niedziela, 8 grudnia 2013

rozdział 31

Wyszłam z James'em z jego mieszkania, gdy wybiła ósma. Powoli się ściemniało.
Szliśmy szeroką alejką nic nie mówiąc. Czułam się już lepiej. Niby wciąż byłam zraniona i czułam potworny żal do Bretta, ale w jakimś stopniu się z tym... pogodziłam? Nie, to nie było to. Pogodzić się z tym nie umiałam. Lepiej brzmi, że zrozumiałam to co się stało. Nagle przyszło mi coś do głowy. Co pomyślał sobie o tym wszystkim James? Obronił mnie przed chłopakiem, który wcześniej uratował mi życie i którego wcześniej kochałam. To było chore.
-James?
-Tak?- spojrzał na mnie. Jego twarz rozświetlił słodki półuśmiech.
-Powiedz mi, tylko szczerze, co myślisz o tym co się dzisiaj działo?
Nie odpowiedział od razu. Spuścił wzrok i wziął głęboki oddech. Pokręciłam głową, pewnie miał mnie za idiotkę, która daje się poniewierać facetowi. Albo gorzej, mógł sobie pomyśleć, że go okłamałam z tym pożarem. Przestraszyłam się.
-Alice, jak mam być szczery to myślę, że to kawał gnoja. Wcześniej, jak mnie tak pobił to zrobił na mnie wrażenie. No wiesz, zdobył mój szacunek broniąc cię. Ale dzisiaj...
-On nigdy wcześniej się tak nie zachowywał.
-Możliwe, ale nie powinnaś go teraz usprawiedliwiać. Przecież on mógł cię skrzywdzić!
-Nawet sobie nie wyobrażałam, że może coś takiego zrobić. Tłumaczę ci, że nigdy nie widziałam, żeby pił chociaż jakiegoś drinka, a co dopiero, żeby był tak pijany.
Skręciliśmy w bardziej zatłoczoną część parku. Latarnie uliczne już się zapalały.
-Odpowiesz mi na jedno pytanie?- spytał po chwili James.
-To zależy...
-Od czego?
Prychnęłam.
-Strzelaj.
-Nadal go kochasz?
Tym pytaniem zbił mnie z pantałyku. Otworzyłam szerzej oczy, by po chwili je zamknąć. Jedną ręką poprawiłam nerwowo grzywkę.
-Alice?- jego głos był pełen niepokoju. Staliśmy na brzegu ścieżki, a mijający nas ludzie kompletnie się nami nie interesowali.
-Nie wiem- wyszeptałam. Słona strużka spłynęła mi po policzku, więc ukryłam twarz w dłoniach.
-Wybacz...
Bez zastanowienia wtuliłam się w chłopaka. Uroczym gestem pogładził mnie po włosach, starając się mnie jakoś uspokoić. Westchnęłam. To wszystko w jednej chwili stało się takie skomplikowane. Moje życie stanęło do góry nogami. Przygryzłam wargę, ponieważ kolejne łzy cisnęły mi się do oczu.
-Czekaj, weźmiemy taksówkę.
James podszedł do ulicy i jednym machnięciem ręki przywołał taksówkę. Złapał mnie za rękę i pociągnął do samochodu.
Siedzieliśmy z tyłu, gdzie mogłam spróbować dojść do siebie. Chłopak wyjął z kieszeni paczkę chusteczek i podał mi jedną. Przetarłam oczy do sucha i spróbowałam się uśmiechnąć. Ułatwił mi to widok mojej twarzy w wyświetlaczu telefonu. Wyglądałam koszmarnie i tylko, i wyłącznie z tego powodu roześmiałam się. Było to po prostu głupie, no ale cóż. Widząc moją reakcję James również wybuchł śmiechem.
Dojechaliśmy pod mój dom około godziny wpół do dziesiątej.
-To tu teraz mieszkasz?- zapytał blondwłosy chłopak, zamykając drzwi taksówki.
-Zgadza się- posłałam mu lekki uśmiech.
Odprowadził mnie pod drzwi i już miał zrobić krok w tył, by wrócić do samochodu, ale się zawahał. Stałam oparta o drzwi i patrzałam w jego oczy. Przyglądaliśmy się sobie jak zaczarowani i wtedy James zrobił to, czego mogłam się już po nim spodziewać. Pocałował mnie. Ten pocałunek różnił się od wcześniejszych. Po pierwsze, był nieśmiały, słodki. Po drugie, ja się nie opierałam. No, a na koniec, przerwał nam przeraźliwy wrzask mojej macochy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz