środa, 20 listopada 2013

rozdział 24

Brett odprowadził mnie pod same drzwi domu. Uściskaliśmy się, a ja odprowadziłam go wzrokiem do końca ulicy. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Nie zdążyłam ściągnąć butów, gdy Rebbeca wyszła z kuchni, aby zamienić ze mną kilka słów.
-No, już się zaczynałam martwić- powiedziała. Uśmiechnęłam się przepraszająco, na co pokiwała tylko głową.
-Przepraszam, mogłam zadzwonić, albo coś...- urwałam. Nie było jakoś bardzo późno, dochodziła dziewiąta. Przestraszyłam się, że rodzice zaczną mnie niańczyć, jednak macocha jakby czytała mi w myślach.
-Alice, spokojnie. Maż już szesnaście lat i dobrze wiesz co ci wolno, a czego nie. Jesteś odpowiedzialna i nie zamierzam, być teraz jakaś nadopiekuńcza. Nie denerwuj się. Po prostu po tym wszystkim, co się ostatnio dzieje, jestem troszkę zaniepokojona.
-Rozumiem. Będę na siebie uważać, obiecuję- uśmiechnęłam się, ciesząc się, iż rozmowa nie przypominała żadnego przesłuchania, jakie zrobiłby tata.- Byłam w Brettem w mieście, nic takiego.
-No to się cieszę. Chcesz coś zjeść?- zapytała, już spokojniejsza.
-Dopiero co jadłam dzięki... mamo- szepnęłam. Po raz pierwszy, w życiu nazwałam Rebbece mamą. Był to wielki wyczyn, zważywszy na to, że całkiem niedawno straciłam biologiczną matkę.
Rebbece napłynęły do oczu łzy. Podeszła do mnie i mocno przytuliła.
-Kocham cię, Alice- wyszeptała.
Obudziłam się około siódmej rano. Wyjrzałam przez okno i upewniłam się, że pogoda dopisuje. Postanowiłam trochę pobiegać. Założyłam szare dresy białą koszulkę na ramiączkach. Zawiązałam gumkę na włosach i wyszłam na paluszkach z domu.
Biegłam równym tempem dobrze znaną mi ścieżką. W uszach miałam słuchawki od iPoda. Skupiłam się na słowach piosenki Lany del Rey i po prostu biegłam. Lubiłam od czasu do czasu trochę się poruszać.
Minęłam jakieś cztery przecznice i zatrzymałam się przy sklepie spożywczym. Była tam ławka, obok której stał automat z piciem. Wrzuciłam do niego monetę i chwyciłam butelkę wody. Odkręciłam korek i upiłam łyk. Oparłam się o ławkę i włączyłam w odtwarzaczu "Durch Den Monsun". Podkręciłam regulator na maxa i uśmiechnęłam się pod nosem. Dopiłam do końca wodę i wyrzuciłam butelkę do kosza.
Już miałam wracać do domu, gdy stanęłam jak wryta. Po drugiej stronie ulicy stał oparty o ścianę James. Uśmiechał się z wyższością. Przełknęłam głośno ślinę. Nie wiedziałam jak długo tam stał. Przestraszona rozejrzałam się, lecz w pobliżu nie było nikogo innego. Ulica była dosłownie pusta.
Z miejsca poderwałam się i pobiegłam w kierunku domu. Niestety mój "przyjaciel" przewidział moją reakcję i natychmiast puścił się biegiem, by mnie dogonić. Łzy ciekły mi po policzkach. Byłam przerażona. Nagle poczułam ucisk na nadgarstku i zostałam pociągnięta do tyłu. Chłopak wyrwał mi z uszu słuchawki, które spadły na ziemię. Mocno chwycił moje ramiona i przyjrzał mi się.
-Kto by się spodziewał?- powiedział swoim ochrypłym głosem. Próbowałam się wyrywać, ale nie miałam najmniejszych szans.- I co boisz się?
-Zostaw!- wrzasnęłam. W odpowiedzi potrząsnął mną.
-Jaka odważna się zrobiłaś.
-Puść mnie!
-Bo co? Twój kochaś skopie mi dupe? Nie boję się!
-Proszę...-załkałam. O dziwo James puścił moje ramiona, jednak złapał za nadgarstek.
-Jeszcze się zobaczymy, Alice. Jeszcze się zobaczymy.
Cofnął się o krok, a ja nie czekając na nic ruszyłam pędem do domu. Przez łzy ledwo co widziałam.
Niestety biegnąc potknęłam się o nieszczęsne słuchawki iPoda. Porządnie poździerałam sobie dłonie, a mimo to biegłam co sił w nogach. Chciałam znów poczuć się bezpiecznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz