piątek, 30 sierpnia 2013

Małe info ^ ^

Mam taką informacje, że kolejne rozdziały będą numerowane cyframi arabskimi i nie mam pewności czy będą pojawiały się codziennie. Postaram się, aby pisać to regularnie, jednak zaczyna się rok szkolny i nie wiem czy uda mi się to jakoś pogodzić. Rozdziały będą nieco dłuższe i myślę, że ciekawsze. No to teraz jeszcze chcę podziękować moim kochanym przyjaciółkom. Chodzi tu o Alę oraz Ewelinę. <33 Wielkie dzięki za Wasze ogromne zaangażowanie i podawanie mi całej masy pomysłów na opowiadanie. Rozważę to i spróbuję to wykorzystać. XDD Jeszcze raz dziękuję ;**  To by było na tyle. Hehe XD. 

PS Aaa... Jeszcze coś. Specjalnie dla wiadra <gościnnie Sylwii XD> została zmieniona top lista             piosenek. Masz i się ciesz. 

                                                                                             Bayyy 
                     
                                                                                                               byBellaaa

czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział XX

Krzyczałam i szarpałam się, ale nie miałam szans z silnym uściskiem chłopaka. Łzy ciurkiem spływały mi po policzkach. Wydzierałam się jak nigdy w życiu. Czułam się zdradzona. James- mój przyjaciel oszukał mnie.
-Zostaw mnie, James! Proszę! Przestań!- prosiłam, wręcz błagałam, a on był nieugięty.
Gdy doszliśmy do końca ciemnej, nieznanej mi uliczki zaczął mnie całować. Starałam mu się wyrwać, niestety byłam bezsilna. Trzymał moje dłonie w żelaznym uścisku. Starałam się go kopnąć, ale napierał na mnie całym ciałem przez co nie miałam możliwości choćby ruszyć stopą.
-Pomocy! Ratunku!- wołałam, jak tylko odsunął swoją twarz od mojej. W jego oczach czaiła się wściekłość i... głód.
-Nie chcesz po dobroci? Lepiej bądź grzeczna- szepnął. Wszystko mnie bolało, lecz nie miałam zamiaru się poddać. Chłopak zdjął ze mnie kurtkę, a następnie ponownie przycisnął do murowanej ściany. Całował moją szyję, gdy ja płakałam i nieudolnie próbowałam mu się wyrwać. Wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Był ktoś kto wiedział gdzie jestem, że umówiłam się właśnie do tego kina i o tej godzinie miał się skończyć film.
-BRETT!- krzyknęłam najgłośniej jak tylko potrafiłam.-BRETT! POMOCY!
-Co ty tam mruczysz kochana?- szepnął mi do ucha James i odpiął zamek mojej sukienki.
-ZOSTAW MNIE ZBOCZEŃCU!- wydarłam się i z zamachem uderzyłam go w twarz. Niestety zaraz tego pożałowałam.
-Zadziorna- mruknął. Znów przygwoździł moje nadgarstki do ściany, a ja wzięłam głęboki raz i krzyknęłam "Brett!"
Nagle usłyszałam pisk opon i do uliczki wjechał jakiś motocykl. Zeskoczył  niego jakiś facet- tylko tyle mogłam zauważyć przez oślepiające, białe światło maszyny. Ten "ktoś" podszedł do Jamesa i wymierzył mu celnego kopniaka w brzuch. Chłopak padł obolały na ziemię, a ja spojrzałam na mojego wybawcę. Nie zastanawiając się wtuliłam się w niego i zaczęłam szlochać.
-Już dobrze- szepnął do mnie i od razu poczułam się bezpieczna. Tylko on mógł mnie uratować i to dzięki niemu byłam cała i zdrowa.
Wziął mnie w ramiona jak małe dziecko i posadził na motocyklu.
-Zamknij oczy- poprosił. Natychmiast spełniłam jego prośbę. Moich uszu dobiegł tylko jęk Jamesa, a potem wtuliłam twarz pierś Bretta.
Przywiózł mnie do domu i pomógł dojść pod same drzwi, które uchyliła nam Rebbeca. Widząc mnie w zalaną łzami przeraziła się i krzyknęła: JACK! Zaraz zjawił się mój tata, który spojrzał na chłopaka ze zgrozą w oczach.
-Proszę pana...- zaczął, jednak ojciec mu przerwał.
-Coś ty jej zrobił, potworze!
-Ja ją tylko przywiozłem!- usprawiedliwił się i przytulił mnie do siebie. Tata chciał coś mu odpowiedzieć, ale odezwała się moja macocha.
-Musicie nam wszystko opowiedzieć. Wejdźcie.
Usiedliśmy wszyscy w salonie, gdzie Brett dokładnie opowiedział jak mnie znalazł.
-Więc, ja siedziałem z kumplem przed budynkiem kina. Wiedziałem, że Alice tam  będzie, bo wcześniej sama mi o tym mówiła. Chciałem ją zobaczyć i tyle. Na ulicy zrobiło się pusto i Luke, to znaczy ten mój kolega stwierdził, że na niego już pora i wrócił do domu. Ja pomyślałem, że się rozejrzę po okolicy. No i wtedy właśnie usłyszałem jak ktoś woła moje imię. Nie zorientowałem się, kto mnie woła, ale pojechałem w tamtym kierunku. I... i zobaczyłem jak ten koleś dobierał się do Alice! A ona wołała o pomoc.- Pokręcił głową na to wspomnienie. W między czasie trochę się uspokoiłam. Siedziałam wtulona w chłopaka.
-Alice?- usłyszałam sopranowy głos Rebbecy.- Kto to był? Kto chciał cię skrzywdzić?
Spojrzałam znacząco na ojca. Wiedział z kim miałam spędzić ten wieczór.
-Niemożliwe- szepnął.
Do oczu znów napłynęły mi łzy. Mój bohater pogłaskał mnie czule po głowie. Starał się mnie po raz kolejny uspokoić.
-Tato, to James- odezwałam się po raz pierwszy. Od krzyku bolało mnie gardło i miałam paskudną chrypę.
-Wydawał się taki dobry, przecież się przyjaźniliście...- ojciec potwornie się zawiódł, zaś Rebbeca w milczeniu przeżywała całą tę sytuację.
-To ja może już pójdę- szepnął Brett, a ja spojrzałam w jego zielone oczy.
-Nie, proszę- szepnęłam błagalnie.
-Zostań dziś u nas na noc jeśli możesz, dobrze? Proszę cię o to ze względu na naszą córkę- powiedziała Rebbeca. Zrobiło mi się ciepło na sercu, że żona taty ma mnie za członka jej rodziny.
-No, niech będzie. Zadzwonię tylko do siostry i powiem jej o tym, żeby się nie martwiła.
Wstał i wyszedł na korytarz.
-Muszę mu podziękować- mruknął ojciec. Ja podeszłam do Bretta i pociągnęłam go w kierunku mojego pokoju. Jo nie odbierała, dlatego chłopa napisał jej wyjaśniającego sms'a.
-Przepraszam cię- odezwałam się, jak tylko usiadł na kanapie.
-Za co ty mnie jeszcze przepraszasz?- spytał marszcząc przy tym czoło.
-Za kłopoty.
-Przestań, Alice.
-Przy tobie czuję się bardzo bezpiecznie- mruknęłam.
-Posłuchaj mnie, Alice. Teraz jestem twoim przyjacielem i zamierzam się o ciebie troszczyć, tylko proszę. Niczego nie przyśpieszajmy. Niech to się samo jakoś toczy.
-Dobrze- westchnęłam.- Dziękuję. Dziękuję za wszystko.
-Dla ciebie wszystko- uśmiechnął się.
Zaczęłam ziewać, jednak za nic nie chciałam zasypiać. Bałam się koszmarów.
-Idź spać, ledwo trzymasz się na nogach- skarcił mnie Brett.
-Nic mi nie będzie. Poza tym nie mam ochoty na sen.
-Jak to? Alice, czy ty sama siebie słyszysz? Będę tu, nic ci nie grozi. Idź spać.
Westchnęłam, lecz posłusznie ułożyłam się na  łóżku. Chłopak usiadł na kocyku i przyglądał mi się jak powoli odpływałam w objęcia Morfeusza.
-Kocham cię, piękna- szepnął i ucałował mnie w czoło. Dalej była tylko cisza i spokój.

Rozdział XIX

Gdy Cookie załapał mniej więcej co miałam na myśli mówiąc: "SIAD" poczułam głód. Skoczyłam do kuchni i zaparzyłam sobie herbatę. Szukałam w lodówce czegoś do zjedzenia, gdy usłyszałam dzwonek telefonu.
-Halo?- odezwał się głos w słuchawce i rozpoznałam Jamesa. Był to chłopak z sąsiedztwa. Czasami spotykałam się z nim i jego siostrą. Zawsze był dla mnie przesadnie miły.
-Cześć, James- powiedziałam. Zaciekawił mnie cel jego telefonu.
-Hej. Dzwonię w takiej sprawie: gdzie teraz mieszkasz? Zauważyłem przed twoim domem tabliczkę na sprzedaż, więc...
-Przeprowadziłam się do taty- wypaliłam. W tej samej chwili uświadomiłam sobie, iż nikt nie wie gdzie teraz mieszkam... Nikt z wyjątkiem Bretta.
-Aha. Rozumiem. Szkoda trochę, będę tęsknił- westchnął chłopak. Zrobiło mi się go żal. On naprawdę mnie lubił.
-A może spotkalibyśmy się dzisiaj, co? Dawno cię nie widziałam.
-No pewnie- ożywił się.- To może pójdziemy do kina? Zaraz sprawdzę na komputerze jakieś filmy i wyślę ci sms'a, zgoda?
-Okey- powiedziałam. W sumie wyjście do kina z kumplem było czymś dla mnie potrzebnym- nie mogłam się odizolować od ludzi.-To czekam na wiadomość. Cześć.
-Narka- rozłączył się.
Uśmiechnęłam się do siebie i sięgnęłam po miskę płatków owsianych. Jedząc myślałam co powinnam powiedzieć Brettowi. Bardzo mi na nim zależało, jednak ojciec miał trochę racji. Trzeba było zwolnić.
Musieliśmy się bliżej poznać i zaczekać na bliskość... Był tylko mały problem: czy chłopak zechce czekać?
Usłyszałam dźwięk sms'a w telefonie.

Proponuję "Krwawe Wzgórza". Film jest o godzinie dwudziestej. Spotykamy się na miejscu? 

Widziałam zwiastun tego seansu i musiałam przyznać, że do był świetny wybór. Uwielbiałam horrory.

Jasne, o dwudziestej w kinie. Do zobaczenia. :) 

Opróżniłam miskę z jedzeniem i włożyłam ją do zmywarki. Wróciłam do swojego pokoju i włączyłam komputer. Kiedy program operacyjny się uruchamiał bawiłam się z Cookie'em. Kliknęłam w ikonę internetu, a następnie otworzyłam facebook'a. Zaakceptowałam zaproszenie od mojego nowego "znajomego", który od razu napisał.

Hej.
Brett... mam ci coś do powiedzenia.
No to słucham. :) 
Proszę, nie zrozum mnie źle, ale myślę, że powinniśmy przystopować. Najpierw się lepiej poznać i zostać przyjaciółmi, a nie od razu rozpoczynać jakiś związek. Mi naprawdę bardzo na tobie zależy i może nawet cię kocham, ale ja sama nie wiem! Przepraszam...
Alice, spokojnie. Nie denerwuj się, dobrze cię rozumiem. Nie ma pośpiechu. :) Powiem ci tylko, iż mogę czekać nawet wieczność, a i tak będę cię kochał całym sercem. 
Dziękuję.
:) 

I tak pisaliśmy jakieś bzdury o niczym. Jak dwoje dobrych kumpli. Podobało mi się to...

_________________________________________________________________________________
<James> 

Była godzina wpół do szóstej. Zacząłem grzebać w szafie szukając odpowiednich ciuchów na wyjście do kina. Wreszcie udało mi się zaprosić gdzieś Alice. Był to naprawdę wielki wyczyn, bo ta dziewczyna cały czas odmawiała. Było to dziwne z jej strony, bo nie chwaląc się do mnie laski ustawiały się w kolejkach. Kiedyś ją zaprosiłem, ponieważ niezaprzeczalnie ślicznotka z niej, a ona mi odmówiła! Był to pierwszy raz, gdy zostałem odrzucony i zaprzysiągłem sobie wtedy, iż ją zdobędę. 
Wyjąłem z szafy czarną koszulkę, granatową koszulę z krótkim rękawem i ciemne dżinsy. 
-Elizabeth!- zawołałem służącą. Tak, w moim domu mieszkała jakby pokojówka, która robiła za mnie i moją rodzinę praktycznie wszystko, sprzątała, gotowała, robiła zakupy, itp. 
-Tak?- zapytała uśmiechając się. 
-Weź mi wyprasuj te ciuchy. 
-Oczywiście- zabrała ubrania i wyszła. 
Usiadłem z powrotem do komputera i czytając bezsensowne blogi w internecie. Kiedy Elizabeth wróciła poszedłem do łazienki, żeby zrobić włosy. Wziąłem prysznic i umyłem swoje krótko ścięte, blond włosy. Następnie przebrałem się w strój wyjściowy i wysuszyłem włosy. Ułożyłem je na żel i gotowe. Zabrałem z pokoju portfel i telefon, po czym wyszedłem. Stojąc pod bramom domu zadzwoniłem po taksówkę- nie zamierzałem nigdzie iść pieszo. Jak tylko samochód podjechał uśmiechnąłem się do siebie i wsiadłem do środka. 
_________________________________________________________________________________
<Alice>

Stałam w przed lustrem ostatni raz przyglądając się swojemu wyglądu. Poprawiłam czarną sukienkę i uznałam, że jest okey. Założyłam lakierowane baletki i byłam gotowa. Sięgnęłam po kurtkę i torebkę, i rzuciłam jeszcze "wychodzę!". Nie zdążyłam nawet złapać za klamkę, gdy stanął za mną tata.
-A dokąd to się wybierasz co?- zapytał mierząc mnie wzrokiem. 
-Do kina.
-Sama?- pytanie czysto retoryczne.
-Z James'em- powiedziałam, a na jego twarzy zagościł uśmiech. Lubił on chłopaka głownie, dlatego, że znał dobrze jego rodziców. Matkę Jamesa miał przyjemność poznać kilka lat temu na jednym z planów filmowych, bowiem pracowała ona jako stylistka. Natomiast jego ojca poznał jeszcze w szkole podstawowej, a został on właścicielem sieci sklepów mięsnych. 
-No to fajnie- powiedział tylko. Odwrócił się i wrócił do salonu. 
Do kina nie było daleko, więc postanowiłam wybrać się tam na nogach. Wieczór robił się chłodny- był koniec lata. Gdyby nie liczne latarnie na ulicy panowałby mrok. Szłam rozglądając się po okolicy. Znałam ją, lecz to nie to samo co mieszkać w niej. 
Z daleka rozpoznałam Jamesa. Wyglądał jak zawsze, wystrojony z dobrze ułożonymi krótkimi włosami. Na mój widok uśmiechnął się szeroko. 
-Witaj- powiedział i wyściskał mnie.
-Siemka- zaśmiałam się. Tak dawno go nie widziałam, że trochę się za nim stęskniłam. Mimo, iż nie był żadnym moim bliskim przyjacielem, to zawsze był obok. 
-Pięknie wyglądasz- mrugnął. Zarumieniłam się i weszliśmy do kina. 
Chłopak kupił sobie i mnie po coli i jeden, ogromny kubełek popcornu. Usiedliśmy przy jednym ze stolików, bo byliśmy odrobinę za wcześnie. 
-Kurcze, dawno cię nie widziałam- powiedziałam w pewnej chwili. 
-Praktycznie całe wakacje spędziłem w Nowym Jorku. Mama miała tam trochę roboty i wzięła mnie ze sobą. Mówię ci, fantastyczne miasto.
-No to świetnie. Też bym chciała kiedyś je zobaczyć. 
Jedna z pracownic otworzyła kasę z biletami, dlatego ustawiliśmy się w kolejce. Gdy wreszcie dostaliśmy się na salę usiedliśmy w ostatnim rzędzie. Mieliśmy doskonałe miejsca. 
Film był rewelacyjny. Przy kilku scenach czuło się ten dreszczyk emocji. Wychodząc z budynku dzieliłam się wrażeniami z moim towarzyszem.
-Wow! Dawno czegoś takiego nie widziałam- zaśmiałam się. 
-Ja też. Byłem pod takim wrażeniem, że masakra! Chociaż, jedno mnie zdziwiło- rzekł. 
-Co takiego?
-To, że niczego się nie bałaś- szepnął. Musnął dłonią mój policzek na co zareagowałam natychmiast. Cofnęłam się i zmroziłam go wzrokiem. Zdenerwowałam go chyba swoim zachowaniem, bo złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w głąb jakiejś ciemnej uliczki.
-Puść mnie! Przestań! Nie chcę tam iść! James! Zostaw mnie, James!- krzyczałam, jednak do chłopaka nic nie docierało. 

wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozdział XVIII

Wróciłam do swojego pokoju i sprzątnęłam resztki jedzenia. Zeszłam do kuchni starając się być jak najciszej, aby nie zwracać na siebie uwagi. Rebbeca zaraz by zaczęła zadawać mi jakieś krępujące pytania. Taka już była- jak dobra przyjaciółka, na którą zawsze mogłam liczyć. Kochałam ją jak drugą matkę, jednak nigdy nie zastąpiła mi mojej prawdziwej mamy, którą niedawno odebrał mi los.
Włożyłam naczynia do zmywarki, a tacę przetarłam wilgotną ściereczką. Po skończonej robocie przeszłam na paluszkach do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic. Założyłam swoją granatową, flanelową koszulę w której spałam. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że oparty o ścianę stoi mój ojciec. Miał zdecydowany wyraz twarzy.
-Co jest, tato?- zapytałam zmuszając się do lekkiego uśmiechu. Jego spojrzenie przewiercało mnie na wylot.
-Ten chłopak co tu był...- zaczął. Mhmm... Zaczyna się- pomyślałam.
-To Brett.
-Aha, no to co on tu robił?
-Przyszedł mnie odwiedzić.
-Po co?- wypalił. Ręce skrzyżował na klatce- robił tak zawsze, kiedy był zdenerwowany.
-No, po prostu. Chciał mnie zobaczyć. Mówił, że się stęsknił i martwił- zarumieniłam się. Taaaaak, ja też się za nim stęskniłam.
-Alice, to wszystko mi się nie podoba. Ja rozumiem, że on cię uratował i jesteś mu wdzięczna, ale proszę cię! Zwolnij z tym wszystkim, boję się, że...- westchnął głęboko.-Że on może cię skrzywdzić.
-Tato, spokojnie. Mam już te szesnaście lat i radzę sobie ze wszystkim. Poza tym chyba masz rację... Powinniśmy zwolnić. Tylko zapamiętaj, iż on jest teraz moim najbliższym przyjacielem. Będzie mnie odwiedzał i spędzał ze mną sporą ilość czasu.
Ojciec zrobił głębszy wdech i pokiwał głową.
-Dobrze, Alice. Ufam ci i tyle.- I odszedł do salonu.
Szurając nogami powlokłam się do swojej sypialni. Sprawdziłam godzinę na telefonie, który wskazywał trzydzieści minut po jedenastej. Wzięłam do ręki kartkę papieru oraz zaostrzony ołówek. Niewiele myśląc zaczęłam coś szkicować, sama nie wiem co. Efekt końcowy mówił, jednak sam za siebie. Obrazek przedstawiał chłopaka trzymającego w ramionach moją najlepszą przyjaciółkę. To dlatego miałam wątpliwości co do wspólnej przyszłości mojej i Bretta. Wiedziałam, że wcześniej istniała dla niego wyłącznie Tori. Wpatrywałam się w ołówkowy szkic i zaczęłam płakać. Dlaczego nie mogłam się normalnie zakochać i być szczęśliwą?! Czemu los był dla mnie wyjątkowo okrutny?! Czułam się oszukana, bo mimo, iż tego sobie nie życzyłam to do mojego serca wkradła się nadzieja. W tak ponurym humorze zasnęłam.  Sen wyglądał następująco:
Stałam pośrodku ciemnej nicości. Słaby promień światła padał z góry, lecz i tak nic nie było widać. Nic mnie nie otaczało, po prostu nicość. Wtem stanęła przede mną we własnej osobie moja "siostra".
-Nie martw się- szepnęła. Podeszła powoli i przytuliła mnie. Jej krótkie, blond włosy łaskotały mi buzię.- On cię kocha, a ja go oszukałam. Ty, jednak jesteś dla niego całym światem. Nie musisz niczego robić wbrew sobie. Ja będę czuwać nad tobą. Kocham cię, Alice.
Pragnęłam jej tyle powiedzieć, że tęsknię, że ją kocham i, że ma do mnie wrócić. Tyle, że nie mogłam. Spróbowałam otworzyć usta i cała scena się rozpłynęła jak fatamorgana. Nim się obudziłam usłyszałam jeszcze tylko: "On jest twój".
Obudziłam się około godziny szóstej rano. Do pokoju wpadały szare promienie słońca. Po policzkach spływały mi łzy. Sen był jednocześnie piękny i przerażający. W końcu nie co dzień widzimy w snach swoich zmarłych przyjaciół.
Pościeliłam łóżko i uchyliłam drzwi od balkonu. Nagle usłyszałam szczekanie Cokkie'ego. Siedział w nogach mojego łóżka i wesoło merdał ogonem. Wzięłam go na ręce i wyściskałam, a on polizał mi nos. Nasypałam mu karmu do miseczki i przyglądałam się jak je. Wyjęłam z szafy błękitne dżinsy i sweter w fioletowo-czarne paski. W łazience przebrałam się i umyłam zęby. Włosy rozczesałam palcami pozostawiając je w wielkim nieładzie.
-Cookie!- zawołałam. Szczeniak przybiegł do mnie i wskoczył mi na kostkę. Zniosłam go po schodach i weszliśmy do salonu. W całym domu było, aż za cicho, a to dlatego, że wszyscy jeszcze o tej godzinie spali. Tylko ja tu byłam nienormalna. Włączyłam telewizor i nastawiłam na jakiś program muzyczny. Siedząc na wygodnej kanapie rozpoczęłam tresurę mojego pupila. Pierwszym krokiem była nauka siadania.

sobota, 17 sierpnia 2013

Notka informacyjna ♥

Siemasz świecie! :** 
Informuję, iż od jutra mnie nie ma. xD
Wyjeżdżam na cały tydzień i nie będę miała dostępu do netu, więc rozdziałów nie będzie.
No to chyba na tyle...
Życzcie mi szczęśliwej podróży do Gdańska.
Bayyyyy
<333

PS Tęsknię Siostrzyczko  ♥

Rozdział XVII

-Jesteś- wyszeptałam. Obok mnie siedział chłopak z mojego snu. Był jeszcze piękniejszy, niż mi się wydawało. Jego zielone tęczówki przyciągały niczym magnesy.
-Jestem- uśmiechnął się, dzięki czemu stał się jeszcze bardziej przystojny.
Powoli nachylił się i pocałował mnie w czoło, przymknęłam powieki. Westchnęłam kiedy się wyprostował.
-Miałam cudowny sen- szepnęłam. Nie byłam do końca pewna czy chcę, aby wiedział, że to odrywał tam główną rolę, jednak postanowiłam mu powiedzieć.
-Śniłam, że jestem w najwspanialszym miejscu na świecie i ty byłeś ze mną. Było idealnie, lecz w pewnej chwili chciałeś mnie zostawić. Prosiłam, żebyś został i w końcu mnie posłuchałeś. Przytuliłeś i powiedziałeś coś takiego czego nigdy nie zapomnę...- urwałam. Nagle pomyślałam, iż to co mi wtedy powiedział było chyba realne... Właśnie się budziłam, kiedy usłyszałam jego ciche słowa.
-Co powiedziałem?- zapytał Brett. Zerknęłam na niego nieśmiało.
-Kocham cię. Powiedziałeś, że mnie kochasz- rzekłam. Niespodziewanie oblicze chłopaka zdradziło kilka emocji, czułość, opiekuńczość i miłość.
-Kocham cię.- Usłyszałam. Po czym nasze wargi złączyły się w pocałunku.
Nie wiem ile dokładnie czasu to trwało, ale gdy oderwaliśmy się od siebie brakowało mi tchu. Brett zaśmiał się zadowolony z siebie, a ja wiele nie myśląc wtuliłam się w niego. Było doskonale.
-Nie zostawię cię- powiedział do mnie. Uśmiechnęłam się pod nosem zadowolona z obrotu spraw.
Leżeliśmy tak szczęśliwi na moim łóżku, aż drzwi do mojego pokoju uchyliły się. W progu stanęła Rebbeca trzymająca czerwoną tacę z jedzeniem i piciem. Na jej widok zarumieniłam się ciekawa co też sobie teraz pomyśli o Brettcie i... o mnie.
-Dobre się bawicie- zapytała rozbawiona. Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. Wstałam i podeszłam do stolika przy kanapie, na którym została ustawiona tacka z przekąskami.
-Tak. Mamy wiele do roboty- odpowiedziałam. Na odchodne macocha zaśmiała się w głos i zamknęła szczelnie drzwi.
Westchnęłam głęboko i usłyszałam jak chłopak się śmieje.
-Chyba nie zrobiłem dobrego, pierwszego wrażenia- powiedział. A ja odwróciłam twarz w jego stronę. Siedział na łóżku i robił sobie ubaw z zaistniałej sytuacji. Patrzałam tak na niego i w końcu nie wytrzymałam, tylko zawtórowałam mu śmiechem. Podeszłam do niego i chwyciłam za rękę. Usiedliśmy na kanapie i nalaliśmy sobie do szklanek coli. Upiłam łyk po czym zapytałam:
-A tak szczerze to co twoja siostra o mnie myśli?
-Lubi cię.
-Nie o to mi chodzi...
-Uważa, że jesteś śliczną dziewczyną, która nie jej świadoma własnych zalet. Do tego słusznie sądzi, iż jesteś dość spontaniczną, ale miłą osobą.
-No tak. Rzeczywiście czasami działam spontanicznie- uśmiechnęłam się pod nosem.
-To fajnie. Wieczna odpowiedzialność jest nudnawa.
-Taaa, ale nie można całe życie szaleć.
-Wiem coś tym- mrugnął do mnie zalotnie. Nie wiedziałam jak zareagować, bo tak naprawdę to nigdy wcześniej nie spotykałam się z żadnym chłopakiem. Chociaż chętnych było kilku to ja do dziś trzymałam się zasady, że wierzę w prawdziwą miłość. Mimo wszystko nie potrafiłam powiedzieć Brettowi, że go kocham, ponieważ sama nie byłam pewna swoich uczuć...
Zjedliśmy chrupki i ciasto żartując i dyskutując na różne tematy. Musieliśmy się lepiej poznać, dlatego robiliśmy jakby małe przesłuchania. Ja na przykład pytałam o jego zainteresowania i sposoby spędzania wolnego czasu, a on wypytywał mnie o takie błahostki jak moje ulubione jedzenie, czy znienawidzone piosenki.
-Nie cierpię mleka- powiedziałam w pewnym momencie. Chłopak zaśmiał się.
-Jak możesz? Ja codziennie piję mleko.
-Fuj! Obrzydlistwo.
-To jak możesz lubić jeść płatki?
-Normalnie. Mleko w płatkach to zupełnie coś innego.
I tak mniej więcej wyglądały nasze pogadanki. Siedzieliśmy tak do jakiejś dwudziestej drugiej, aż zadzwoniła komórka Bretta.
-Tak, Jo?- powiedział do telefonu. Rozmawiał z siostrą. -Dam radę. Nie, nie musisz się denerwować. No zaraz wyjdę. Spokojnie, nic się przecież nie stało- śmiał się.
-Co się stało?- zapytałam od razy, jak tylko odłożył słuchawkę.
-Jo nie może po mnie przyjechać. Harry gdzieś pojechał i wróci dopiero w nocy. Muszę już iść, bo będzie się martwić czy nic mi się nie stanie. Wiesz, ona czasem zapomina, że mam już siedemnaście lat.
-Po prostu się o ciebie troszczy- uśmiechnęłam się, ale wyszedł chyba tylko jakiś grymas. Wiadomość, iż zostanę sama sprawiła, że zrobiło mi się przykro.
-Nie smuć się jutro się zobaczymy- szepnął mi do ucha.
Pocałował mnie delikatnie i wyszedł. Wybiegłam na balkon i odprowadziłam go wzrokiem do końca ulicy.
Pozostawało jeszcze jedno pytanie... Dlaczego nadal nie potrafiłam poczuć się szczęśliwą? Mimo tego, że najwspanialszy chłopak na świecie mnie kochał, ja nie umiałam się tym w pełni cieszyć. Coś było nie tak... Coś podpowiadało mi, że jeśli teraz odnajdę szczęście i miłość to szybko tego pożałuję...

piątek, 16 sierpnia 2013

Rozdział XVI

Zabrałam Cokkie'ego do siebie do pokoju i stanęłam przed szafą. Musiałam się jakoś fajnie ubrać, żeby zrobić wrażenie na Brettcie. Był tak idealny... Cokolwiek miał na sobie zawsze wyglądał jak zawodowy model, a ja? Mogłam być ubrana w najpiękniejsze ciuchy na świecie i nadal wyglądałam jak dzieciak bez gustu. Zwykle nie zwracałam uwagi na swój wygląd, bo i po co? Byłam sobą i tyle. Taką siebie ceniłam i to we mnie lubiła Tori, ale teraz bałam się, że chłopak mnie wyśmieje.
Mój wybór padł na czarną miniówkę, szare rajstopy z dziurami i szarą koszulkę z czaszką oraz dżinsową kamizelkę. Było nieźle. Sięgnęłam po szczotkę i poprawiłam włosy.
Gdy skończyłam się stroić była dopiero siedemnasta, więc postanowiłam, że trochę odpocznę. Położyłam się na łóżku i przymknęłam oczy. Po chwili zasnęłam.
_________________________________________________________________________________<Brett>

Siedziałem przy stole kuchennym z telefonem w ręku. Wiadomość, że Alice mnie zaprosiła bardzo mnie ucieszyła. Poszedłem do swojego pokoju i otworzyłem szafę. Wyjąłem z niej jasne dżinsy i pierwszy lepszy T-shirt. Przebrałem się i przeczesałem palcami włosy. Osobiście nie przywiązywałem żadnej wagi co do wyglądu, chociaż lubiłem wyglądać modnie. Zawdzięczałem to Jo, która zasiała we mnie ziarenko swojej pasji. Mimo to nigdy nikogo nie oceniałem po wyglądzie. Wolałem kiedy ludzie pozostawali naturalni, zwłaszcza dziewczyny. Prawda- ładnie wyglądają z makijażem, lecz bez przesady! 
Alice, byłą jedną z wielu dziewczyn nieświadomych własnych zalet. Była naprawdę piękna, więcej była jedną z najpiękniejszych jakie miałem okazję kiedykolwiek zobaczyć. Niestety, niepotrzebnie się stroiła i malowała. Kiedy była w szpitalu, mogłem spokojnie podziwiać jej niesamowitą urodę. Postanowiłem wspomnieć jej przy okazji, iż nie musi się tak wysilać. 
Poszedłem do kuchni, żeby napić się wody. Denerwowałem się nieco tą wizytą. Ojciec Alice nie był co do mnie przekonany. Powiedział mi to w szpitalu, gdy jego córkę zabrali na badania. Nie podobało mu się, że cały czas przy niej byłem. Pamiętałem co wtedy mu powiedziałem...

-A co ty się tak przejmujesz stanem zdrowia mojej córki?- zapytał tata Alice. Mierzył mnie wzrokiem.
-Martwię się o nią tak samo jak pan!- warknąłem. Byłem wściekły na faceta.- Zależy mi na niej i nie zamierzam jej teraz zostawić. Chyba pan nie uważa, że ona ma tu teraz zostać całkiem sama! Żeby w spokoju mogła dojść do siebie potrzebni jej przyjaciele. Dopiero co straciła najlepszą przyjaciółkę...
-Ty mnie lepiej nie pouczaj co dla niej dobre, a co nie- wycedził przez zaciśnięte zęby. Był na mnie nieźle wkurzony. Odetchnął przez nos i złapał się za skroń.- Przepraszam cię- powiedział cicho.
-Proszę? Pan mnie przeprasza?- zdziwiłem się.
-Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem. Uwierz ja się po prostu tak strasznie o nią boję... To moja jedyna córka. Nie mogę jej stracić- urwał. Powoli oddychał przez nos. Zaczynałem go rozumieć.- Wybacz.
-W porządku, nic się nie stało. 
-Muszę ci też podziękować. Gdyby nie ty...- pokręcił głową. Był naprawdę przerażony.- Dziękuję ci. Z całego serca ci dziękuję.
-Proszę pana ja... Ja myślę, że chyba... ehh... Myślę że zakochałem się w pana córce- wydusiłem z siebie. Mężczyzna spojrzał na mnie i uśmiechnął się pod nosem. 
-Jeśli chcesz z nią być, to musisz mi udowodnić, że będziesz się o nią troszczyć. 
-Ja oddałbym za nią życie. Jest dla mnie wszystkim- szepnąłem. 
-Zobaczymy- kiwnął głową. 

-Brett! Jak mam cię podwieźć to rusz tyłek i chodź!- wydarła się Jo przerywając tym samym moje rozmyślania.
-Idę przecież, ludzie- mruknąłem.
Jechaliśmy samochodem jakieś pół godziny. Jo wysadziła mnie pod sklepem i pojechała do miasta. Kupiłem dla Alice mały bukiecik białych róż- jej ulubionych kwiatów. Wyszedłem ze sklepu i odwróciłem się w kierunku domu dziewczyny. Budynek zrobił na mnie wrażenie. Ja mieszkałem w mieszkaniu w wieżowcu, ale ona żyła w innym świecie. Jej ojciec pracował jako aktor, dlatego mógł sobie pozwolić na luksusy.
Zadzwoniłem domofonem. Brama rozsunęła się, więc wszedłem na podwórko. Drzwi frontowe uchyliła mi jakaś kobieta w blond włosach. Wyglądała na uprzejmą panią domu.
-Dzień dobry- powiedziałem lekko speszony jej spojrzeniem. Przyglądała mi się z przesadnią ciekawością.
-Witaj. Wchodź- powiedziała sopranem. Wytarłem buty w wycieraczkę i wszedłem na przedpokój. Zdjąłem buty i uśmiechnąłem się nieśmiało.
-Idź schodami na górę. Tam pierwsze drzwi po prawej są od pokoju Alice- poinstruowała mnie kobieta.
Idąc na piętro rozglądałem się z zainteresowaniem. Dom wyglądał na bardzo zadbany. Zapukałem cichutko w drzwi, po czym uchyliłem je. Moim oczom ukazał się najsłodszy widok na świecie- zmożona snem piękność. Chciałem do niej podejść, ale zobaczyłem małego szczeniaka biegnącego w moją stronę. Położyłem bukiet na biurku i wziąłem psa na ręce. Był bardzo uroczy. Wylizał mi całą twarz, więc odłożyłem go na podłogę. Usiadłem obok drzemiącej dziewczyny i zaśmiałem się cicho. Wyglądała tak spokojnie. Odgarnąłem zabłąkane kosmyki z jej twarzy, na co delikatnie się poruszyła. Nie miałem zamiaru jej budzić, była taka piękna...
-Brett- usłyszałem. W pierwszej chwili pomyślałem, iż Alice się zbudziła, ale oczy nadal miała zamknięte. Nachyliłem się, aby posłuchać co mruczała przez sen.
-Brett. Nie zostawiaj mnie, potrzebuję cię, Brett- dźwięk mojego imienia wymawianego przez ślicznotkę był muzyką dla moich uszu.
-Jestem tu, kocham cię- szepnąłem. Łatwo mi było jej to wyznać, gdy spała. Nie potrafiłem zebrać się na odwagę, by powiedzieć jej to prosto w twarz.
Na moje słowa dziewczyna zareagowała uśmiechem. Ten uśmiech dodawał jej wdzięku. Wpatrywałem się w nią sam nie wiem ile, aż w końcu otworzyła oczy. Widząc mnie słodko się zarumieniła i szepnęła:
-Jesteś.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Rozdział XV

Mały szczeniaczek biegł w moją stronę. Wzięłam go na ręce i przyjrzałam się mu. Był to york.
-Witaj, Alice- usłyszałam głos Rebbeci. Miała na sobie żółtą bluzę i jasne dżinsy. Miło było móc znów ją zobaczyć. Podeszła i ucałowała mnie w czoło.
-Cześć- powiedziałam.- Co to?- wskazałam na psiaka. Był przeuroczy.
-Prezent dla ciebie- uśmiechnęła się do mnie pogodnie.- Właśnie go przywiozłam. Miałam nadzieję, że ci się spodoba.
-Jest cudowny. Dziękuję ci. Obiecuję, że namaluję ci niedługo jakiś fajny obraz. I dziękuję ci też za ten dom, wiem, iż to nie tylko zasługa ojca.
-Oj proszę cię. Zapomnijmy o tym.
Poszłyśmy razem do salonu, a mały piesek lizał mi szyję. Pokój był urządzony w kolorach pomarańczy, czerwieni i bieli. Pod jedną ścianą stał murowany kominek i dwa fotele bujane, natomiast w drugim końcu pokoju na ścianie wisiał plazmowy telewizor. W kącie leżał kosz wiklinowy, który miał za zadanie być posłaniem dla nowego zwierzaka. Tata siedział na kanapie i czytał gazetę słuchając muzyki z niedużego stereo. Rebecca zajęła miejsce obok niego. Ja zajęłam miejsce na fotelu.
-O widzę, że już wróciłaś i to nie sama- powiedział do żony.
-Nie udawaj, że nic nie wiedziałeś- zaśmiała się.- Co prawda to był mój pomysł, ale ty sam powiedziałeś, że też o tym myślałeś.
-Alice, jak go nazwiesz, co? I gdzie chcesz go trzymać? Jeśli masz ochotę to on może spać u ciebie w pokoju, chociaż wcale nie musi.
-Na pewno noc będzie spędzać u mnie- uśmiechnęłam się do obojga.- Ale co do imienia to muszę się jeszcze zastanowić...
-Masz mnóstwo czasu, także spokojnie- powiedziała Rebbeca, po czym włączyła telewizor.
Wstałam i położyłam mojego nowego przyjaciela na jego posłaniu i sięgnęłam po niedużą czerwoną skrzyneczkę, z której wystawał psie zabawki. Wzięłam małą piłeczkę i ścisnęłam ją w ręce, a szczeniak zapiszczał radośnie. Rzuciłam lekko zabawką, a maluch pobiegł za nią. Przyglądałam się jak szarpie zdobycz i ile radości mu to sprawia.
-Cookie, nazwę cię Cookie- powiedziałam, a z kanapy dało się usłyszeć śmiech taty.
Podniosłam się z podłogi i poszłam zobaczyć kuchnię. Była ona urządzona w bardzo nowoczesny sposób. Duża przestrzeń i czysta paleta barw. Potem zajrzałam do łazienki i jadalni. Zerknęłam również na gabinet ojca, a następnie wyszłam na taras. Za mną dzielnie podążał Cookie. Przytrzymałam szczeniakowi drzwi i usiadłam na drewnianej ławeczce pod kolorowym parasolem. Nasz ogród był zacisznym miejscem, w którym można było się łatwo zrelaksować. Wzięłam psa na ręce i przytuliłam. Jego milusia sierść łaskotała mi twarz.
Siedziałam tak i napawałam się ciszą i spokojem dopóki nie zabrzęczał mój telefon. Informował mnie o nowej wiadomości, której nadawcą był nie kto inny jak sam Brett.

Co tam? Jak się czujesz? Wszystko okey? 

Wiadomość od chłopaka bardziej mnie ucieszyła, niż zdziwiła. Miło było poczuć czyjąś troskę. Opuściłam Cookie'ego na trawę i wystukałam odpowiedź.

U mnie wszystko w najlepszym porządku :) Nie musisz się martwić. A co u ciebie? Wyobraź sobie, że macocha kupiła mi małego psa. Jest przeuroczy- musisz go zobaczyć. 

Pomyślałam, że dobrze by było się z nim spotkać choć na chwilę, dlatego pobiegłam zapytać Rebbece czy nie mogłabym go zaprosić. W końcu uratował mi życie i został moim przyjacielem.
-Eee... Rebbeco czy mogłabym zaprosić kogoś na kolację?- spytałam. Kobieta spojrzała na mnie z uśmiechem.
-Oczywiście. A kogo masz na myśli?
-Noo... Takiego Bretta... To mój nowy przyjaciel, on... On uratował mnie z tego pożaru i ja ten... No... Bardzo go lubię- powiedziałam i zrobiłam się cała czerwona. Rebbeca zaśmiała się, a tata nie odezwał się ani słowem za co byłam mu wdzięczna.
-Dobrze- zgodziła się. Bąknęłam ciche dziękuję i wróciłam biegiem do ogrodu.

Ja strasznie tęsknię... Heh z chęcią zobaczę tego psiaka. 

Jak to zobaczyłam niemal zmiękły mi kolana. Szybko odpisałam.

To przyjdź do mnie. Czekam na ciebie o 18.00. Co ty na to? 

Z niecierpliwością czekałam na kolejny dźwięk odebranej wiadomości. Cookie siedział i szarpał sznurówki moich trampek. Pogłaskałam go po głowie, na co zamerdał ogonem. Był najsłodszym zwierzakiem na ziemi. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, chyba w tej samej chwili, w której przyszedł kolejny SMS.

Z przyjemnością cię odwiedzę. Postaram się nie spóźnić. Do zobaczenia piękna ;)

Moje serce prawie stanęło. Oto chłopak jak ze snów nazwał mnie piękną.

środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział XIV

-Podoba ci się?- zapytał tata. Był bardzo ciekawy mojej reakcji.
-Jest idealny- szepnęłam i weszliśmy do środka. W przedpokoju przywitała mnie błękitna barwa ścian. Na drewnianej podłodze leżał mały, granatowy dywan, a w rogu stała szeroka szafa. Zdjęłam buty i poszłam w głąb domu. Długi korytarz prowadził do kilku pomieszczeń, natomiast na jego końcu stały szklane schody.
-Te pierwsze drzwi są od salonu- powiedział ojciec wskazując na białe drzwi.- Tu jest łazienka, tam kuchnia i mój gabinet. Tamtędy wychodzi się na taras. Chodź na górę pokażę ci twój pokój.
Idąc schodami przyglądałam się gołym ścianom, które pomalowano na zielono. Było całkiem przytulnie.
Na górze były trzy pokoje- toaleta, sypialnia i mój pokój.
-Wejdź- wskazał na czarne drzwi.
Popchnęłam je i weszłam do pokoju. Był po prostu przepiękny. Dwie czarne i dwie białe ściany tylko czekały na to, by coś ma nich wymalować. Pod oknem stało duże łóżko z ciemnego drewna. Obok ogromna szafa i biurko. Dalej dwoje drzwi- jedne szklane prowadzące zapewne na balkon, a drugie szare.
-Tam zrobiliśmy ci jakby pracownię- szepnął tata kładąc mi rękę na ramieniu. Wzruszyłam się- po tym co mu zrobiłam on i tak mnie kochał.
Weszłam do pomieszczenia, gdzie stała sztaluga, farby, spreje, szablony i wiele innych potrzebnych mi narzędzi. Było po prostu fantastycznie. Postanowiłam zobaczyć balkon. Otworzyłam drzwi i przekroczyłam próg. Balkon był dość duży. Było tam wiele kwiatów oraz dwa krzesełka i stolik.
-Dziękuję ci tato- powiedziałam przytulając go.- Dziękuję ci za wszystko. Za to, że mi wybaczyłeś i tyle dla mnie zrobiłeś. Kocham cię.
-Ja ciebie też skarbie- szepnął nieco skrępowany. Po chwili zostawił mnie samą, żebym mogła się dokładnie rozejrzeć. Było tu wiele moich rzeczy z poprzedniego domu. Wszystkie moje buty i ubrania. Pamiątki z wakacji i dzieciństwa. Fotografie rodzinne i różne dokumenty oraz świadectwa. Czułam się jak u siebie.
Byłam szczęśliwa.
Usiadłam przy biurku i spojrzałam na korkową tablicę nad białą kanapą- była pusta. Musiałam coś narysować i przyczepić, aby zrobiło mi przyjemniej. Domyśliłam się też, iż Rebbeca (miłośniczka sztuki) poprosi, bym namalowała coś do powieszenia w mieszkaniu. Trzeba będzie jej jakoś podziękować, pomyślałam.
Wyszłam z pokoju i poszłam w kierunku sypialni. Ten pokój był naprawdę ładny- panował w nim spokój. Ściany były wyłożone kremową tapetą, a podłoga białymi panelami, Wielkie łoże małżeńskie stało po środku i pościelone było prześcieradłem w gepardzie cętki. Z sufitu zwisał ciężki kryształowy żyrandol. Na małych etażerkach leżały świece zapachowe. Rebecca od zawsze była romantyczką i to zapewne ona czuwała nad wystrojem całego domu.
Dalej poszłam do łazienki. Ta została zrobiona w kolorze błękitu. Dwa duże okna przysłonięte były roletami co dawało ciekawe zacienienie całemu pomieszczeniu. Obok wanny stał prysznic i toalaeta, a dalej umywalka i spore lustro. W powietrzu unosił się przyjemny zapach.
Zeszłam schodami w dól i wtedy zobaczyłam malutkiego słudziutkiego szczeniaka.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Rozdział XIII

Obudził mnie jakiś ochrypły głos. Należał do jakiegoś faceta i chyba go już wcześniej słyszałam.
-Budzimy się. HALO ! Budzimy się!- mówił. Otwarłam oczy, lecz zaraz je zamknęłam oślepiona jakimś małym światełkiem. To lekarz przyszedł sprawdzić jak się czuję.- Otwórz te oczy, no dalej- mruknął. Spełniłam, więc jego żądanie, a on poświecił mi metalową latareczką. Kazał mi liczyć swoje palce i takie tam. Po wszystkim rzekł:
-Wygląda na to, że możemy cię już wypisać. Zaraz jakaś pielęgniarka zadzwoni do któreś z rodziców, natomiast ja wypełnię potrzebne papiery.
Kiwnęłam głową, a mężczyzna wyszedł. Rozejrzałam się po pokoju, lecz nigdzie nie dostrzegłam Bretta. Na mojej twarzy pojawił się grymas. Wstałam z łóżka i poszłam na korytarz. Niestety i tam nie go nie znalazłam. Zrobiło mi się smutno- chłopak wbrew swoim zapewnieniom mnie zostawił. Wróciłam do pokoju i zjadłam śniadanie, dostarczone przez cichą kucharkę. Tym razem posiłek nie wyglądał zbyt zachęcająco- były to kanapki z szynką i cebulą, jednak wyglądały paskudnie. Podziabałam i zostawiłam odpychające śniadanie.
Chwile później do mojej sali wszedł ojciec. Miał na sobie granatową koszulę i czarne spodnie od garnituru.
-Cześć, mała- przywitał się. Pocałował mnie w czoło i usiadł na skraju łóżka.- Dzwonił do mnie lekarz i powiedział, że dziś wychodzisz. Czy to nie wspaniale?- zapytał. Uśmiechnęłam się do niego i przytaknęłam. Wzięłam od niego torbę z ciuchami i weszłam do łazienki, żeby się przebrać. Rebecca zapakowała mi starte, dżinsowe rurki oraz czarno-czerwoną koszulę. Ubrałam się i upięłam włosy w kucyk. Wróciłam do taty i zapytałam:
-Nie widziałeś gdzieś może Bretta?
-Nie, a co? Wreszcie sobie poszedł?- spojrzałam na niego spode łba na co odpowiedział mi wybuchem śmiechu.- Dobra, spakuj te swoje rzeczy, a ja idę podpisać jakieś dokumenty.
Otworzyłam pustą torbę przywiezioną przez ojca i zaczęłam w nią pakować różne rzeczy, szczotkę, piżamę, klapki i inne pierdoły. Nie skupiałam się jednak na tym co robiłam bo moje myśli powędrowały do ciemnowłosego chłopaka. Przy nim czułam się świetnie, to u niego znalazłam pocieszenie. Momentalnie na moje usta wkradł się uśmiech.
Nagle ktoś przytulił mnie od tyłu i szepnął.
-Cześć, to dla ciebie.
I podał mi piękny bukiet białych róż. Odwróciłam się i mocno go przytuliłam.
-To moje ulubione, dziękuję- powiedziałam wzruszona jego gestem.
-Zapamiętałem- uśmiechnął się. Przypomniałam sobie, że kiedy tak wczoraj rozmawialiśmy wspominałam mu o tym co lubię.
-Bałam się, że uciekłeś ode mnie- zaczerwieniłam się. Nawet jeśli by sobie poszedł to co? Nie był mój...
-Alice, już ci tyle razy mówiłem- nie potrafiłbym cię zostawić. Za bardzo mi na tobie zależy.
Puściłam go, by móc kontynuować pakowanie, Brett od razu mi pomógł.
-Dziś wychodzę- powiedziałam. Obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem. Zapewne wyczuł mój irracjonalny lęk. Bałam się wrócić do domu. Nawet nie wiedziałam, gdzie się teraz zatrzymamy. A poza tym trwał rok szkolny... Miałam niby ot tak wrócić sobie do szkoły? Jak gdyby nigdy nic? Dokuczała mi także obawa, iż chłopak, który mnie uratował zniknie na zawsze z mojego życia.
-Cieszy mnie to- powiedział spokojnie.- Wreszcie odpoczniesz od tego paskudnego otoczenia. Zapomnisz o tych szpitalnych przeżyciach i o wszelkich kłopotach. Sama zobaczysz wszystko się ułoży. Zapewniam cię, że jeżeli będziesz tego chciała to ja z chęcią będę cię odwiedzał, nawet codziennie. Pomogę ci się jakoś pozbierać- uśmiechnął się pocieszająco. Zrobiło mi się raźniej. Nie miał zamiaru odejść.
-Potrzebuję cię.
-Do usług.
Szybko skończyliśmy pakować wszystkie moje rzeczy i usiedliśmy na moim łóżku. W rękach trzymałam pachnące kwiaty.
-W ogóle to chciałem ci powiedzieć, że ślicznie wyglądasz- odezwał się. Jak zwykle zarumieniłam się.- Miło wreszcie móc cię zobaczyć w normalnych ciuchach, taką normalną, codzienną.
-Dzięki- szepnęłam i opuściłam głowę. Zrobiło mi się naprawdę miło.
Do sali wszedł mój ojciec. Na widok mojego przyjaciela zrobił lekki grymas.
-Gotowa jesteś?- zwrócił się do mnie. Kiwnęłam głową.
-To ja już sobie pójdę jakby co to zadzwoń, zapisałem ci mój numer- mrugnął mi Brett i wyszedł szybkim krokiem.
-Ale, tato gdzie my teraz będziemy mieszkać?- spytałam. Martwiłam się, że zechce mieszkać w domu po mojej mamie, lecz nie zniosłabym tego.
Ojciec jakby czytając mi w myślach powiedział.
-Wzięliśmy wszystkie twoje rzeczy oraz rzeczy po twojej mamie z waszego poprzedniego domu do nowego. Tamten został sprzedany, a mieszkać będziemy w trochę większym. Zobaczysz spodoba ci się.
Zajechaliśmy pod nasz nowy dom, który był ogromny. Miał dwa piętra i wielki ogród z basenem. Do tego taras i balkon. Dom koloru mlecznej czekolady od razu podbił moje serce. Pokochałam swój nowy DOM.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Opóźnienie

Przepraszam za opóźnienia z ostatnim rozdziałem, ale miałam inne sprawy na głowie. Tak więc jutro może nie być żadnej notki, chociaż mam nadzieję, że coś tam się jednak pojawi. Tak więc wielkie sorry i do zobaczenia :)



                                                                                                                 byBellaaa ♥

P.S Mamy nową playlistę <33                                 

Rozdział XII

-No cóż, robi się późno, więc będę już wracać do domu- powiedziała Jo. Była już bowiem dwudziesta pierwsza. Tak długo rozmawialiśmy, że nie zorientowałam się, iż za oknem zaczęło się ściemniać. Poznałam bliżej siostrę Bretta i bardzo się z tego ucieszyłam. Dowiedziałam się, ze ma ona dwadzieścia lat i mieszka ze swoim narzeczonym i bratem. Ich rodzice pracowali za granicą, a Jo była recepcjonistką w SPA. Dziewczyna również zdawała się mnie polubić.
-No dobrze, ale odezwij się wkrótce- uściskałam ją. Odprowadziłam ją wzrokiem i pomachałam.
-Widzę, że się zaprzyjaźniłyście- powiedział zielonooki chłopak. W między czasie przebrał się w ciuchy przywiezione przez siostrę. Miał teraz na sobie sztruksowe bojówki i czarny T-shirt. Wyglądał jak anioł. Mój własny anioł.
-Tak. Bardzo ją polubiłam.
-Cieszy mnie to- uśmiechnął się pogodnie. Siedział w nogach mojego łóżka i przyglądał mi się z zaciekawieniem.- A ty nie jesteś może zmęczona? Chyba powinnaś się przespać...
-Nie mogę spać. Boję się, że jak się obudzę ciebie tu nie będzie- wyszeptałam unikając jego wzroku. Wiedziałam, iż na moje policzki wdały się rumieńce.
-Alice, nie opuszczę cię. Zostanę tu tak długo jak tylko będziesz chciała. Zależy mi na tobie i nie chcę zostawiać cię tu samej.
Chłopak nachylił się nade mną i pocałował moje czoło. Przymknęłam oczy i westchnęłam. Zanim zapadłam w głęboki sen usłyszałam jeszcze szept: śpij kochana. Przy mnie nic ci nie grozi. 
Miałam bardzo przyjemny sen. Siedziałam na huśtawce i przyglądałam się brzegu morza. Fale delikatnie muskały piasek. Szum wody bardzo uspokajał. Ktoś, jakiś mały chłopczyk śmiał się biegał w koło. Na oko miał pewnie jakieś sześć, może siedem lat. Nie znałam go, lecz jego towarzystwo sprawiało mi przyjemność. W pewnej chwili podszedł do mnie i przytulił mnie ze wszystkich sił. Spojrzał na mnie i wtedy poznałam jego oczy. Był to jeden z mieszkańców sierocińca. Pamiętałam go, bo kiedyś byłyśmy z Tori odwiedzić jej mamę. Była ona opiekunką tych rozkosznych maluchów. Chłopczyk miał chyba na imię Tommy, a moja siostra była jego ukochaną przyjaciółką.
Obudziłam się w optymistycznym nastroju, czułam się już o niebo lepiej. Brett leżał sobie jak gdyby nigdy nic na krzesełku- wyglądał jak model z jakiejś reklamy. Sprawiał wrażenie ciągle śpiącego. Weszłam do łazienki i zaczęłam przyglądać się swojemu odbiciu w lustrze. Stwierdziłam, że pora się odświeżyć. Wzięłam prysznic i umyłam włosy. Wyszłam z toalety czując się bardziej komfortowo. Zauważyłam, iż Brett siedzi przy małym stoliczku, na którym leżało śniadanie. Widząc mnie chłopak odezwał się śmiało.
-Przed chwilą była tu kucharka i przyniosła śniadanie- wskazał ręką na smacznie wyglądający posiłek. Spojrzał na mnie mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów, po czym stwierdził.- Ślicznie ci w mokrych włosach.
Zarumieniłam się i bąknęłam ciche dziękuję. Nim zabrałam się za jedzenie zapytałam:
-A ty? Co będziesz jadł?
-Alice, ja już jadłem. Byłem w stołówce, podczas gdy ty spałaś. Jedz już, proszę. Pewnie jesteś głodna.
Zabrałam się za pyszną sałatkę i gorącą herbatę. Rozmawiałam przy tym z Brettem o nim i jego siostrze.
-Masz jeszcze jakieś rodzeństwo?- spytałam. Bardzo ciekawiło mnie wszystko o czym mi opowiadał.
-Nie. Jesteśmy tylko ja i Jo.
-Ale bardzo się od siebie różnicie, prawda?
-No cóż, można by rzec, że jesteśmy swoimi przeciwieństwami. Ona jest bardzo szaloną osobą, wiecznie roztrzepana i wygadana. Trochę zbyt pewna siebie i skupiona głównie na sobie. Ja zawsze starałem się być tym rozsądnym i odpowiedzialnym. Bywam zbyt opiekuńczy, chociaż ostatnimi czasy coraz częściej zdarza mi się zrobić coś głupiego- powiedział. Zaintrygowała mnie jego historia, dlatego o nią, także zapytałam.- W dzieciństwie mieszkałem razem z Jo u brata ojca. Wuj był dla nas naprawdę miły i starał się jak najlepiej nas wychować, chociaż on i tak był świadomy tego, że brakowało nam rodziców. Nie mógł nam ich zastąpić.
-Kiedy moja siostra skończyła osiemnaście lat wyprowadziła się do nas, aby móc zacząć życie na własny rachunek. Obiecała mi, że gdy tylko uda jej się ustatkować weźmie mnie do siebie. Jakieś pół roku później wprowadziłem się do niej. Pracowała wtedy jako kasjerka w supermarkecie. Dobrze nam się żyło. Teraz Jo ma już narzeczonego- Harrego. To niezły gość, jest strażakiem.
I tak rozmawialiśmy, póki nie zmorzył mnie sen...

piątek, 9 sierpnia 2013

Rozdział XI

Siedziałam na białym łóżku rozmyślając o tym co spotkało moją przyjaciółkę. Strasznie jej współczułam, ale i udało mi się ją w jakimś stopniu zrozumieć. Popełniła samobójstwo to z obawy przed ponownym nieszczęściem. Po przemyśleniu jej listu mogłam otwarcie przyznać, iż już dawno jej wybaczyłam. Prawda, jej czym sprawił mi niewyobrażalnie wiele bólu, i czułam żal, jednak i tak ją kochałam. 
Nie wiem ile czasu spędziłam na wspomnieniach Tori, ale w końcu skupiłam swoją uwagę na kim innym. 
Zraniłam chłopaka, któremu zawdzięczałam życie. Wyszedł bez słowa. Nie miałam pewności kiedy wróci, ani nawet czy wróci. Nagle poczułam się samotna. Jego brak bardzo mi ciążył. 
Powoli zeszłam z łóżka, by udać się na korytarz. Zbrzydło mi ciągłe leżenie w nadzwyczaj czystej i białej sali. Powędrowałam w kierunku kontuary pielęgniarek. Na mój widok jedna z nich uśmiechnęła się przyjaźnie.
-Widzę, że lubimy się ruszać, co?- zapytała. Miała bardzo uprzejmy głos. Wyglądała na miłą, była młodą szatynką. 
-Odrobina ruchu nie zaszkodzi- odpowiedziałam zmuszając się do sztucznego uśmiechu. Chciałam dowiedzieć się, gdzie jest teraz Brett.- Nie wie pani może, gdzie jest taki chłopak w czarnych włosach? Jest tu u mnie często.
-Kojarzę. On tu jest już od samego początku, kiedy cię przywieźli. Jeszcze ani razu, nie opuścił szpitala w przeciągu tych kilku dni- zaśmiała się. Czyli, mimo, że byłam nieprzytomna on nadal czuwał.- A teraz, to nie wiem gdzie jest... Być może w kawiarence.
Poszłam za wskazówkami kobiety. Musiałam przeprosić chłopaka. Teraz dopiero zaczęłam sobie uświadamiać, jak bardzo jest on mi potrzebny. 
Weszłam do wielkiej i bardzo przestronnej sali. Ściany wyłożone tu były wzorzystą tapetą, a podłoga czarnymi płytkami. Wszystkie drewniane stoliki były oblegane przez pacjentów i ich rodziny. Panował gwar i hałas. Rozglądałam się na prawo i lewa próbując wypatrzyć Bretta. 
W końcu udało mi się odnaleźć. Siedział spokojnie rozmawiając z jakąś dziewczyną. Była bardzo atrakcyjna. Niewysoka, ale z pewnością szczupła miała lekki makijaż. Długie do pasa blond włosy połyskiwały w świetle jarzeniówek. Miała na sobie czarne rurki oraz błękitną koszulę. Podeszłam bliżej, na tyle, by móc lepiej się jej przyjrzeć, lecz nie dać się zauważyć. Rzeczywiście wyglądała na piękną i była też nieco starsza od swojego rozmówcy. Spokojnie rozmawiali, a od czasu do czasu dziewczyna ściskała go za rękę. 
W pewnej chwili chłopak odwrócił wzrok w moją stronę i nasze oczy się spotkały. W jego spojrzeniu dojrzałam zmartwienie. Szybko zawróciłam w stronę windy- Brett nie mógł mnie złapać. Przeciskałam się przez tłumy ludzi nie odwracając się za siebie. Ni stąd ni zowąd zaczęłam szlochać. W pośpiechu wyszłam z kawiarenki z nadzieją, iż wyszłam niezauważona. Czekając na windę usłyszałam swoje imię. 
-Alice! Alice!- krzyczała jakaś dziewczyna. Głos był bardzo wysoki i piskliwy. Nieznajoma dobiegła do mnie nim drzwi windy się otworzyły.- To ty jesteś Alice?- zapytała mierząc mnie od stóp do głów. Skinęłam lekko głową. Była to laska z którą rozmawiał Brett.- Czemu nie przysiadłaś się do nas, tylko uciekłaś? Mój brat się trochę przestraszył- powiedziała. Zdenerwowałam się, a więc to była jego siostra? A ja głupi myślałam...
-Och, co ja robię. Przepraszam cię. Mam na imię Jo- zaśmiała się.- Brett jest moim bratem i wiele mi o tobie opowiadał. Strasznie się o ciebie martwił, mimo, że wszyscy mu mówili, iż będzie dobrze. On potrafi być naprawdę nadopiekuńczy. A ja tak bardzo chciałam cię poznać- rozgadał się. Weszłam do windy, a ona za mną.- Wiesz, ja do niego zadzwonię, bo pewnie ciągle panikuje i cię szuka. 
Gdy wyszłyśmy z windy moim oczom ukazał się mój bohater. Widząc mnie w towarzystwie Jo wyraźnie mu ulżyło.
-Poznałaś już moją wygadaną siostrę jak sądzę- zaśmiał się. Jego głos pieścił moje uszy. Był jak mój włąsny anioł.- I co Jo? Polubiłaś już Alice?- zwrócił się do siostry.
-Ależ oczywiście! Zobaczysz, porozmawiamy sobie chwilę i BUM! Zaraz staniemy się przyjaciółkami- śmiech dziewczyny rozszedł się echem po całym korytarzu. Idąc w kierunku mojego pokoju, ani na moment nie zapadła krępująca cisza- Jo bez przerwy o czymś gadała. Zrobił mi się przyjemnie, bo zyskałam właśnie nową przyjaciółkę.
Znów zaczynałam być szczęśliwa. 

środa, 7 sierpnia 2013

Rozdział X

Drżącą ręką otworzyłam zaklejoną kopertę- była szczelnie zamknięta, co oznaczało, że nikt przede mną jej nie otwierał. List był napisany na zwykłej białej kartce. Treść zapisana była oczywiście granatowym tuszem ulubionego długopisu Tori. Uśmiechnęłam się sama do siebie.

Alice,
przepraszam Cię za to co zrobiłam.
Wiem, że pewnie strasznie Cię tym zraniłam, ale wierzę, że kiedyś, nie od razu, ale
kiedyś mi wybaczysz. Kocham Cię jak siostrę i wiele bólu sprawiło mi zostawienie Ciebie, uwierz.
Wyjaśnię Ci czemu to zrobiłam, bo chcę abyś wiedziała, to skomplikowane.
Mówiłam Ci niegdyś, iż mój ojciec siedzi w więzieniu, prawda? 
Nigdy, jednak nie tłumaczyłam Ci za co siedzi. Teraz Ci to powiem.
Kiedy byłam małą dziewczynką moja mama wyjechała z przyjaciółkami na weekend, a ja 
zostałam w domu razem z tatą. 
Dzień był normalny, bawiłam się lalkami i spędzałam czas, jak każde inne dziecko. 
Niestety, tego wieczora zdarzyło się coś strasznego. 
Ojciec mnie zgwałcił...
Cały weekend płakałam i modliłam się o powrót matki. Niczego innego nie chciałam, jak tylko
jej powrotu. Tak strasznie się bałam. 
Gdy moja mama wreszcie wróciła powiedziałam jej o wszystkim. Ona bez wahania 
wyrzuciła tatę na bruk. Uwierzyła mi od razu. Przy niej czułam się bezpieczniej. 
Była sprawa w sądzie i oczywiście powiedziałam prawdę, a tego potwora 
zamknęli w więzieniu. Ostatnie jego słowa, które do mnie skierował brzmiały: 
"Jeszcze się zobaczymy, córeczko. Zemszczę się."
Przez długi, długi czas nie potrafiłam się pozbierać, jednak z czasem smutne wspomnienia wyblakły. 
Szłam dalej przez życie i stałam się na nowo szczęśliwa. 
Poznałam Ciebie i pokochałam Cię jak siostrę. 
Niedawno dowiedziałam się, iż mój kochany tatuś wychodzi z więzienia.
Ta wiadomość tak mnie przeraziła, że postanowiłam zamachnąć się na własne życie. 
To tak jakby zabił mnie właśnie on! Przez niego to zrobiłam. 
Tak więc, błagam wybacz mi kiedyś i spróbuj mnie zrozumieć.
Przepraszam Cię za to, że pewnie tęsknisz i cierpisz.
Po prostu przepraszam...
Teraz opowiem Ci coś o Brettcie. 
Prawda jest taka, że ja go nigdy nie kochałam i nie mogłam pokochać. 
Mówiłam Ci o tym chłopaku co się na moje osiedle wprowadził, pamiętasz? 
Byłam taka dziecinna, chciałam wywołać w nim zazdrość. 
Brett jest wspaniały. Bardzo romantyczny, troskliwy i po prostu idealny. Ale to nie mój
książę z bajki, tylko Twój. 
Poznałam go na tyle blisko, że wiem, iż on jest Twoją bratnią duszą. 
Ja myślę, że powinniście kiedyś zostać parą, szczerze. 
Wiele mu o Tobie opowiadałam i kiedy się rozstawaliśmy on mi się przyznał,
że musi Cię bliżej poznać, bo chyba się zakochał.
Chciałabym móc Was zeswatać, ale to chyba niemożliwe. Chociaż kto wie. 
Dobra, na tym będę kończyć ten list. 
Na koniec jeszcze raz przepraszam.
Moją jedyną prośbą do Ciebie jest możliwość wybaczenia mi. 
Kocham Cię jak siostrę i dziękuję Ci za wszystko co kiedykolwiek dla mnie zrobiłaś.
Zawsze mogłam na Ciebie liczyć, zawsze przy mnie byłaś.
Dziękuję Ci. 

                                                                                                             Tori

Łza zakręciła mi się w oku i spłynęła po moim policzku. 
-Ja też ci dziękuję, Tori.

Rozdział IX

Ten rozdział dedykuję kochanej Sylwii, która chciała mnie wczoraj zabić, gdyż nie mogła się doczekać nowej notki. Kocham Cię i to dla Ciebie! <33

-Naszła mnie ochota na mały spacer, ale chciałam przy okazji cię o coś zapytać- odpowiedziałam zaspanemu jeszcze Brettowi., który w tym czasie zdążył wstać z drewnianego krzesełka i stanąć nade mną. Zaczął się przeciągać i i powiedział:
-Możesz pytać mnie o wszystko.
-Dlaczego tu spałeś? To znaczy nie rozum mnie źle, ja bardzo cieszę się, że zostałeś, ale wcale nie musiałeś- zaczerwieniłam się lekko na policzkach. Jak miałam być szczera to fakt, iż chłopak został u mojego boku naprawdę mnie ucieszył. Nie chciałam, żeby mnie opuszczał. Przez ten krótki czas bardzo go polubiłam.
-Alice, musiałem. Za bardzo się bałem, że coś ci się stanie. Nie mogę cię zostawić, ani na moment. Jeśli ci to nie przeszkadza to chciałbym tu zostać do końca twojej wizyty w szpitalu- powiedział. Rozczuliłam się, był taki troskliwy. Pokiwałam głową na znak zgody i spróbowałam wstać. Niestety zrobiłam to chyba za szybko, bo paskudnie zakręciło mi się w głowie. Straciłam równowagę i wpadłam prosto w ramiona Bretta.
Chłopak powoli posadził mnie na łóżku, a ja głupi się zaśmiałam. Widząc moją reakcję chłopak sam się uśmiechnął.
-I co teraz? Chyba beze mnie sobie nie poradzisz- zażartował. Podał mi rękę, a ja skorzystałam z jego pomocy. Małymi kroczkami, opierając się głównie na Brettcie, wyszłam z białej sali.
Korytarz był dość długi i szeroki. Ściany w kolorze mlecznej czekolady były obwieszone licznymi obrazami. Każdy z nich przedstawiał co innego. Na jednym były piękne wiosenne kwiaty, na innym dom na wzgórzu. Wszystkie były dość interesujące, jednak moją uwagę przykuł jeden szczególny.
Był to wielki portret dwojga zakochanych ludzi. Stali oni tyłem i trzymali się za ręce. Chłopak był o wiele wyższy od dziewczyny w brązowych lokach. W tle majaczyła jakaś woda. To był chyba najciekawszy obraz w całym szpitalu.
-Jest piękny- wyszeptałam sama do siebie. Widok bardzo mnie poruszył.
-Ten obraz?- zapytał mój towarzysz i spojrzał na mnie.- Według mnie jest ładny, ale nie piękny. Tak mógłbym określić tylko i wyłącznie ciebie- wyszeptał z zbliżył swoją twarz do mojej. Jego zielone tęczówki przyciągały niczym magnez. Jedną dłonią trzymał moją talię, a drugą musnął mój policzek. Zbliżył swoje usta chcąc mnie pocałować, lecz odsunęłam się.
-Już zapomniałeś o Tori? Szybko ci poszło- powiedziałam z wyrzutem. Jak mógł w tak krótkim czasie zapomnieć o swojej poprzedniej dziewczynie, która zginęła tragicznych okolicznościach.
Zrobiło mi się też przykro, bo gdzieś w głębi serca, zależało mi na tym, aby mnie pocałował. Chciałam, znów poczuć się kochaną i bezpieczną, jednak nie potrafiłam zrobić tego mojej nieżyjącej już przyjaciółce.
-Alice, to nie tak. Ty nie wiesz wszystkiego- szepnął, a w jego głosie wyczułam posmak zawodu i bólu.
-Ona przed śmiercią zerwała ze mną, Ona nigdy mnie nie kochała. Z resztą powinnaś przeczytać jej list do ciebie. Była tu pani Ulrrey i przyniosła go, kazała też życzyć ci powrotu do zdrowia.
-Przepraszam, ja nie... nie wiedziałam- zrobiło mi się głupio. Chłopak wrócił ze mną do pokoju i pomógł zająć miejsce na łóżku. Potem podał mi list i bez słowa wyszedł.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Podziękowania

Hejka! 
Chcę podziękować pewnym osobom za ich wielkie wsparcie i pomoc przy utrzymaniu tego blooga. 
Na początek dziękuję mojej najlepszej przyjaciółce-Alicji.
Kochana, cieszę się ze wszystkich Twoich słów na temat tego blooga, tych pozytywnych, lub negatywnych. Wiem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć i za to Cię kocham! ♥
Jesteś niezastąpiona.
Dalej ogromne dziękuję należy się Patrycji. 
Zawsze, gdy mówisz mi, że przeczytałaś moje opowiadanie robi mi się milusio. Wierzysz we mnie 
i jak wszyscy bardzo wspierasz. Nigdy mnie jeszcze nie zawiodłaś 
i ufam, iż nigdy to tego nie dojdzie. Uwielbiam Cię tak bardzo, bardzo, bardzo! 
Dzięki Ci za każdy komentarz dotyczący moich głupich wpisów. ♥
Następnie muszę podziękować ukochanej Sylwii. 
Dziewczyno, jesteś wspaniała! Zawsze mogę Ci się wygadać, a Ty mnie spokojnie wysłuchasz. Czytasz każdy chory rozdział i i dodajesz mi sił. Do tego jesteś tak pomysłowa,
że masakra. Kocham Cię za to, że we mnie wierzysz, mimo wszystkich moich 
odpałów. 
Dzięki wielkie też dla każdej osoby, która tu zagląda
regularnie, lub po prostu wbija przelotnie. Naprawdę 
dziękuję za każde wejście.
Kocham Was wszystkich! 
<33


DZIĘKUJĘ JESTEŚCIE NAJLEPSI !

A oto ask każdej z moich piękności:

♥♥♥

Rozdział VIII

Brett usiadł na skraju mojego łóżka cały czas wpatrując się w moje oczy. Jego spojrzenie mówiło samo za siebie, nadal się o mnie martwił. Mimo, że byłam już przytomna i czułam się w miarę dobrze on nadal bał się o mnie. Nie mogłam tego zrozumieć. Chłopak nawet mnie dobrze nie znał, a na pierwszy rzut oka było widać jego szczery niepokój moim zdrowiem.
-Powiedz mi dlaczego tak się mną przejmujesz?- zapytałam. Chciałam poznać odpowiedź na jedno z podstawowych pytań. Brett'a wyraźnie się zdziwił.
-Jak to "dlaczego"? Szczerze to sam nie wiem czemu, ale czuję, że powinienem się tobą zaopiekować- powiedział uśmiechając się nieśmiało. Jego ciemno niebieskie oczy przyglądały mi się teraz z zaciekawieniem. -Opowiedz mi coś o sobie- powiedział.
-Eemmmm...- nie miałam pojęcia co mu powiedzieć. Chciał mnie poznać, a ja nie wiedziałam jak zacząć.- No to mam na imię Alice i mam szesnaście lat- zaśmiałam się cicho. Po raz pierwszy od ostatnich wydarzeń zaczęłam się śmiać, to było aż dziwne.- Moim hobby jest muzyka i sztuka. Najczęściej słucham rock'a, bo to mój ulubiony gatunek muzyki. W wolnym czasie sporo rysuję, maluję, albo tworzę graffiti. Nie jestem wielką fanką sportu, nie przepadam za ruchem, ale często chodzę na basen. Pływanie pozwala mi się wyciszyć i zrelaksować- skończyłam.- Teraz twoja kolej.
-No cóż. Mam na imię Brett i niedawno skończyłem siedemnaście lat. Moja pasją jest poezja. Lubię pisać wiersze i słuchać ostrej muzyki. Trochę interesuję się też modą, siostra mnie zaraziła- zaśmiał się, a jego śmiech rozległ się echem po całej sali.
Wtedy białe szklane drzwi się otworzyły i stanął w nich tata.
-Tato... Przepraszam- powiedziałam cicho i spuściłam głowę. Ojciec podbiegł i uścisnął mnie lekko.
-Alice, córeczko, jak mogłaś- łzy kapały mu na moją pościel.- Myślałem, że się załamie. Alice, dlaczego chciałaś to zrobić? Pomyślałaś o mnie? Nawet sobie nie wyobrażasz co przeżywałem przez te piekielne trzy dni.
-Wybacz mi, tatusiu- było mi wstyd. Wreszcie dotarło do mnie jakie konsekwencje mogłam ponieść. Gdybym rzeczywiście popełniła samobójstwo mój kochany ojciec mógłby sam zrobić coś głupiego.- Tato, ja się wtedy dowiedziałam, że Tori...- przerwałam, ponieważ wspomnienia najlepszej przyjaciółki były zbyt bolesne.
-Ona podcięła sobie żyły, proszę pana- odezwał się Brett. W jego głosie dało się wyczuć nutkę smutku, który starał się ukryć.- Nikt nie wie czemu to zrobiła.
Na te słowa mój opiekun cały zesztywniał. Zrozumiał, że to było dla mnie za wiele. Nie zdążyłam się pozbierać po odejściu matki, a już zabrano mi siostrzyczkę. Wbrew woli zaczęłam cicho szlochać.
-Rozumiem- mruknął. Nigdy za nią nie przepadał, ale tolerował ją, gdyż ja ją po prostu kochałam. Liczył się z tym ile cierpienia przyniosła mi wiadomość o jej śmierci.- Kochanie, proszę nie płacz.
Z trudem spróbowałam się uspokoić. Po jakimś czasie mi się jednak udało.
Podczas mojej rozmowy z tatą, Brett więcej się nie odzywał. Z niewiadomych przyczyn cieszyłam się, że został. Był moim wybawcą i z całego serca chciałam go bliżej poznać. Nie wiem ile czasu minęło, ale w pewnej chwili do sali wszedł lekarz.
-Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam, ale trzeba zabrać pacjentkę na badania-powiedział nieco zachrypniętym głosem.
-To coś nie tak? Jeszcze czegoś nie wiecie?- przestraszył się zielono oki chłopak. Wpatrywał się teraz z przerażeniem w oczach.
-Spokojnie, chłopie. Zabieramy ją tylko na podstawowe badania. Musimy sprawdzić czy nic złego się nie dzieje.
-A co ty się tak przejmujesz stanem zdrowia mojej córki?- zapytał tata. Był podejrzliwy. Nie znał nawet imienia mojego wybawiciela.
-Przestań, to Brett. On mnie uratował. Gdyby nie on...
-Przepraszam państwa, jednak inni pacjenci, również czekają- zwrócił się do mnie lekarz. Pchnął moje łóżko w kierunku wyjścia, a mi mignęła tylko sylwetka wysokiego chłopaka.

***

W drodze powrotnej na salę, chyba zasnęłam. Wszystkie badania bardzo mnie zmęczyły. Nic mi się nie śniło, ale sen przyniósł ulgę wykończeniu. Nie pamiętałam kiedy ostatnio tak dobrze mi się spało, chyba jeszcze w domu mojej mamy...
Otworzyłam oczy i pierwsze co zobaczyłam, to śpiącego chłopaka na krzesełku obok mojego łóżka. Jego czarne włosy przysłaniały te piękne oczy. Wyglądał bardzo spokojnie, na jego ustach majaczył delikatny uśmiech. Miał na sobie granatową bluzę i ciemne dżinsy.
Poruszyłam się lekko i zorientowałam się, iż nie ma już przy mnie pikającej maszyny, ani żadnej kroplówki. Do tego głowa, już aż tak bardzo nie bolała. Byłam zadowolona. Miałam wielką ochotę wstać i się przejść. Odrzuciłam kołdrę na bok i powoli usiadłam. Zakręciło mi się w głowie, więc spuściłam ją w dół. Po chwili było już dobrze, dlatego się wyprostowałam.
-Gdzie ty się wybierasz?- usłyszałam za sobą głos zaspanego Bretta.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział VII

Powoli odpływałam. Leżałam na miękkim dywanie, ale nie odróżniałam już jawy od snu. Wydawało mi się, że jestem pod wodą. Wtem usłyszałam jak ktoś woła moje imię, jednak nie byłam tego do końca pewna. Dźwięki jakby odbijały się echem. Spróbowałam otworzyć oczy, ale próba zakończyła się porażką.
-Alice!- po raz kolejny usłyszałam wołanie. Odniosłam wrażenie, że ktoś mną potrząsa. Ponowiłam próbę otworzenia oczy i tym razem poszło mi już lepiej.
Moim oczom ukazała się niewyraźna twarz jakiegoś chłopaka. Byłam zbyt oszołomiona, by móc go poznać.
-Alice! Zaraz będziesz bezpieczna, już cię stąd zabieram- krzyknął nieznajomy. Nie wiedziałam o co mu dokładnie chodzi. Nie czułam żadnego zagrożenia.
Nagle poczułam jak coś mnie unosi. To chłopak porwał mnie w ramiona i wtedy zaczęłam się krztusić, i odczuwać niewyobrażalne ciepło. Ciągle na wpół przytomna zauważyłam, iż całe pomieszczenie pochłaniają wielkie języki ognia. Nie wiedziałam skąd się one wzięły. Nic do mnie nie docierało. Chłopak poprawił mnie na swoich rękach i zaczął biec. Wszędzie było tak gorąco, a ja nie wiedziałam co się dzieje. Wtuliłam twarz w ramiona nieznajomego i zamknęłam oczy. Ostatnie co udało mi się zapamiętać, nim zupełnie straciłam przytomność to przerażające odgłosy walącego się budynku.

***

Obudziłam się z potwornym bólem... właściwie wszystkiego. Otaczała mnie rażąca biel i nie mogłam skojarzyć gdzie jestem. Odwróciłam głowę w bok, aby się rozejrzeć, ale przeszkodził mi ból w podstawie czaszki. Jakbym dostała czymś ciężkim. Spróbowałam podnieść rękę ale okazało się, iż jest przypięta przeźroczystą rurką da jakiejś foliowej torebki. Do nosa, także był podłączony jaki dziwny kabelek. Na dodatek jakaś maszyna za mną irytująco pikała.
Wtedy zorientowałam się gdzie jestem i moje zdezorientowanie ustąpiło miejsca szoku. Spróbowałam sobie przypomnieć co się właściwie wydarzyło, jednak moja pamięć odmówiła posłuszeństwa.
Niespodziewanie do sali weszła jakaś pielęgniarka z tacą, na której były róże buteleczki i strzykawki.
-O nareszcie się obudziłaś- powiedziała ciepło się do mnie uśmiechając.
-Co ja tutaj robię?- zapytałam prosto mostu. Nadal byłam nieco zszokowana swoją obecnością w szpitalu.
-Kochana, nic nie pamiętasz?- teraz to kobieta się zdziwiła.- Taki jeden chłopak uratował cię z pożaru. Wiesz, on bardzo się o ciebie martwi i od czterech dni czeka, żeby móc z tobą porozmawiać.
-Jaki chłopak? Jakie cztery dni?- nic nie składało się w logiczną całość.
-Och, leżałaś tu nieprzytomna całe cztery dni. Doznałaś poważnego urazu głowy. A ten twój bohater...- zaśmiała się.- zaraz go poproszę. Tylko zmienię ci kroplówkę.
Po chwili manipulacji przy przeźroczystym woreczku pielęgniarka odezwała się ponownie:
-No dobrze, zaraz przyjdzie do ciebie któryś z lekarzy, a tego chłopca zaproszę tu na chwilkę. Leż sobie spokojnie- uśmiechnęła się ponownie i wyszła.
Moment później drzwi ponownie się uchyliły i w drzwiach stanął nie kto inny jak Brett.
-Ale naprawdę niedługo, ona musi odpoczywać- usłyszałam.
Chłopak powoli podszedł do mojego łóżka i spojrzał na mnie. Jego wzrok był pełen sama nie wiem czego. Czułości? Troski? Strachu?
-Hej- powiedział cicho.
-Co tu się wyprawia?! Wyjaśnij mi wszystko!- krzyknęłam, a po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Nie wiedziałam skąd się one wzięły. Nic nie wiedziałam...
-Alice, próbowałaś się zabić. Podpaliłaś mieszkanie. Wszedłem chyba w ostatniej chwili- pokręcił głową.- Alice, ja musiałem cię zobaczyć, po tym co się stało...- urwał. Nagle uprzytomniłam sobie, że Brett miał rację. Usiłowałam odebrać sobie życie, bo moja najlepsza przyjaciółka zrobiła to samo.
-Dlaczego ona to zrobiła?- zaczęłam szlochać.
-Zostawiła ci list, a ja za wiele nie wiem. Mówiła mi tylko, że jak jej zabraknie to mam się tobą zaopiekować, bo jesteś dla niej jak siostra. Wspominała też coś o tym, że może kiedyś będziemy parą czy coś, ale ja brałem to wtedy wyłącznie za żarty. A ona odeszła- ostatnie zdanie niemal wyszeptał. Zamrugał gwałtownie. Jak ja nie mógł pogodzić się z odejściem dziewczyny.
-Ty...ty mnie...- nie potrafiłam tego powiedzieć na głos.- To ty mnie... uratowałeś?
-Alice, szedłem w kierunku twojego domu. Tori mi pokazywała gdzie mieszkasz wraz ze swoją mamą, ale po drodze zauważyłem tę kamienicę. W oknach był ogień. Ludzie czekali na straż. I wtedy przypomniałem sobie jak kiedyś podała mi adres twojego ojca. Ja zorientowałem się, że to właśnie tu. Bez zastanowienia wbiegłem na górę. Nie słuchałem jak ludzie krzyczeli, iż pomoc jest w drodze- urwał. Wpatrywał się we mnie z przerażeniem. Po chwili, jednak podjął próbę kontynuacji.- Kiedy cię znalazłem, przestraszyłem się jak nigdy. Leżałaś nieprzytomna, bałem się, że nie zdążyłem, lecz jak się okazało miałem szczęście. Prócz urazu głowy i lekkiego zatrucia dymem nic ci się nie stało- uśmiechnął się pogodnie.
-Ja, ja nie wiem co powiedzieć. Dziękuję- powiedziałam ze łzami w oczach. Zanim Brett zdołał mi coś odpowiedzieć do sali wszedł jakiś lekarz. Na oko miał około czterdziestki. Był niski i otyły. Miał krótko ścięte włosy i wąsy.
-Dzień dobry- powiedział.- To co, jak się czujesz?
Chłopak odsunął się na drugi koniec pomiszczenia, a doktor mnie przebadał. Odpowiediałam na kilka pytań po czym mężczyzna stwierdził, że za jakieś dwa dni wypuści mnie do domu. Ta wiadomość od razu poprawiła mi humor.
-A chciałam tylko zapytać, gdzie jest mój tata?- zwróciłam uwagę pielęgniarki. Zamiast kobiety odezwał się mój wybawca:
-Alice, twój tata jest już w drodze. Był w pracy, ale zadzwoniłem, że się wybudziłaś.
Pokiwałam lekko głową, nie zważając na ostry ból. Wszysycy opuścili mój biały pokój za wyjątkiem chłopaka, który czuł się w obowiązku troszczyć się o mnie.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Wielki powrót xD

HAHAHAHAHA  z powodu wakacji na bloogu była długa przerwa od notek. Ale uwaga uwaga !! Oto wróciłam. xDD Dobra co tu dużo mówić nowa notka jest już opublikowana, a tera zabieram się za pisanie następnej. W każdym razie wiadomo już wszystkim, że Alice straciła teraz Tori- swoją najlepszą przyjaciółkę. Zapewne się zdziwicie kto uratuje naszą główną bohaterkę przed podzieleniem losu jej matki i "siostry." Dobra, nic więcej nie ujawniam. Nowy rozdział może ukazać się jeszcze dziś. :**



                                                                                                               byBellaaa <33

Rozdział VI

Obudził mnie dzwonek telefonu. Numer był zablokowany, dlatego odebrałam nie wiedząc z kim będę rozmawiać.
-Dzień dobry. Z tej strony Ginger Ulrrey, mama Tori- usłyszałam głos zrozpaczonej kobiety. Nie miałam żadnych podejrzeń, po co może ona do mnie dzwonić. I dlaczego jej głos był przepełniony bólem...
-Dzień dobry. Czy coś się stało?
-Alice, kochana, ja wiem że ty i Tori jesteście jak siostry, więc uznałam, że trzeba Ci powiedzieć- urwała i rozpłakała się na dobre. Przestraszyłam się.
-Coś z Tori?- było to pytanie czysto retoryczne, ale samo mi się wymsknęło.
-Ona dziś w nocy popełniła samobójstwo, podcięła sobie żyły- usłyszałam szept przerażonej kobieciny. Ruiny mojego świata właśnie przemieniły się w popiół. Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa.
-Alice, ona zostawiła dla ciebie list. Musisz tu przyjść i go zabrać.- słyszałam, ale nie zwracałam uwagi na jej słowa. Cała moja uwaga była skupiona na tym w jak beznadziejnej byłam sytuacji- moja najlepsza przyjaciółka mnie opuściła z niewiadomych przyczyn.
-Najpierw mama, teraz Tori...- wyszeptałam. Nie mogłam powstrzymać łez kręcących się w moich oczach i zaczęłam szlochać. Ból był nie do opisania.
-Co ty mówisz dziecko?- usłyszałam. Zdałam sobie nagle sprawę, że nikt nie wie o mojej tragedii, za wyjątkiem ojca i jego małżonki.- Jak to mama?
-Moja mama dopiero co zmarła...-urwałam, bo rozpłakałam się na dobre. Rana w moim sercu po odejściu matki nie zdążyła się zagoić w tak krótkim czasie, a w tej chwili dodatkowo straciłam kolejną bliską mi osobę.
-Jejku, nie zdawałam sobie z tego sprawy. Alice, tak mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak się czujesz.
-Pani straciła córkę, a ja najlepszą przyjaciółkę. Ja..ja przyjdę do pani jutro dobrze?- zapytałam cicho.
-Możesz przyjść kiedy tylko zechcesz. Do widzenia.
-Do widzenia- rozłączyłam się.
Telefon wypadł z mojej ręki, a ja poczułam się niewiarygodnie samotna. Cała moja twarz była mokra od słonych łez. Uświadomiłam sobie, iż jestem na dnie. Niczego innego nie chciałam w tej chwili jak tylko cofnąć czasu. Gdyby moja mama żyła byłoby zupełnie inaczej. Tori nadal byłaby dla mnie jak siostra i pewnie wyszłybyśmy razem do kina albo na dyskotekę. Niestety, to byłą już przeszłość. Nigdy więcej jej nie zobaczę, nie przytulę, ani nawet nie zamienię z nią słowa. Brak dziewczyny okazał się dla mnie ciosem poniżej pasa. Załamałam się.
I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Lekarstwo na potężny ból. Jednocześnie pozbyłabym się wszystkich dramatycznych wspomnień i zapobiegłabym następnym tragediom.
Wstałam z kanapy i podeszłam do starego kredensy. Tata trzymał w nim swoje cygara i... zapałki.
Sięgnęłam do jednej z szuflad i wymacałam pudełko zapałek. Wyjęłam je i przez moment obracałam w dłoni. W mieszkaniu byłam sama, dlatego nie miałabym na sumienia Rebbecy, czy ojca. Wizja ciepła bijącego od ognia i ciszy w mojej głowie wydawała się bardzo satysfakcjonująca.
Podeszłam do okna i zasłoniłam firanki. Sięgnęłam po zdjęcie oprawione szklaną ramką, które leżało tu od zawsze na szerokiej etażerce. Przedstawiało ono mnie i moich rodziców, jeszcze w szpitalu- zaraz po moich narodzinach. Oboje byli bardzo szczęśliwi, ich uśmiechy mówiły o tym każdemu kto spojrzał tylko na fotografię. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że moje łzy cały czas nadal spływają po policzkach. Przyglądałam się jeszcze chwile obrazkowi przypominającemu o mojej kochającej rodzinie, ale podjęłam ostateczną decyzję.
Przeciągnęłam jedną jedyną zapałkę po pasie siarki, po czym rzuciłam nią w stertę gazet. Piękny płomień spowodował uśmiech na moich ustach. Dom płonął, a ja wspominał wszystkie miłe chwile spędzone u boku mamy. Każdy jej uśmiech i spojrzenie przepełnione troską i miłością. Następnie przypomniałam sobie jak poznałam Tori oraz to w jak szybkim czasie się zaprzyjaźniłyśmy. Kochałam w tej dziewczynie jej pewność siebie i poczucie humoru. Zawsze mogłam na nią liczyć a ona na mnie.
-Kocham was, dziękuję wam za wszystko- wyszeptałam a potem zamknęłam oczy i wsłuchałam się w syk ognia.