Ten rozdział dedykuję kochanej Sylwii, która chciała mnie wczoraj zabić, gdyż nie mogła się doczekać nowej notki. Kocham Cię i to dla Ciebie! <33
-Naszła mnie ochota na mały spacer, ale chciałam przy okazji cię o coś zapytać- odpowiedziałam zaspanemu jeszcze Brettowi., który w tym czasie zdążył wstać z drewnianego krzesełka i stanąć nade mną. Zaczął się przeciągać i i powiedział:
-Możesz pytać mnie o wszystko.
-Dlaczego tu spałeś? To znaczy nie rozum mnie źle, ja bardzo cieszę się, że zostałeś, ale wcale nie musiałeś- zaczerwieniłam się lekko na policzkach. Jak miałam być szczera to fakt, iż chłopak został u mojego boku naprawdę mnie ucieszył. Nie chciałam, żeby mnie opuszczał. Przez ten krótki czas bardzo go polubiłam.
-Alice, musiałem. Za bardzo się bałem, że coś ci się stanie. Nie mogę cię zostawić, ani na moment. Jeśli ci to nie przeszkadza to chciałbym tu zostać do końca twojej wizyty w szpitalu- powiedział. Rozczuliłam się, był taki troskliwy. Pokiwałam głową na znak zgody i spróbowałam wstać. Niestety zrobiłam to chyba za szybko, bo paskudnie zakręciło mi się w głowie. Straciłam równowagę i wpadłam prosto w ramiona Bretta.
Chłopak powoli posadził mnie na łóżku, a ja głupi się zaśmiałam. Widząc moją reakcję chłopak sam się uśmiechnął.
-I co teraz? Chyba beze mnie sobie nie poradzisz- zażartował. Podał mi rękę, a ja skorzystałam z jego pomocy. Małymi kroczkami, opierając się głównie na Brettcie, wyszłam z białej sali.
Korytarz był dość długi i szeroki. Ściany w kolorze mlecznej czekolady były obwieszone licznymi obrazami. Każdy z nich przedstawiał co innego. Na jednym były piękne wiosenne kwiaty, na innym dom na wzgórzu. Wszystkie były dość interesujące, jednak moją uwagę przykuł jeden szczególny.
Był to wielki portret dwojga zakochanych ludzi. Stali oni tyłem i trzymali się za ręce. Chłopak był o wiele wyższy od dziewczyny w brązowych lokach. W tle majaczyła jakaś woda. To był chyba najciekawszy obraz w całym szpitalu.
-Jest piękny- wyszeptałam sama do siebie. Widok bardzo mnie poruszył.
-Ten obraz?- zapytał mój towarzysz i spojrzał na mnie.- Według mnie jest ładny, ale nie piękny. Tak mógłbym określić tylko i wyłącznie ciebie- wyszeptał z zbliżył swoją twarz do mojej. Jego zielone tęczówki przyciągały niczym magnez. Jedną dłonią trzymał moją talię, a drugą musnął mój policzek. Zbliżył swoje usta chcąc mnie pocałować, lecz odsunęłam się.
-Już zapomniałeś o Tori? Szybko ci poszło- powiedziałam z wyrzutem. Jak mógł w tak krótkim czasie zapomnieć o swojej poprzedniej dziewczynie, która zginęła tragicznych okolicznościach.
Zrobiło mi się też przykro, bo gdzieś w głębi serca, zależało mi na tym, aby mnie pocałował. Chciałam, znów poczuć się kochaną i bezpieczną, jednak nie potrafiłam zrobić tego mojej nieżyjącej już przyjaciółce.
-Alice, to nie tak. Ty nie wiesz wszystkiego- szepnął, a w jego głosie wyczułam posmak zawodu i bólu.
-Ona przed śmiercią zerwała ze mną, Ona nigdy mnie nie kochała. Z resztą powinnaś przeczytać jej list do ciebie. Była tu pani Ulrrey i przyniosła go, kazała też życzyć ci powrotu do zdrowia.
-Przepraszam, ja nie... nie wiedziałam- zrobiło mi się głupio. Chłopak wrócił ze mną do pokoju i pomógł zająć miejsce na łóżku. Potem podał mi list i bez słowa wyszedł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz