poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział VII

Powoli odpływałam. Leżałam na miękkim dywanie, ale nie odróżniałam już jawy od snu. Wydawało mi się, że jestem pod wodą. Wtem usłyszałam jak ktoś woła moje imię, jednak nie byłam tego do końca pewna. Dźwięki jakby odbijały się echem. Spróbowałam otworzyć oczy, ale próba zakończyła się porażką.
-Alice!- po raz kolejny usłyszałam wołanie. Odniosłam wrażenie, że ktoś mną potrząsa. Ponowiłam próbę otworzenia oczy i tym razem poszło mi już lepiej.
Moim oczom ukazała się niewyraźna twarz jakiegoś chłopaka. Byłam zbyt oszołomiona, by móc go poznać.
-Alice! Zaraz będziesz bezpieczna, już cię stąd zabieram- krzyknął nieznajomy. Nie wiedziałam o co mu dokładnie chodzi. Nie czułam żadnego zagrożenia.
Nagle poczułam jak coś mnie unosi. To chłopak porwał mnie w ramiona i wtedy zaczęłam się krztusić, i odczuwać niewyobrażalne ciepło. Ciągle na wpół przytomna zauważyłam, iż całe pomieszczenie pochłaniają wielkie języki ognia. Nie wiedziałam skąd się one wzięły. Nic do mnie nie docierało. Chłopak poprawił mnie na swoich rękach i zaczął biec. Wszędzie było tak gorąco, a ja nie wiedziałam co się dzieje. Wtuliłam twarz w ramiona nieznajomego i zamknęłam oczy. Ostatnie co udało mi się zapamiętać, nim zupełnie straciłam przytomność to przerażające odgłosy walącego się budynku.

***

Obudziłam się z potwornym bólem... właściwie wszystkiego. Otaczała mnie rażąca biel i nie mogłam skojarzyć gdzie jestem. Odwróciłam głowę w bok, aby się rozejrzeć, ale przeszkodził mi ból w podstawie czaszki. Jakbym dostała czymś ciężkim. Spróbowałam podnieść rękę ale okazało się, iż jest przypięta przeźroczystą rurką da jakiejś foliowej torebki. Do nosa, także był podłączony jaki dziwny kabelek. Na dodatek jakaś maszyna za mną irytująco pikała.
Wtedy zorientowałam się gdzie jestem i moje zdezorientowanie ustąpiło miejsca szoku. Spróbowałam sobie przypomnieć co się właściwie wydarzyło, jednak moja pamięć odmówiła posłuszeństwa.
Niespodziewanie do sali weszła jakaś pielęgniarka z tacą, na której były róże buteleczki i strzykawki.
-O nareszcie się obudziłaś- powiedziała ciepło się do mnie uśmiechając.
-Co ja tutaj robię?- zapytałam prosto mostu. Nadal byłam nieco zszokowana swoją obecnością w szpitalu.
-Kochana, nic nie pamiętasz?- teraz to kobieta się zdziwiła.- Taki jeden chłopak uratował cię z pożaru. Wiesz, on bardzo się o ciebie martwi i od czterech dni czeka, żeby móc z tobą porozmawiać.
-Jaki chłopak? Jakie cztery dni?- nic nie składało się w logiczną całość.
-Och, leżałaś tu nieprzytomna całe cztery dni. Doznałaś poważnego urazu głowy. A ten twój bohater...- zaśmiała się.- zaraz go poproszę. Tylko zmienię ci kroplówkę.
Po chwili manipulacji przy przeźroczystym woreczku pielęgniarka odezwała się ponownie:
-No dobrze, zaraz przyjdzie do ciebie któryś z lekarzy, a tego chłopca zaproszę tu na chwilkę. Leż sobie spokojnie- uśmiechnęła się ponownie i wyszła.
Moment później drzwi ponownie się uchyliły i w drzwiach stanął nie kto inny jak Brett.
-Ale naprawdę niedługo, ona musi odpoczywać- usłyszałam.
Chłopak powoli podszedł do mojego łóżka i spojrzał na mnie. Jego wzrok był pełen sama nie wiem czego. Czułości? Troski? Strachu?
-Hej- powiedział cicho.
-Co tu się wyprawia?! Wyjaśnij mi wszystko!- krzyknęłam, a po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Nie wiedziałam skąd się one wzięły. Nic nie wiedziałam...
-Alice, próbowałaś się zabić. Podpaliłaś mieszkanie. Wszedłem chyba w ostatniej chwili- pokręcił głową.- Alice, ja musiałem cię zobaczyć, po tym co się stało...- urwał. Nagle uprzytomniłam sobie, że Brett miał rację. Usiłowałam odebrać sobie życie, bo moja najlepsza przyjaciółka zrobiła to samo.
-Dlaczego ona to zrobiła?- zaczęłam szlochać.
-Zostawiła ci list, a ja za wiele nie wiem. Mówiła mi tylko, że jak jej zabraknie to mam się tobą zaopiekować, bo jesteś dla niej jak siostra. Wspominała też coś o tym, że może kiedyś będziemy parą czy coś, ale ja brałem to wtedy wyłącznie za żarty. A ona odeszła- ostatnie zdanie niemal wyszeptał. Zamrugał gwałtownie. Jak ja nie mógł pogodzić się z odejściem dziewczyny.
-Ty...ty mnie...- nie potrafiłam tego powiedzieć na głos.- To ty mnie... uratowałeś?
-Alice, szedłem w kierunku twojego domu. Tori mi pokazywała gdzie mieszkasz wraz ze swoją mamą, ale po drodze zauważyłem tę kamienicę. W oknach był ogień. Ludzie czekali na straż. I wtedy przypomniałem sobie jak kiedyś podała mi adres twojego ojca. Ja zorientowałem się, że to właśnie tu. Bez zastanowienia wbiegłem na górę. Nie słuchałem jak ludzie krzyczeli, iż pomoc jest w drodze- urwał. Wpatrywał się we mnie z przerażeniem. Po chwili, jednak podjął próbę kontynuacji.- Kiedy cię znalazłem, przestraszyłem się jak nigdy. Leżałaś nieprzytomna, bałem się, że nie zdążyłem, lecz jak się okazało miałem szczęście. Prócz urazu głowy i lekkiego zatrucia dymem nic ci się nie stało- uśmiechnął się pogodnie.
-Ja, ja nie wiem co powiedzieć. Dziękuję- powiedziałam ze łzami w oczach. Zanim Brett zdołał mi coś odpowiedzieć do sali wszedł jakiś lekarz. Na oko miał około czterdziestki. Był niski i otyły. Miał krótko ścięte włosy i wąsy.
-Dzień dobry- powiedział.- To co, jak się czujesz?
Chłopak odsunął się na drugi koniec pomiszczenia, a doktor mnie przebadał. Odpowiediałam na kilka pytań po czym mężczyzna stwierdził, że za jakieś dwa dni wypuści mnie do domu. Ta wiadomość od razu poprawiła mi humor.
-A chciałam tylko zapytać, gdzie jest mój tata?- zwróciłam uwagę pielęgniarki. Zamiast kobiety odezwał się mój wybawca:
-Alice, twój tata jest już w drodze. Był w pracy, ale zadzwoniłem, że się wybudziłaś.
Pokiwałam lekko głową, nie zważając na ostry ból. Wszysycy opuścili mój biały pokój za wyjątkiem chłopaka, który czuł się w obowiązku troszczyć się o mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz