Nie wiem ile czasu spędziłam na wspomnieniach Tori, ale w końcu skupiłam swoją uwagę na kim innym.
Zraniłam chłopaka, któremu zawdzięczałam życie. Wyszedł bez słowa. Nie miałam pewności kiedy wróci, ani nawet czy wróci. Nagle poczułam się samotna. Jego brak bardzo mi ciążył.
Powoli zeszłam z łóżka, by udać się na korytarz. Zbrzydło mi ciągłe leżenie w nadzwyczaj czystej i białej sali. Powędrowałam w kierunku kontuary pielęgniarek. Na mój widok jedna z nich uśmiechnęła się przyjaźnie.
-Widzę, że lubimy się ruszać, co?- zapytała. Miała bardzo uprzejmy głos. Wyglądała na miłą, była młodą szatynką.
-Odrobina ruchu nie zaszkodzi- odpowiedziałam zmuszając się do sztucznego uśmiechu. Chciałam dowiedzieć się, gdzie jest teraz Brett.- Nie wie pani może, gdzie jest taki chłopak w czarnych włosach? Jest tu u mnie często.
-Kojarzę. On tu jest już od samego początku, kiedy cię przywieźli. Jeszcze ani razu, nie opuścił szpitala w przeciągu tych kilku dni- zaśmiała się. Czyli, mimo, że byłam nieprzytomna on nadal czuwał.- A teraz, to nie wiem gdzie jest... Być może w kawiarence.
Poszłam za wskazówkami kobiety. Musiałam przeprosić chłopaka. Teraz dopiero zaczęłam sobie uświadamiać, jak bardzo jest on mi potrzebny.
Weszłam do wielkiej i bardzo przestronnej sali. Ściany wyłożone tu były wzorzystą tapetą, a podłoga czarnymi płytkami. Wszystkie drewniane stoliki były oblegane przez pacjentów i ich rodziny. Panował gwar i hałas. Rozglądałam się na prawo i lewa próbując wypatrzyć Bretta.
W końcu udało mi się odnaleźć. Siedział spokojnie rozmawiając z jakąś dziewczyną. Była bardzo atrakcyjna. Niewysoka, ale z pewnością szczupła miała lekki makijaż. Długie do pasa blond włosy połyskiwały w świetle jarzeniówek. Miała na sobie czarne rurki oraz błękitną koszulę. Podeszłam bliżej, na tyle, by móc lepiej się jej przyjrzeć, lecz nie dać się zauważyć. Rzeczywiście wyglądała na piękną i była też nieco starsza od swojego rozmówcy. Spokojnie rozmawiali, a od czasu do czasu dziewczyna ściskała go za rękę.
W pewnej chwili chłopak odwrócił wzrok w moją stronę i nasze oczy się spotkały. W jego spojrzeniu dojrzałam zmartwienie. Szybko zawróciłam w stronę windy- Brett nie mógł mnie złapać. Przeciskałam się przez tłumy ludzi nie odwracając się za siebie. Ni stąd ni zowąd zaczęłam szlochać. W pośpiechu wyszłam z kawiarenki z nadzieją, iż wyszłam niezauważona. Czekając na windę usłyszałam swoje imię.
-Alice! Alice!- krzyczała jakaś dziewczyna. Głos był bardzo wysoki i piskliwy. Nieznajoma dobiegła do mnie nim drzwi windy się otworzyły.- To ty jesteś Alice?- zapytała mierząc mnie od stóp do głów. Skinęłam lekko głową. Była to laska z którą rozmawiał Brett.- Czemu nie przysiadłaś się do nas, tylko uciekłaś? Mój brat się trochę przestraszył- powiedziała. Zdenerwowałam się, a więc to była jego siostra? A ja głupi myślałam...
-Och, co ja robię. Przepraszam cię. Mam na imię Jo- zaśmiała się.- Brett jest moim bratem i wiele mi o tobie opowiadał. Strasznie się o ciebie martwił, mimo, że wszyscy mu mówili, iż będzie dobrze. On potrafi być naprawdę nadopiekuńczy. A ja tak bardzo chciałam cię poznać- rozgadał się. Weszłam do windy, a ona za mną.- Wiesz, ja do niego zadzwonię, bo pewnie ciągle panikuje i cię szuka.
Gdy wyszłyśmy z windy moim oczom ukazał się mój bohater. Widząc mnie w towarzystwie Jo wyraźnie mu ulżyło.
-Poznałaś już moją wygadaną siostrę jak sądzę- zaśmiał się. Jego głos pieścił moje uszy. Był jak mój włąsny anioł.- I co Jo? Polubiłaś już Alice?- zwrócił się do siostry.
-Ależ oczywiście! Zobaczysz, porozmawiamy sobie chwilę i BUM! Zaraz staniemy się przyjaciółkami- śmiech dziewczyny rozszedł się echem po całym korytarzu. Idąc w kierunku mojego pokoju, ani na moment nie zapadła krępująca cisza- Jo bez przerwy o czymś gadała. Zrobił mi się przyjemnie, bo zyskałam właśnie nową przyjaciółkę.
Znów zaczynałam być szczęśliwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz