniejszych decyzji swojego życia i wcale się z tego nie cieszyłam. Gapiłam się tępo w ekran komputera. Omal nie dostałam zawału, gdy usłyszałam sygnał odebranego e-maila. Ze łzami w oczach upewniłam się, że była to zwykła reklama. Byłam kłębkiem nerwów, przez co bałam się zupełnie wszystkiego. Westchnęłam i włączyłam youtube. W wyszukiwarkę wpisałam "What Makes You Beautiful" i weszłam w pierwszy link. Była to moja ulubiona piosenka zespołu One Direction. Tak, nosiłam glan i słuchałam one direction. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w znany utwór. Musiałam się wyciszyć. Po chwili śpiewałam wraz z wokalistami.
Wstałam z podłogi, a komputer odłożyłam na biurko. Otworzyłam na oścież drzwi balkonowe i zachłysnęłam się świeżym powietrzem. Przeciągnęłam się i przebrałam w spodnie moro i czarną koszulkę. Zbiegłam po schodach i wyjęłam z szafy ciężkie buty. Zawiązałam je najmocniej jak potrafiłam. Zarzuciłam na ramię skórzaną kurtkę i wybiegłam z domu. W kieszeni miałam tylko telefon i portfel. Szłam śmiało naprzód. Wyparłam z siebie cały lęk. Oparłam się o metalowy płot w oczekiwaniu na jakiś autobus. Po chwili zjawił się niemal pusty. Wsiadłam do niego. Jechałam do centrum, ot tak, żeby tam pojechać.
Wysiadłam przy nieczynnej galerii handlowej. Była niedziela, do tego rano. Wokół opustoszałe ulice i cisza. Rozejrzałam się i ku mojemu zdziwieniu zauważyłam jakiś bar. Świecący szyld był dla mnie jasnym znakiem, że lokal był otwarty. Przymrużyłam oczy i rozpoznałam wysoką dziewczynę, szarpiącą jakiegoś kolesia za rękaw. To była Jo, a ciągnęła... Bretta. Powoli zbliżałam się do nich. Nie byli w stanie mnie zauważyć. Jo stała do mnie bokiem, próbując zmusić brata do podniesieni się z krzesła. Słyszałam jak coś do niego krzyczy, a on odpowiadał jej śmiechem. Przy stoliku siedział jeszcze jakiś facet z dziewczyną na kolanach. Oni również się śmiali. Byłam coraz bliżej. Wtem usłyszałam swoje imię. Stanęłam jak wryta.
-Ocknij się, kretynie!- krzyczała siostra Bretta.- Miałeś się dzisiaj zobaczyć z Alice! Ale jesteś idiotą!
Nie odpowiedział jej. Przekrzywiłam głowę i wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Chłopak nareszcie mnie zobaczył. Posłał w moim kierunku głupkowaty uśmiech- był kompletnie pijany. Jo odwróciła się, by zobaczyć co przykuło jego uwagę. Na mój widok przestraszyła się. Podeszłam bliżej i stanęłam na wprost zielonookiego chłopaka.
-Ile ty wpiłeś? Jesteś z siebie zadowolony?- spytałam krzywiąc się. W życiu bym się tego po nim nie spodziewała.
I znów ten uśmieszek. Wszystko się we mnie gotowało, byłam wściekła.
-Tak ci wesoło, może woda ci pamięć odświeży- powiedziałam, po czym chwyciłam ze stołu szklankę, w której (chyba) była woda i prysnęłam mu nią w twarz. Dziewczyna za mną zaśmiała się piskliwie, podobnie mężczyzna, który trzymał ją na kolanach. Jo przyglądała mi się z niepokojem, za to jej brat... Jej brat przejechał dłonią po mokrych włosach i pokręcił głową na prawo i lewo. Zaraz potem spojrzał na mnie. Wzrok miał wciąż zamglony, ale doszukałam się w nim pewnej trzeźwości.
-Alice...- szepnął.
Zrobiłam trzy kroki do tyłu. Wstał i spróbował do mnie podejść, lecz mocno się zachwiał. Ledwo trzymał się na nogach. Kilka słonych kroplo spłynęło mi po policzkach. Zawiodłam się na nim.
Musiałam stamtąd odejść. Otarłam wierzchem dłoni mokre oczy i udałam się w kierunku, z którego przyszłam.
-Alice, zostań!- bąknął Brett.
-W dupe mnie pocałuj!- wrzasnęłam.
Szłam z wolna, wiedząc, że nie uda mu się mnie dogonić. Nagle ktoś chwycił moje ramię i przycisnął do siebie. Był bardzo silny i szybki. W mgnieniu oka zaciągnął mnie w głąb jakiejś nieznanej mi uliczki. Ogarnęła nas ciemność. Chciałam krzyczeć, ale jedną ręką zakrył mi usta, a drugą kurczowo trzymał moje ramię.
-Alice!- usłyszałam przerażony krzyk Jo.
Mój napastnik, drgnął na dźwięk mojego imienia.
-Cholera- mruknął. Oczywiście rozpoznałam jego ochrypły głos, chociaż i bez tego łatwo było się domyślić kto to był.
Zebrałam się w sobie i z całych sił nadepnęłam na stopę Jamesa. W porywie bólu wypuścił mnie z uścisku. Byłam z siebie dumna. Puściłam się pędem przed siebie i prawie wpadłam na przestraszoną Jo.
-Uciekaj!- syknęłam i pobiegłam byle jak najdalej od tego potwora.
Wysiadłam przy nieczynnej galerii handlowej. Była niedziela, do tego rano. Wokół opustoszałe ulice i cisza. Rozejrzałam się i ku mojemu zdziwieniu zauważyłam jakiś bar. Świecący szyld był dla mnie jasnym znakiem, że lokal był otwarty. Przymrużyłam oczy i rozpoznałam wysoką dziewczynę, szarpiącą jakiegoś kolesia za rękaw. To była Jo, a ciągnęła... Bretta. Powoli zbliżałam się do nich. Nie byli w stanie mnie zauważyć. Jo stała do mnie bokiem, próbując zmusić brata do podniesieni się z krzesła. Słyszałam jak coś do niego krzyczy, a on odpowiadał jej śmiechem. Przy stoliku siedział jeszcze jakiś facet z dziewczyną na kolanach. Oni również się śmiali. Byłam coraz bliżej. Wtem usłyszałam swoje imię. Stanęłam jak wryta.
-Ocknij się, kretynie!- krzyczała siostra Bretta.- Miałeś się dzisiaj zobaczyć z Alice! Ale jesteś idiotą!
Nie odpowiedział jej. Przekrzywiłam głowę i wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Chłopak nareszcie mnie zobaczył. Posłał w moim kierunku głupkowaty uśmiech- był kompletnie pijany. Jo odwróciła się, by zobaczyć co przykuło jego uwagę. Na mój widok przestraszyła się. Podeszłam bliżej i stanęłam na wprost zielonookiego chłopaka.
-Ile ty wpiłeś? Jesteś z siebie zadowolony?- spytałam krzywiąc się. W życiu bym się tego po nim nie spodziewała.
I znów ten uśmieszek. Wszystko się we mnie gotowało, byłam wściekła.
-Tak ci wesoło, może woda ci pamięć odświeży- powiedziałam, po czym chwyciłam ze stołu szklankę, w której (chyba) była woda i prysnęłam mu nią w twarz. Dziewczyna za mną zaśmiała się piskliwie, podobnie mężczyzna, który trzymał ją na kolanach. Jo przyglądała mi się z niepokojem, za to jej brat... Jej brat przejechał dłonią po mokrych włosach i pokręcił głową na prawo i lewo. Zaraz potem spojrzał na mnie. Wzrok miał wciąż zamglony, ale doszukałam się w nim pewnej trzeźwości.
-Alice...- szepnął.
Zrobiłam trzy kroki do tyłu. Wstał i spróbował do mnie podejść, lecz mocno się zachwiał. Ledwo trzymał się na nogach. Kilka słonych kroplo spłynęło mi po policzkach. Zawiodłam się na nim.
Musiałam stamtąd odejść. Otarłam wierzchem dłoni mokre oczy i udałam się w kierunku, z którego przyszłam.
-Alice, zostań!- bąknął Brett.
-W dupe mnie pocałuj!- wrzasnęłam.
Szłam z wolna, wiedząc, że nie uda mu się mnie dogonić. Nagle ktoś chwycił moje ramię i przycisnął do siebie. Był bardzo silny i szybki. W mgnieniu oka zaciągnął mnie w głąb jakiejś nieznanej mi uliczki. Ogarnęła nas ciemność. Chciałam krzyczeć, ale jedną ręką zakrył mi usta, a drugą kurczowo trzymał moje ramię.
-Alice!- usłyszałam przerażony krzyk Jo.
Mój napastnik, drgnął na dźwięk mojego imienia.
-Cholera- mruknął. Oczywiście rozpoznałam jego ochrypły głos, chociaż i bez tego łatwo było się domyślić kto to był.
Zebrałam się w sobie i z całych sił nadepnęłam na stopę Jamesa. W porywie bólu wypuścił mnie z uścisku. Byłam z siebie dumna. Puściłam się pędem przed siebie i prawie wpadłam na przestraszoną Jo.
-Uciekaj!- syknęłam i pobiegłam byle jak najdalej od tego potwora.
sobota, 23 listopada 2013
od byBellaaa
No siema. xD
Na początek zrobię tu dla Was króciutką PLAYLISTE, gdyż, iż, ponieważ, że wciąż mam problem z ustawieniem jej. Hurra dla mua.
TOP 5
1. Bodybangers feat. Tony T - Break My Stride http://youtu.be/zWeZN1Oq-1I
2. Lana del Rey - Off to the Races http://youtu.be/vslzADl966Q
3. Emienm ft. Rihanna - Monster http://youtu.be/ZDXXi19_7iE
4. Donatan ft. Cleo - My Słowianie http://youtu.be/rr1DSgjhRqE
5. Lana del Rey - Cola http://youtu.be/cpe__GbUzI4
A teraz krótka reklama mojego ask'a. ;33
No to by było na tyle
;33
byBellaaa
♥
rozdział 26
ROZDZIAŁ DEDYKOWANY zły_ja MAM NADZIEJE ŻE SIE CIESZYSZ <3
Moje myśli krążyły, wokół zielonookiego chłopaka. Zależało mi na nim bardziej, niż powinno i to był problem zważywszy na moje ostatnie przeżycia. James chciał się na mnie odegrać, zdecydowanie był niebezpieczny. Nie mogłam pozwolić, by Brett się w to wszystko włączał. Bałam się o niego. Westchnęłam i pokręciłam głową z niedowierzaniem. To nie miało być tak. Zamknęłam oczy, chcąc zrozumieć co się ze mną stało. Byłam inna. Wszytko to co, wydarzyło się w moim życiu niosło za sobą pewne konsekwencje. Prawda byłą taka, że już nigdy nie miałam być taka jak wcześniej...
Obudził mnie sygnał otrzymanego SMS'a. Była to zwykła reklama, którą rutynowo skasowałam. Było jeszcze bardzo wcześnie. Wstałam i przeciągnęłam się, ziewając głośno. Wchodząc do swojego pokoju mignęło mi przypadkiem moje odbicie w lusterku. Włosy miałam w nieładzie, a pod oczami fioletowe cienie. Zwinęłam się w kłębek na łóżku i okryłam kołdrą. Mruknęłam z zadowoleniem, po czym powoli przymknęłam powieki. Leżałam w bezruchu kilka minut. Przewróciłam się na drugi bok, jednak nie mogłam zasnąć. Byłam wykończona tym wszystkim, a teraz doigrałam się bezsenności. Schowałam twarz pod poduszkę, szukając najwygodniejszej pozycji- na marne.
Po jakiejś godzinie poddałam się. Wzięłam prysznic i zjadłam miskę płatków. Odpaliłam komputer i zajęłam się przeglądaniem poczty e-mail. Otwarłam oczy szerzej, gdy pomiędzy reklamami skrywał się znany mi adres. Ręce zaczęły mi się trząść, a obraz rozmazał się przez napływające łzy. Weź się w garść! Powiedziałam sobie i otworzyłam wiadomość.
Witaj Alice. Czyżbyś się przeprowadziła? Chciałem cię ostatnio odwiedzić, a tu taka niespodzianka. Twój dom doszczętnie spalony... Nawet sobie nie wyobrażasz mojego zdziwienia. A taką miałem nadzieję cię zobaczyć, serio. Myślę, że mamy sobie wiele do wyjaśnienia. Ty, ja i ten twój uroczy kolega- spotkajmy się gdzieś. Jestem otwarty na propozycję, ale pod jednym warunkiem. Żadnych świadków. Sama wiesz jak to wygląda, nie powinniśmy w to mieszać byle kogo.
Czekam na odpowiedź.
James
Byłam oniemiała. Jak on mógł, po tym wszystkim, tak po prostu do mnie pisać. To był jakiś koszmar. Mało tego podjęłam decyzję, iż nie będę wplątywać w to Bretta. On nie był niczemu winien, a przeze mnie mogłoby grozić mu niebezpieczeństwo. Tak, niebezpieczeństwo. Taki właśnie był James- niebezpieczny. Trzeba było się z nim uporać samemu. Strach zaczął mnie przytłaczać. Co mogłam zdziałać sama jedna? Poczułam jakby coś dużego stanęło mi w gardle. Wstałam od biurka i zaczęłam krążyć bez celu po pokoju. Musiałam coś wymyślić, i to szybko. Przejechałam drżącą dłonią skroniach. Byłam zdenerwowana, jak pewnie każdy inny na moim miejscu.
Wtem rozległ się jakby echem dźwięk mojego telefonu. Przerażona do granic możliwości zerknęłam na wyświetlacz. Odetchnęłam głęboko widząc nazwę "tata".
-Halo?- szepnęłam. Spróbowałam opanować szloch i nawet mi to wychodziło, lecz głos nadal mi się łamał.
-Hej, skarbie. Jak się trzymasz?
-Noo, w porządku. Trochę tęsknię.
-Alice, na pewno wszystko gra? Masz jakiś dziwny głos...- urwał.
Odchrząknęłam i ze wszystkim sił starałam się brzmieć normalnie.
-Tak, tato. Naprawdę nic się nie dzieje. Nie musisz się denerwować. Lepiej zadzwoń do mamy, martwi się.
-Mamy?- spytał z niedowierzaniem. Wydawał się bardzo, ale to bardzo zdziwiony.
-No, Rebbeca. Twoja żona. Halo, ziemia- zaśmiałam się. Łudziłam się, że rzez swój szok, nie wychwyci w moim głosie pewnej sztuczności.
-Ach, oczywiście- mruknął. Wyobrażałam sobie, jak kręci głową i chodzi po pokoju.- Muszę... muszę z nią porozmawiać.
-Dobrze, to do zobaczenia.
-Cześć, mała.
Rozłączyłam się, nim zdążył jeszcze coś dodać. Rzuciłam komórkę na małą kanapę i rozkleiłam się. Miałam szczęście, że rozmowa z ojcem trwała, tak krótko. Dłużej nie mogłabym udawać. Byłam w rozsypce, a mimo to wiedziałam co należało zrobić. Zajęłam miejsce na podłodze i sięgnęłam po laptopa.
środa, 20 listopada 2013
rozdział 25
Z trzaskiem zamknęłam drzwi i przekręciłam w nich wszystkie możliwe zamki.
-Tato!- krzyknęłam. Usłyszałam jak ktoś zbiega z piętra. Spróbowałam się uspokoić. Przetarłam oczy dłońmi, co okazało się błędem. Moje zadrapane dłonie krwawiły.
Na dole pojawiła się przestraszona Rebbeca.
-Co się stało, Alice?- spytała lustrując mnie wzrokiem.
-Gdzie jest tata? Poszłam pobiegać i, i...- zakryłam twarz zewnętrzną częścią dłoni.- James! Tam był James!
Rozpłakałam się na dobre. Mama, to znaczy macocha zabrała mnie do kuchni i posadziła na krześle. Była jeszcze w szlafroku. Wyciągnęła z szuflady obszerną apteczkę. W ciszy przemywała wodą utlenioną moje rany. Nie dość, że się bałam to jeszcze było mi źle, że wciągnęłam w to wszystko moją rodzinę.
-Przepraszam- powiedziałam. Marzyłam tylko o tym, aby Rebbeca mi wybaczyła.
-Dziewczyno, za co ty mnie przepraszasz? Przecież to nie twoja wina- pokręciła głową. Na jej twarzy malował się ból.- Nawet tak nie myśl. Jesteś moją córką i nie masz za co przepraszać, naprawdę.
Przytuliłam się do niej, a potem opowiedziałam o wszystkim co się wydarzyło.
-Źle, że Jack wyjechał- krótko skomentowała, podsumowując moje słowa.
-Co teraz będzie?- spytała. Byłam już o wiele spokojniejsza. Wiedziałam, że w domu nic mi nie grozi ze strony Jamesa. Nawet nie wiedział, gdzie mieszkałam.
-Należałoby zgłosić to na policję...
-Nie!- przerwałam jej. Skarciła mnie wzrokiem, jednak nim coś powiedziała, dała najpierw mi dojść do głosu.- Mamo, zaczekajmy. Przecież tak naprawdę jeszcze nic się nie stało. Martwię się, że jak wciągniemy w to policję to tylko sprawa się pogorszy.
Kobieta założyła swoje blond włosy za ucho.
-Czy ty sama siebie słyszysz? Jak to nic się nie stało?! Kto wie co by się stało gdyby nie Brett... Nie możemy siedzieć i czekać, aż naprawdę stanie się coś strasznego!
-Postaw się w mojej sytuacji!- krzyknęłam. Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z nią w taki sposób. Szczerze doceniałam to jak się o mnie martwiła, ale ja naprawdę nie miałam najmniejszej ochoty mieszać w tego władz.
Rebbeca odetchnęła głęboko i spojrzała w sufit.
-Dobrze. Zaczekamy. Może i masz rację, tylko zrozum mnie. Ja cię kocham i boję się, żeby nic złego ci się nie przytrafiło.
Poszłam do swojego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Rzuciłam się twarzą na łóżko. W takiej chwili normalni ludzie żrą czekoladę czy ryczą, ale ja nie wiedziałam co robić. Zdjęłam swoje adidasy i rzuciłam je w kąt. Powoli przeciągnęłam przepoconą koszulkę przez głowę i również rzuciłam nie wiadomo gdzie. Podeszłam do szafy i założyłam czarną bluzkę z ćwiekami oraz parę dżinsów. Zebrałam cały bałagan w jedną kupkę i wyniosłam do łazienki. Jako, że kosz był pełny wrzuciłam wszystkie rzeczy do pralki i ustawiłam program prania. Zeszłam na dół, trzymając w ręku buty do biegania. Odłożyłam je na miejsce i poszłam do kuchni. Na stole leżał talerz z kanapkami i kubek gorącej herbaty.
Po śniadaniu zabrałam mojego psa Cookie'ego do ogrodu. Próbowałam go nauczyć aportować, lecz szczeniakowi sprawiało to wiele oporów. Oczywiście chętnie biegał za patykiem, jednak nigdy go nie oddawał. Mimo szczerych chęci, nie udało mi się szczerze uśmiechnąć. Cały czas miałam przed oczami uśmiech Jamesa, a na samą myśl o nim dostawałam dreszczy.
Obawiałam się jeszcze jednego. Mianowicie reakcji Bretta, na to co się stało. Mogłam siedzieć cicho i ukrywać to przed wszystkimi, z wyjątkiem niego. To on uratował mnie przed wcześniejszym atakiem Jamesa, więc stwierdziłam, że powinien wiedzieć. Pokręciłam głową. Nie powinnam go w to wciągać, lepiej dać mu spokój. Pozostawało tylko pytanie...
Czy będę umiała ignorować zielonookiego chłopaka?
-Tato!- krzyknęłam. Usłyszałam jak ktoś zbiega z piętra. Spróbowałam się uspokoić. Przetarłam oczy dłońmi, co okazało się błędem. Moje zadrapane dłonie krwawiły.
Na dole pojawiła się przestraszona Rebbeca.
-Co się stało, Alice?- spytała lustrując mnie wzrokiem.
-Gdzie jest tata? Poszłam pobiegać i, i...- zakryłam twarz zewnętrzną częścią dłoni.- James! Tam był James!
Rozpłakałam się na dobre. Mama, to znaczy macocha zabrała mnie do kuchni i posadziła na krześle. Była jeszcze w szlafroku. Wyciągnęła z szuflady obszerną apteczkę. W ciszy przemywała wodą utlenioną moje rany. Nie dość, że się bałam to jeszcze było mi źle, że wciągnęłam w to wszystko moją rodzinę.
-Przepraszam- powiedziałam. Marzyłam tylko o tym, aby Rebbeca mi wybaczyła.
-Dziewczyno, za co ty mnie przepraszasz? Przecież to nie twoja wina- pokręciła głową. Na jej twarzy malował się ból.- Nawet tak nie myśl. Jesteś moją córką i nie masz za co przepraszać, naprawdę.
Przytuliłam się do niej, a potem opowiedziałam o wszystkim co się wydarzyło.
-Źle, że Jack wyjechał- krótko skomentowała, podsumowując moje słowa.
-Co teraz będzie?- spytała. Byłam już o wiele spokojniejsza. Wiedziałam, że w domu nic mi nie grozi ze strony Jamesa. Nawet nie wiedział, gdzie mieszkałam.
-Należałoby zgłosić to na policję...
-Nie!- przerwałam jej. Skarciła mnie wzrokiem, jednak nim coś powiedziała, dała najpierw mi dojść do głosu.- Mamo, zaczekajmy. Przecież tak naprawdę jeszcze nic się nie stało. Martwię się, że jak wciągniemy w to policję to tylko sprawa się pogorszy.
Kobieta założyła swoje blond włosy za ucho.
-Czy ty sama siebie słyszysz? Jak to nic się nie stało?! Kto wie co by się stało gdyby nie Brett... Nie możemy siedzieć i czekać, aż naprawdę stanie się coś strasznego!
-Postaw się w mojej sytuacji!- krzyknęłam. Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z nią w taki sposób. Szczerze doceniałam to jak się o mnie martwiła, ale ja naprawdę nie miałam najmniejszej ochoty mieszać w tego władz.
Rebbeca odetchnęła głęboko i spojrzała w sufit.
-Dobrze. Zaczekamy. Może i masz rację, tylko zrozum mnie. Ja cię kocham i boję się, żeby nic złego ci się nie przytrafiło.
Poszłam do swojego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Rzuciłam się twarzą na łóżko. W takiej chwili normalni ludzie żrą czekoladę czy ryczą, ale ja nie wiedziałam co robić. Zdjęłam swoje adidasy i rzuciłam je w kąt. Powoli przeciągnęłam przepoconą koszulkę przez głowę i również rzuciłam nie wiadomo gdzie. Podeszłam do szafy i założyłam czarną bluzkę z ćwiekami oraz parę dżinsów. Zebrałam cały bałagan w jedną kupkę i wyniosłam do łazienki. Jako, że kosz był pełny wrzuciłam wszystkie rzeczy do pralki i ustawiłam program prania. Zeszłam na dół, trzymając w ręku buty do biegania. Odłożyłam je na miejsce i poszłam do kuchni. Na stole leżał talerz z kanapkami i kubek gorącej herbaty.
Po śniadaniu zabrałam mojego psa Cookie'ego do ogrodu. Próbowałam go nauczyć aportować, lecz szczeniakowi sprawiało to wiele oporów. Oczywiście chętnie biegał za patykiem, jednak nigdy go nie oddawał. Mimo szczerych chęci, nie udało mi się szczerze uśmiechnąć. Cały czas miałam przed oczami uśmiech Jamesa, a na samą myśl o nim dostawałam dreszczy.
Obawiałam się jeszcze jednego. Mianowicie reakcji Bretta, na to co się stało. Mogłam siedzieć cicho i ukrywać to przed wszystkimi, z wyjątkiem niego. To on uratował mnie przed wcześniejszym atakiem Jamesa, więc stwierdziłam, że powinien wiedzieć. Pokręciłam głową. Nie powinnam go w to wciągać, lepiej dać mu spokój. Pozostawało tylko pytanie...
Czy będę umiała ignorować zielonookiego chłopaka?
rozdział 24
Brett odprowadził mnie pod same drzwi domu. Uściskaliśmy się, a ja odprowadziłam go wzrokiem do końca ulicy. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Nie zdążyłam ściągnąć butów, gdy Rebbeca wyszła z kuchni, aby zamienić ze mną kilka słów.
-No, już się zaczynałam martwić- powiedziała. Uśmiechnęłam się przepraszająco, na co pokiwała tylko głową.
-Przepraszam, mogłam zadzwonić, albo coś...- urwałam. Nie było jakoś bardzo późno, dochodziła dziewiąta. Przestraszyłam się, że rodzice zaczną mnie niańczyć, jednak macocha jakby czytała mi w myślach.
-Alice, spokojnie. Maż już szesnaście lat i dobrze wiesz co ci wolno, a czego nie. Jesteś odpowiedzialna i nie zamierzam, być teraz jakaś nadopiekuńcza. Nie denerwuj się. Po prostu po tym wszystkim, co się ostatnio dzieje, jestem troszkę zaniepokojona.
-Rozumiem. Będę na siebie uważać, obiecuję- uśmiechnęłam się, ciesząc się, iż rozmowa nie przypominała żadnego przesłuchania, jakie zrobiłby tata.- Byłam w Brettem w mieście, nic takiego.
-No to się cieszę. Chcesz coś zjeść?- zapytała, już spokojniejsza.
-Dopiero co jadłam dzięki... mamo- szepnęłam. Po raz pierwszy, w życiu nazwałam Rebbece mamą. Był to wielki wyczyn, zważywszy na to, że całkiem niedawno straciłam biologiczną matkę.
Rebbece napłynęły do oczu łzy. Podeszła do mnie i mocno przytuliła.
-Kocham cię, Alice- wyszeptała.
Obudziłam się około siódmej rano. Wyjrzałam przez okno i upewniłam się, że pogoda dopisuje. Postanowiłam trochę pobiegać. Założyłam szare dresy białą koszulkę na ramiączkach. Zawiązałam gumkę na włosach i wyszłam na paluszkach z domu.
Biegłam równym tempem dobrze znaną mi ścieżką. W uszach miałam słuchawki od iPoda. Skupiłam się na słowach piosenki Lany del Rey i po prostu biegłam. Lubiłam od czasu do czasu trochę się poruszać.
Minęłam jakieś cztery przecznice i zatrzymałam się przy sklepie spożywczym. Była tam ławka, obok której stał automat z piciem. Wrzuciłam do niego monetę i chwyciłam butelkę wody. Odkręciłam korek i upiłam łyk. Oparłam się o ławkę i włączyłam w odtwarzaczu "Durch Den Monsun". Podkręciłam regulator na maxa i uśmiechnęłam się pod nosem. Dopiłam do końca wodę i wyrzuciłam butelkę do kosza.
Już miałam wracać do domu, gdy stanęłam jak wryta. Po drugiej stronie ulicy stał oparty o ścianę James. Uśmiechał się z wyższością. Przełknęłam głośno ślinę. Nie wiedziałam jak długo tam stał. Przestraszona rozejrzałam się, lecz w pobliżu nie było nikogo innego. Ulica była dosłownie pusta.
Z miejsca poderwałam się i pobiegłam w kierunku domu. Niestety mój "przyjaciel" przewidział moją reakcję i natychmiast puścił się biegiem, by mnie dogonić. Łzy ciekły mi po policzkach. Byłam przerażona. Nagle poczułam ucisk na nadgarstku i zostałam pociągnięta do tyłu. Chłopak wyrwał mi z uszu słuchawki, które spadły na ziemię. Mocno chwycił moje ramiona i przyjrzał mi się.
-Kto by się spodziewał?- powiedział swoim ochrypłym głosem. Próbowałam się wyrywać, ale nie miałam najmniejszych szans.- I co boisz się?
-Zostaw!- wrzasnęłam. W odpowiedzi potrząsnął mną.
-Jaka odważna się zrobiłaś.
-Puść mnie!
-Bo co? Twój kochaś skopie mi dupe? Nie boję się!
-Proszę...-załkałam. O dziwo James puścił moje ramiona, jednak złapał za nadgarstek.
-Jeszcze się zobaczymy, Alice. Jeszcze się zobaczymy.
Cofnął się o krok, a ja nie czekając na nic ruszyłam pędem do domu. Przez łzy ledwo co widziałam.
Niestety biegnąc potknęłam się o nieszczęsne słuchawki iPoda. Porządnie poździerałam sobie dłonie, a mimo to biegłam co sił w nogach. Chciałam znów poczuć się bezpiecznie.
-No, już się zaczynałam martwić- powiedziała. Uśmiechnęłam się przepraszająco, na co pokiwała tylko głową.
-Przepraszam, mogłam zadzwonić, albo coś...- urwałam. Nie było jakoś bardzo późno, dochodziła dziewiąta. Przestraszyłam się, że rodzice zaczną mnie niańczyć, jednak macocha jakby czytała mi w myślach.
-Alice, spokojnie. Maż już szesnaście lat i dobrze wiesz co ci wolno, a czego nie. Jesteś odpowiedzialna i nie zamierzam, być teraz jakaś nadopiekuńcza. Nie denerwuj się. Po prostu po tym wszystkim, co się ostatnio dzieje, jestem troszkę zaniepokojona.
-Rozumiem. Będę na siebie uważać, obiecuję- uśmiechnęłam się, ciesząc się, iż rozmowa nie przypominała żadnego przesłuchania, jakie zrobiłby tata.- Byłam w Brettem w mieście, nic takiego.
-No to się cieszę. Chcesz coś zjeść?- zapytała, już spokojniejsza.
-Dopiero co jadłam dzięki... mamo- szepnęłam. Po raz pierwszy, w życiu nazwałam Rebbece mamą. Był to wielki wyczyn, zważywszy na to, że całkiem niedawno straciłam biologiczną matkę.
Rebbece napłynęły do oczu łzy. Podeszła do mnie i mocno przytuliła.
-Kocham cię, Alice- wyszeptała.
Obudziłam się około siódmej rano. Wyjrzałam przez okno i upewniłam się, że pogoda dopisuje. Postanowiłam trochę pobiegać. Założyłam szare dresy białą koszulkę na ramiączkach. Zawiązałam gumkę na włosach i wyszłam na paluszkach z domu.
Biegłam równym tempem dobrze znaną mi ścieżką. W uszach miałam słuchawki od iPoda. Skupiłam się na słowach piosenki Lany del Rey i po prostu biegłam. Lubiłam od czasu do czasu trochę się poruszać.
Minęłam jakieś cztery przecznice i zatrzymałam się przy sklepie spożywczym. Była tam ławka, obok której stał automat z piciem. Wrzuciłam do niego monetę i chwyciłam butelkę wody. Odkręciłam korek i upiłam łyk. Oparłam się o ławkę i włączyłam w odtwarzaczu "Durch Den Monsun". Podkręciłam regulator na maxa i uśmiechnęłam się pod nosem. Dopiłam do końca wodę i wyrzuciłam butelkę do kosza.
Już miałam wracać do domu, gdy stanęłam jak wryta. Po drugiej stronie ulicy stał oparty o ścianę James. Uśmiechał się z wyższością. Przełknęłam głośno ślinę. Nie wiedziałam jak długo tam stał. Przestraszona rozejrzałam się, lecz w pobliżu nie było nikogo innego. Ulica była dosłownie pusta.
Z miejsca poderwałam się i pobiegłam w kierunku domu. Niestety mój "przyjaciel" przewidział moją reakcję i natychmiast puścił się biegiem, by mnie dogonić. Łzy ciekły mi po policzkach. Byłam przerażona. Nagle poczułam ucisk na nadgarstku i zostałam pociągnięta do tyłu. Chłopak wyrwał mi z uszu słuchawki, które spadły na ziemię. Mocno chwycił moje ramiona i przyjrzał mi się.
-Kto by się spodziewał?- powiedział swoim ochrypłym głosem. Próbowałam się wyrywać, ale nie miałam najmniejszych szans.- I co boisz się?
-Zostaw!- wrzasnęłam. W odpowiedzi potrząsnął mną.
-Jaka odważna się zrobiłaś.
-Puść mnie!
-Bo co? Twój kochaś skopie mi dupe? Nie boję się!
-Proszę...-załkałam. O dziwo James puścił moje ramiona, jednak złapał za nadgarstek.
-Jeszcze się zobaczymy, Alice. Jeszcze się zobaczymy.
Cofnął się o krok, a ja nie czekając na nic ruszyłam pędem do domu. Przez łzy ledwo co widziałam.
Niestety biegnąc potknęłam się o nieszczęsne słuchawki iPoda. Porządnie poździerałam sobie dłonie, a mimo to biegłam co sił w nogach. Chciałam znów poczuć się bezpiecznie.
wtorek, 19 listopada 2013
rozdział 23
Stanęliśmy pod wielkim wiaduktem. Nad nami roznosił się hałas, jaki wydaje przeciętne miasto. Samochody przejeżdżały jeden za drugim.
-Po co tu przyszliśmy- spytałam, zerkając na Bretta. Wyciągnął z kieszeni trzy markery, czarny, czerwony i niebieski.
-Oznaczymy teren- zaśmiał się. Przyglądałam mu się ze zdziwieniem, nie bardzo wiedząc co miał na myśli.
-A tak dokładnie? Możesz mi wyjaśnić, co mam zrobić?- zapytałam, gdy wręczył mi czerwony pisak.
-Musisz oznaczyć jakoś to miejsce. Zostawić po sobie ślad, pamiątkę.
Podszedł do brudnej ściany i podpisał się na niej swoim imieniem. Dopisał datę i zabrał się za robienie jakiego obrazka. Obserwowałam to co robił, by po chwili zrobić to samemu. Narysowałam małą nutę, obok której zapisałam datę i swoje imię. Uśmiechnęłam się i dorysowałam kilka innych nut. Odepchnęłam się od zimnej ściany i zdziwiona musiałam przyznać, że całkiem ciekawie mi to wyszło.
-Wow- skomentował mój przyjaciel.- Jak to piosenka? Nie wiedziałem, że znasz na pamięć cały zapis muzyczny.
-Bo nie znam- szepnęłam i spuściłam wzrok. Poczułam ciepło na policzkach, więc szybko odwróciłam głowę.- Teraz to napisałam...
-Komponujesz?- jego głos przepełniony był podziwem. Zarumieniłam się jeszcze bardziej.- Muszę spróbować to zagrać.
-Na czym grasz?- odważyłam się podnieść na niego wzrok. Uśmiechał się do mnie serdecznie.
-Na gitarze. Jo mnie nauczyła.
-Super.
-Jak chcesz to mogę ci pokazać kilka podstawowych chwytów. Ale zaczekaj...- urwał i zamyślił się.
-Ale co?
-Skoro tak dobrze znasz się na muzyce, to chyba też grasz na jakimś instrumencie, co?
Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Pozornie proste pytanie, było dla mnie bardziej skomplikowane. Usiadłam na asfalcie i oparłam się plecami o ścianę.
-Alice, grasz na czymś?
-Umiem grać na fortepianie, ale nie śmiej się ze mnie to dla snobów- powiedziałam cicho. Tak naprawdę kochałam grę na fortepianie, jednak od lat już tego nie robiłam. Dawno temu to była moja pasja. Pozwalała mi się wyciszyć, a przy okazji była to jakaś rozrywka.
-To nie prawda- zaczął, lecz szybko mu przerwałam.
-Ja śpiewam.
Brett usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał na mnie zaciekawiony. Było to dość krępujące.
-To nic takiego. Nie jestem jakoś specjalnie uzdolniona- wymamrotałam.
-Malujesz, rysujesz, grasz na fortepianie, a do tego śpiewasz?- zapytał z niedowierzaniem. Moje możliwości mierzyły dosyć wysoko, jeszcze o tym nie wiedział.
-Zgadza się- szepnęłam.
Siedzieliśmy w milczeniu przez kilka minut. Chłopak lustrował moją twarzy, podczas gdy ja skupiłam się na swoich sznurówkach. Nagle stały się niesamowicie interesujące...
-Zaśpiewaj mi coś- poprosił Brett.
-Lepiej nie- pokręciłam głową. Nienawidziłam zwracać na siebie zbędnej uwagi. Czułam się nieswojo, kiedy wszyscy mnie obserwowali.
-Proszę.
-Nie.
-No, proszę.
-Nie.
-Oj, no zgódź się! Tylko chwilkę.
-Nie.
Taka wymiana zdań mogła trwać wiecznie, ale byłam nieugięta. Niestety, jak chłopak zbliżył się do mnie, a jego oczy zajrzały głęboko w moje moja silna wola zniknęła.
-Ughh, niech ci będzie- mruknęłam.
Tryumfalny uśmiech zawitał na jego twarzy. Przymknęłam powieki i zaczęłam swój mały występ.
-Po co tu przyszliśmy- spytałam, zerkając na Bretta. Wyciągnął z kieszeni trzy markery, czarny, czerwony i niebieski.
-Oznaczymy teren- zaśmiał się. Przyglądałam mu się ze zdziwieniem, nie bardzo wiedząc co miał na myśli.
-A tak dokładnie? Możesz mi wyjaśnić, co mam zrobić?- zapytałam, gdy wręczył mi czerwony pisak.
-Musisz oznaczyć jakoś to miejsce. Zostawić po sobie ślad, pamiątkę.
Podszedł do brudnej ściany i podpisał się na niej swoim imieniem. Dopisał datę i zabrał się za robienie jakiego obrazka. Obserwowałam to co robił, by po chwili zrobić to samemu. Narysowałam małą nutę, obok której zapisałam datę i swoje imię. Uśmiechnęłam się i dorysowałam kilka innych nut. Odepchnęłam się od zimnej ściany i zdziwiona musiałam przyznać, że całkiem ciekawie mi to wyszło.
-Wow- skomentował mój przyjaciel.- Jak to piosenka? Nie wiedziałem, że znasz na pamięć cały zapis muzyczny.
-Bo nie znam- szepnęłam i spuściłam wzrok. Poczułam ciepło na policzkach, więc szybko odwróciłam głowę.- Teraz to napisałam...
-Komponujesz?- jego głos przepełniony był podziwem. Zarumieniłam się jeszcze bardziej.- Muszę spróbować to zagrać.
-Na czym grasz?- odważyłam się podnieść na niego wzrok. Uśmiechał się do mnie serdecznie.
-Na gitarze. Jo mnie nauczyła.
-Super.
-Jak chcesz to mogę ci pokazać kilka podstawowych chwytów. Ale zaczekaj...- urwał i zamyślił się.
-Ale co?
-Skoro tak dobrze znasz się na muzyce, to chyba też grasz na jakimś instrumencie, co?
Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Pozornie proste pytanie, było dla mnie bardziej skomplikowane. Usiadłam na asfalcie i oparłam się plecami o ścianę.
-Alice, grasz na czymś?
-Umiem grać na fortepianie, ale nie śmiej się ze mnie to dla snobów- powiedziałam cicho. Tak naprawdę kochałam grę na fortepianie, jednak od lat już tego nie robiłam. Dawno temu to była moja pasja. Pozwalała mi się wyciszyć, a przy okazji była to jakaś rozrywka.
-To nie prawda- zaczął, lecz szybko mu przerwałam.
-Ja śpiewam.
Brett usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał na mnie zaciekawiony. Było to dość krępujące.
-To nic takiego. Nie jestem jakoś specjalnie uzdolniona- wymamrotałam.
-Malujesz, rysujesz, grasz na fortepianie, a do tego śpiewasz?- zapytał z niedowierzaniem. Moje możliwości mierzyły dosyć wysoko, jeszcze o tym nie wiedział.
-Zgadza się- szepnęłam.
Siedzieliśmy w milczeniu przez kilka minut. Chłopak lustrował moją twarzy, podczas gdy ja skupiłam się na swoich sznurówkach. Nagle stały się niesamowicie interesujące...
-Zaśpiewaj mi coś- poprosił Brett.
-Lepiej nie- pokręciłam głową. Nienawidziłam zwracać na siebie zbędnej uwagi. Czułam się nieswojo, kiedy wszyscy mnie obserwowali.
-Proszę.
-Nie.
-No, proszę.
-Nie.
-Oj, no zgódź się! Tylko chwilkę.
-Nie.
Taka wymiana zdań mogła trwać wiecznie, ale byłam nieugięta. Niestety, jak chłopak zbliżył się do mnie, a jego oczy zajrzały głęboko w moje moja silna wola zniknęła.
-Ughh, niech ci będzie- mruknęłam.
Tryumfalny uśmiech zawitał na jego twarzy. Przymknęłam powieki i zaczęłam swój mały występ.
It's been said and done
Every beautiful thought's been already sung
And I guess right now here's another one
So your melody will play on and on
With the best of 'om
You are beautiful
Like a dream come alive, incredible
A centerfold, miracle, lyrical
You saved my life again
And I want you to know baby
I, I love you like a love song baby
-Jesteś niewiarygodna- szepnął mi do ucha. Zadrżałam.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam jak Brett wstaje. Podał mi dłoń i pomógł wstać.
-Chodź, idziemy na koktajle. Ja stawiam- powiedział.
Podniosłam torebkę i ruszyliśmy w stronę błyszczącego szyldu, zapraszającego na kawę i ciastko. Odwróciłam się, żeby ostatnio raz spojrzeć na nasz "pamiątki". Mrużąc oczy dojrzałam, że obok podpisu Bretta, było serduszko z moimi inicjałami.
poniedziałek, 18 listopada 2013
informacyjnie... znowu
Znowu garstka informacji. Po pierwsze nie wiem co z tą muzyką. xd Po drugie, notki będą ukazywały się średnio co dwa dni. Czasami może nawet codziennie, innym razem poczekanie nawet trzy dni... Podziękujcie mojej szkole i obowiązkom. ;** Liczę na wyrozumiałość.
I dziękuję Wam za ponad 1000 wejść. To wielka przyjemność móc pisać dla Was. <33
rozdział 22
Śniło mi się coś bardzo dziwnego. Siedziałam na ławce w parku i czytałam jakąś bardzo starą książkę. Literki były wyblakłe, a kartki tak delikatne, że myślałam, iż jednym ruchem je przedrę. W książce było mnóstwo obrazków i to na nich się skupiałam. Jeden przedstawiał chłopca z mieczem, chowającego się za wielkim drzewem. Na innym była dziewczynka, która siedziała na kocu i rozmawiała z jakimś stworem, przypominał jakby fauna. Jeszcze inna ilustracja przedstawiała wzgórze, na którym stał jakiś chłopak, a u jego boku dziewczyna. Byli odwróceni tyłem i wpatrywali się w dół, w głąb nieznanej doliny. W pewnej chwili zamknęłam książkę i się obudziłam.
Poderwałam się i spadłam z łóżka. Obolała podniosłam się z podłogi i z powrotem usiadłam na łóżku. Słyszałam jakiś dźwięk, irytujący dźwięk. W porę zdałam sobie sprawę, że dzwoni moja komórka.
-Halo?- powiedziałam do telefonu.
Odpowiedziała mi cisza, więc ponowiłam pytanie. Ktoś coś mruknął i rozłączył się. Spojrzałam na numer i okazało się, że był taki sam jak wczoraj. Pomyślałam sobie, że to pewnie pomyłka. Podeszłam do balkonu i otwarła szeroko szklane drzwi. Świeże powietrze uderzyło w moje nozdrza. Pościeliłam łóżko i wyciągnęłam z szafy czerwony top bez ramiączek i czarną miniówkę. Zabrałam ciuchy i poszłam do łazienki. Wzięłam szybciutki prysznic i podeszłam do lusterka. Spięłam włosy w masakrycznego koka i wróciłam do pokoju. Puściłam pierwszą lepszą piosenkę z youtube i wyjęłam z pracowni kilka puszek farby w spray'u.
Stanęłam czarną ścianą nad moim łóżkiem i puściłam wodze wyobraźni. Mocny róż spływał po każdej z liter graffiti. Nie używałam żadnych szablonów. Improwizowałam. Tekst nie miał większego znaczenia. Namalowałam okrągłe literki słowa "HARDCORE". Strużki farby spływały z wolna po ciemnej ścianie, znacząc niby to drogę. Sięgnęłam po obraz stworzony poprzedniego dnia i położyłam go na biurku. Zabrałam wszystkie moje narzędzia pracy i zaniosłam je z powrotem do pracowni. Chwyciłam olejne malowidło, by z tyłu nabazgrolić markerem krótką dedykację. Po cichutku wślizgnęłam się do sypialni rodziców i zostawiłam prezent dla macochy na łóżku. Należało jakoś jej podziękować za wsparcie, które od niej otrzymałam. Pamiętam, że jeszcze przed ślubem z moim ojcem starała się mnie poznać. Kochała mnie jak własną córkę. Okazywała to na każdym kroku.
Zeszłam na dół do salonu i włączyłam sobie telewizor. Akurat wyświetlali jakiś stary odcinek AHS, więc z chęcią zabrałam się za jego oglądanie.
Byłam w kuchni, gdy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Z uśmiechem na twarzy poszłam je otworzyć. Na progu przywitał mnie zielonooki chłopak. Miał na sobie czarne spodnie i biały T-shirt.
-No, cześć- powiedział. Uśmiechnął się do mnie szeroko. Gestem pokazałam mu, żeby wszedł do środka.
-Słuchaj, to zajmie minutkę. Skoczę się tylko przebrać, zaczekaj tu, dobra?- zapytałam. Kiwnął mi głową, a ja w podskokach ruszyłam na górę, do swojego pokoju. Szybkim ruchem otworzyłam szafę i zaczęłam przerzucać wieszaki w poszukiwaniu jakiegoś dobranego ciucha. Po dobrych pięciu minutach wybór padł na czarne rurki z dziurami, top oraz koszulę z czarno-czerwoną kratę. Włosy rozpuściłam, a oczy podkreśliłam dwiema długimi kreskami.
Schodziłam tak szybko, że wpadłam z impentem na Bretta. Zarumieniłam się lekko, na co chłopak zareagował śmiechem. Złapałam skórzaną torbę i zarzuciłam ją sobie na ramię.
-Możemy iść- powiedziałam.
-No to idziemy- złapał mnie za rękę i pociągnął ku wyjściu.
Szliśmy wolnym krokiem, sama nie wiem gdzie. Brett zdawał się nie patrzeć gdzie idziemy, jednak nie wahał się jaki obrać kierunek. Rozmawialiśmy właśnie o tym co chcielibyśmy robić w przyszłości, gdy zwiał wiatr. Moje czerwone włosy rozwiały się na wszystkie strony, przysłaniając mi twarz.
-A tak właściwie jaki masz naturalny kolor włosów, co?- spytał. Spojrzałam na niego i palnęłam szczerze:
-Blond.
Chłopak przyjrzał mi się z zaciekawieniem, starając się zapewne,bezskutecznie wyobrazić mnie w blond włosach.
-Czemu się farbujesz?- dodał. Jego ton głosu był na wpół wesoły, na wpół zaciekawiony.
-Hmmm...- zastanowiłam się nad odpowiedziom. Wcześniej nie rozmyślałam nad czymś takim.- Ten kolor bardziej mnie odzwierciedla.
Szliśmy dalej rozmawiając o naszych charakterach. Okazało się, iż wiele nas łączy. Choćby taki styl ubierania. Z każdą chwilą coraz bardziej poznawałam Bretta i musiałam przyznać, że bardzo mi się to podobało.
Poderwałam się i spadłam z łóżka. Obolała podniosłam się z podłogi i z powrotem usiadłam na łóżku. Słyszałam jakiś dźwięk, irytujący dźwięk. W porę zdałam sobie sprawę, że dzwoni moja komórka.
-Halo?- powiedziałam do telefonu.
Odpowiedziała mi cisza, więc ponowiłam pytanie. Ktoś coś mruknął i rozłączył się. Spojrzałam na numer i okazało się, że był taki sam jak wczoraj. Pomyślałam sobie, że to pewnie pomyłka. Podeszłam do balkonu i otwarła szeroko szklane drzwi. Świeże powietrze uderzyło w moje nozdrza. Pościeliłam łóżko i wyciągnęłam z szafy czerwony top bez ramiączek i czarną miniówkę. Zabrałam ciuchy i poszłam do łazienki. Wzięłam szybciutki prysznic i podeszłam do lusterka. Spięłam włosy w masakrycznego koka i wróciłam do pokoju. Puściłam pierwszą lepszą piosenkę z youtube i wyjęłam z pracowni kilka puszek farby w spray'u.
Stanęłam czarną ścianą nad moim łóżkiem i puściłam wodze wyobraźni. Mocny róż spływał po każdej z liter graffiti. Nie używałam żadnych szablonów. Improwizowałam. Tekst nie miał większego znaczenia. Namalowałam okrągłe literki słowa "HARDCORE". Strużki farby spływały z wolna po ciemnej ścianie, znacząc niby to drogę. Sięgnęłam po obraz stworzony poprzedniego dnia i położyłam go na biurku. Zabrałam wszystkie moje narzędzia pracy i zaniosłam je z powrotem do pracowni. Chwyciłam olejne malowidło, by z tyłu nabazgrolić markerem krótką dedykację. Po cichutku wślizgnęłam się do sypialni rodziców i zostawiłam prezent dla macochy na łóżku. Należało jakoś jej podziękować za wsparcie, które od niej otrzymałam. Pamiętam, że jeszcze przed ślubem z moim ojcem starała się mnie poznać. Kochała mnie jak własną córkę. Okazywała to na każdym kroku.
Zeszłam na dół do salonu i włączyłam sobie telewizor. Akurat wyświetlali jakiś stary odcinek AHS, więc z chęcią zabrałam się za jego oglądanie.
Byłam w kuchni, gdy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Z uśmiechem na twarzy poszłam je otworzyć. Na progu przywitał mnie zielonooki chłopak. Miał na sobie czarne spodnie i biały T-shirt.
-No, cześć- powiedział. Uśmiechnął się do mnie szeroko. Gestem pokazałam mu, żeby wszedł do środka.
-Słuchaj, to zajmie minutkę. Skoczę się tylko przebrać, zaczekaj tu, dobra?- zapytałam. Kiwnął mi głową, a ja w podskokach ruszyłam na górę, do swojego pokoju. Szybkim ruchem otworzyłam szafę i zaczęłam przerzucać wieszaki w poszukiwaniu jakiegoś dobranego ciucha. Po dobrych pięciu minutach wybór padł na czarne rurki z dziurami, top oraz koszulę z czarno-czerwoną kratę. Włosy rozpuściłam, a oczy podkreśliłam dwiema długimi kreskami.
Schodziłam tak szybko, że wpadłam z impentem na Bretta. Zarumieniłam się lekko, na co chłopak zareagował śmiechem. Złapałam skórzaną torbę i zarzuciłam ją sobie na ramię.
-Możemy iść- powiedziałam.
-No to idziemy- złapał mnie za rękę i pociągnął ku wyjściu.
Szliśmy wolnym krokiem, sama nie wiem gdzie. Brett zdawał się nie patrzeć gdzie idziemy, jednak nie wahał się jaki obrać kierunek. Rozmawialiśmy właśnie o tym co chcielibyśmy robić w przyszłości, gdy zwiał wiatr. Moje czerwone włosy rozwiały się na wszystkie strony, przysłaniając mi twarz.
-A tak właściwie jaki masz naturalny kolor włosów, co?- spytał. Spojrzałam na niego i palnęłam szczerze:
-Blond.
Chłopak przyjrzał mi się z zaciekawieniem, starając się zapewne,bezskutecznie wyobrazić mnie w blond włosach.
-Czemu się farbujesz?- dodał. Jego ton głosu był na wpół wesoły, na wpół zaciekawiony.
-Hmmm...- zastanowiłam się nad odpowiedziom. Wcześniej nie rozmyślałam nad czymś takim.- Ten kolor bardziej mnie odzwierciedla.
Szliśmy dalej rozmawiając o naszych charakterach. Okazało się, iż wiele nas łączy. Choćby taki styl ubierania. Z każdą chwilą coraz bardziej poznawałam Bretta i musiałam przyznać, że bardzo mi się to podobało.
Drobne usterki
Zapewne ktoś już zauważył, że zrobiło się cicho. Wywaliłam starą playliste i nie mogę wstawić nowej. Za każdym razem jak zapisuję, to szablon się kasuje. Będę próbowała to naprawić, jednak ta sama lista działa na moim tumbl'rze. WIĘC JAKBY KTOŚ MÓGŁBY MI POMÓC TO BYŁABYM WDZIĘCZNA. hahaha To na tyle. Bayyy
byBellaaa
PS Mój tumblr :33 http://musicismypinkworld.tumblr.com/
niedziela, 17 listopada 2013
rozdział 21
Kiedy otworzyłam oczy oślepił mnie blask słońca. Usiadłam na łóżku, próbując przypomnieć sobie wydarzenia minionego wieczoru. Wzdrygnęłam się na bolesne wspomnienia twarzy James'a. Rozejrzałam się po pokoju, szukając wzrokiem Bretta. Niestety, chłopaka nigdzie nie było. Poszłam do łazienki, aby się trochę odświeżyć. Wzięłam orzeźwiający prysznic, a mokre włosy przerzuciłam sobie za ramię. Owinięta miękkim ręcznikiem wróciłam do swojego pokoju. Sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić która godzina. Ku mojemu zdziwieniu zegarek na wyświetlaczu wskazywał już wpół do pierwszej. Wyciągnęłam z szafy parę błękitnych rurek i szarą bluzę z kapturem. Od razu jak się ubrałam, zeszłam do kuchni coś zjeść. Będąc już na schodach usłyszałam jak Rebbeca rozmawiała z moim ojcem. Musiał wyjechać na plan filmowy, aż do Californi. Uchyliłam drzwi kuchenne i uśmiechnęłam się do rodziców.
-Wreszcie wstałaś, jak miło- zaśmiał się tata. Jego spojrzenie było... niepewne? Chyba tak. Po wczorajszych nieprzyjemnościach nie był do końca pewny co powinien teraz zrobić.
-No, tak- odpowiedziałam i zajęłam miejsce przy drewnianym stoliku.-Mogłabym prosić o miskę płatków?- spojrzałam na Rebbece. Zasadniczo mogłam to zrobić sama, ale nie przepadała zbytnio za tym, jak kręciłam się jej po kuchni. Kobieta posłała w moim kierunku przyjazny uśmiech i podała mi miskę z jedzeniem.
Wcinając płatki, przysłuchiwałam się rozmowie rodziców. Po skończonym temacie wyjazdy taty, rozpoczęli dyskusję o planach kupna nowego samochodu. Rozmowa nie interesowała mnie kompletnie, więc przerwałam im.
-Tato, gdzie jest Brett?- spytałam z pełną buzią.
-Wyszedł rano, nie chciał cię budzić.
-Aha- mruknęłam. Dokończyłam moje późne śniadanie i poszłam do ogrodu. Usiadłam na drewnianej huśtawce i okryłam się ramionami. Mimo, że jakiś tydzień temu skończyła się zima ciągle panował chłód. Co prawda tu u nas w Los Angeles nie ma typowej zimy, zdarza się śnieg, ale długo nie cieszy.
Odepchnęłam się nogą i huśtawka skierowała się do przodu. Oparłam głowę o oparcie i przymknęłam powieki. Była spokojna. Po raz pierwszy od bardzo dawna była zwyczajnie spokojna. Zaakceptowałam śmierć matki i najlepszej przyjaciółki, wreszcie to do mnie dotarło. Brakowało mi ich obu, jednak jakoś musiałam sobie radzić. Zdawałam sobie sprawę, że to osiągnięcie zawdzięczałam po części zielonookiemu chłopakowi. Cały czas nie wiedziałam co z nim zrobić. Zależało mi na nim. Phi, to aż za mało powiedziane. Tyle, że ojciec miał rację. To wszystko działo się zbyt szybko, trzeba było zwolnić. Westchnęłam. Czy nic nie mogło być tak proste jak chciałam? Jak widać nie. Los uwielbiał robić sobie ze mnie żarty i podkładać mi nogi, ale nie przewidział on jednego. Że tyle razy ile będę upadać, tyle razy się podniosę.
Bujałam się lekko w spokojnym, leniwym rytmie. Wdychałam zapach świeżych kwiatów i cieszyłam się chwilą. Z tej perspektywy świat wydawał się całkiem przyjemny. Zmieniłam pozycję i położyłam się na huśtawce. Nogi ugięłam w kolanach, a rękę zwiesiłam ku ziemi. Dotknęłam opuszkami palców mokrej trawy. Zaśmiałam się sama nawet nie wiem czemu. Nie było w tym nic sztucznego, śmiałam się ot tak, po prostu. Nie wiem dokładnie ile tak leżałam, kołysana na świeżym powietrzu, ale otworzyłam oczy dopiero, gdy usłyszałam dźwięk swojego imienia.
-Alice! Alice!- wołał kobiecy głos, rozpoznałam w nim macochę.-Telefon ci dzwoni!
-Już idę!- krzyknęłam. Z niechęcią wróciłam do domu, gdzie uderzyła mnie fala ciepła. Nie zdawałam sobie dotychczas sprawy z tego jak zmarzłam. Szurając nogami wspięłam się na piętro. Weszłam do pokoju i sięgnęłam po telefon leżący na biurku. Niestety, w chwili gdy telefon znalazł się w mojej dłoni przestał dzwonić. Numer był mi nieznany, dlatego odłożyłam telefon na bok. Podeszłam do szarych drzwi i pchnęłam je lekko. Wyjęłam z mojej "pracowni" sztalugę, płótno oraz zestaw farb olejnych. Ustawiłam wszystko na środku mojego pokoju i poniosłam się fantazji. Tak dawno nie malowałam, że zrobiło mi się prawie głupio. Była to moja pasja od dziecka.
Praca zajęła mi raptem dwie godziny, a efekt był jak dla mnie zadowalający. Obraz przedstawiał blondynkę, w białej sukience stojącą w samym środku pola pszenicy. Za nią malował się blask słońca.
Zostawiłam malowidło, żeby wyschło. Usiadłam przy komputerze i włączyłam stary przebój Nirvany. Zaczęłam przeglądać Tumblr'a, potem Besty, a na końcu odwiedziłam Facebook'a. Z uśmiechem zwróciłam uwagę na listę chat'u. Mniej więcej po środku było interesujące mnie nazwisko.
Hej -napisałam. Niemal od razu Brett mi odpisał.
Cześć piękna
Co u ciebie -napisałam uśmiechając się szeroko do monitora laptopa.
Całkiem nieźle ale lepiej to ty mi powiedz jak ci leci
Coraz lepiej :) przed chwilą namalowałam coś dla macochy
Umiesz malować???
Nie jakoś bardzo haha musiałbyś sam zobaczyć
Dobra mam pomysł przyjdę jutro po ciebie koło czternastej co ty na to
Zgoda -ten plan szybko przypadł mi do gustu.
Pisałam z tym chłopakiem, jeszcze parę dobrych godzin. W końcu, jakoś trzeba było się poznać.
-Wreszcie wstałaś, jak miło- zaśmiał się tata. Jego spojrzenie było... niepewne? Chyba tak. Po wczorajszych nieprzyjemnościach nie był do końca pewny co powinien teraz zrobić.
-No, tak- odpowiedziałam i zajęłam miejsce przy drewnianym stoliku.-Mogłabym prosić o miskę płatków?- spojrzałam na Rebbece. Zasadniczo mogłam to zrobić sama, ale nie przepadała zbytnio za tym, jak kręciłam się jej po kuchni. Kobieta posłała w moim kierunku przyjazny uśmiech i podała mi miskę z jedzeniem.
Wcinając płatki, przysłuchiwałam się rozmowie rodziców. Po skończonym temacie wyjazdy taty, rozpoczęli dyskusję o planach kupna nowego samochodu. Rozmowa nie interesowała mnie kompletnie, więc przerwałam im.
-Tato, gdzie jest Brett?- spytałam z pełną buzią.
-Wyszedł rano, nie chciał cię budzić.
-Aha- mruknęłam. Dokończyłam moje późne śniadanie i poszłam do ogrodu. Usiadłam na drewnianej huśtawce i okryłam się ramionami. Mimo, że jakiś tydzień temu skończyła się zima ciągle panował chłód. Co prawda tu u nas w Los Angeles nie ma typowej zimy, zdarza się śnieg, ale długo nie cieszy.
Odepchnęłam się nogą i huśtawka skierowała się do przodu. Oparłam głowę o oparcie i przymknęłam powieki. Była spokojna. Po raz pierwszy od bardzo dawna była zwyczajnie spokojna. Zaakceptowałam śmierć matki i najlepszej przyjaciółki, wreszcie to do mnie dotarło. Brakowało mi ich obu, jednak jakoś musiałam sobie radzić. Zdawałam sobie sprawę, że to osiągnięcie zawdzięczałam po części zielonookiemu chłopakowi. Cały czas nie wiedziałam co z nim zrobić. Zależało mi na nim. Phi, to aż za mało powiedziane. Tyle, że ojciec miał rację. To wszystko działo się zbyt szybko, trzeba było zwolnić. Westchnęłam. Czy nic nie mogło być tak proste jak chciałam? Jak widać nie. Los uwielbiał robić sobie ze mnie żarty i podkładać mi nogi, ale nie przewidział on jednego. Że tyle razy ile będę upadać, tyle razy się podniosę.
Bujałam się lekko w spokojnym, leniwym rytmie. Wdychałam zapach świeżych kwiatów i cieszyłam się chwilą. Z tej perspektywy świat wydawał się całkiem przyjemny. Zmieniłam pozycję i położyłam się na huśtawce. Nogi ugięłam w kolanach, a rękę zwiesiłam ku ziemi. Dotknęłam opuszkami palców mokrej trawy. Zaśmiałam się sama nawet nie wiem czemu. Nie było w tym nic sztucznego, śmiałam się ot tak, po prostu. Nie wiem dokładnie ile tak leżałam, kołysana na świeżym powietrzu, ale otworzyłam oczy dopiero, gdy usłyszałam dźwięk swojego imienia.
-Alice! Alice!- wołał kobiecy głos, rozpoznałam w nim macochę.-Telefon ci dzwoni!
-Już idę!- krzyknęłam. Z niechęcią wróciłam do domu, gdzie uderzyła mnie fala ciepła. Nie zdawałam sobie dotychczas sprawy z tego jak zmarzłam. Szurając nogami wspięłam się na piętro. Weszłam do pokoju i sięgnęłam po telefon leżący na biurku. Niestety, w chwili gdy telefon znalazł się w mojej dłoni przestał dzwonić. Numer był mi nieznany, dlatego odłożyłam telefon na bok. Podeszłam do szarych drzwi i pchnęłam je lekko. Wyjęłam z mojej "pracowni" sztalugę, płótno oraz zestaw farb olejnych. Ustawiłam wszystko na środku mojego pokoju i poniosłam się fantazji. Tak dawno nie malowałam, że zrobiło mi się prawie głupio. Była to moja pasja od dziecka.
Praca zajęła mi raptem dwie godziny, a efekt był jak dla mnie zadowalający. Obraz przedstawiał blondynkę, w białej sukience stojącą w samym środku pola pszenicy. Za nią malował się blask słońca.
Zostawiłam malowidło, żeby wyschło. Usiadłam przy komputerze i włączyłam stary przebój Nirvany. Zaczęłam przeglądać Tumblr'a, potem Besty, a na końcu odwiedziłam Facebook'a. Z uśmiechem zwróciłam uwagę na listę chat'u. Mniej więcej po środku było interesujące mnie nazwisko.
Hej -napisałam. Niemal od razu Brett mi odpisał.
Cześć piękna
Co u ciebie -napisałam uśmiechając się szeroko do monitora laptopa.
Całkiem nieźle ale lepiej to ty mi powiedz jak ci leci
Coraz lepiej :) przed chwilą namalowałam coś dla macochy
Umiesz malować???
Nie jakoś bardzo haha musiałbyś sam zobaczyć
Dobra mam pomysł przyjdę jutro po ciebie koło czternastej co ty na to
Zgoda -ten plan szybko przypadł mi do gustu.
Pisałam z tym chłopakiem, jeszcze parę dobrych godzin. W końcu, jakoś trzeba było się poznać.
I COME BACK XD
Heyy :D
Wracam do Was haha cieszycie się ?? ;** Przez ostatni czas nie miałam głowy do prowadzenia blooga, ale, ale jakoś to naprawię co nie. XDD HAHAHAHA dobra zabieram się do pracy i lecę pisać dla Was nowy rozdział, który powinien być przepełniony... tym razem radością yeahh XD
byBellaaa <33
Wracam do Was haha cieszycie się ?? ;** Przez ostatni czas nie miałam głowy do prowadzenia blooga, ale, ale jakoś to naprawię co nie. XDD HAHAHAHA dobra zabieram się do pracy i lecę pisać dla Was nowy rozdział, który powinien być przepełniony... tym razem radością yeahh XD
byBellaaa <33
Subskrybuj:
Posty (Atom)



