niedziela, 17 listopada 2013

rozdział 21

Kiedy otworzyłam oczy oślepił mnie blask słońca. Usiadłam na łóżku, próbując przypomnieć sobie wydarzenia minionego wieczoru. Wzdrygnęłam się na bolesne wspomnienia twarzy James'a. Rozejrzałam się po pokoju, szukając wzrokiem Bretta. Niestety, chłopaka nigdzie nie było. Poszłam do łazienki, aby się trochę odświeżyć. Wzięłam orzeźwiający prysznic, a mokre włosy przerzuciłam sobie za ramię. Owinięta miękkim ręcznikiem wróciłam do swojego pokoju. Sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić która godzina. Ku mojemu zdziwieniu zegarek na wyświetlaczu wskazywał już wpół do pierwszej. Wyciągnęłam z szafy parę błękitnych rurek i szarą bluzę z kapturem. Od razu jak się ubrałam, zeszłam do kuchni coś zjeść. Będąc już na schodach usłyszałam jak Rebbeca rozmawiała z moim ojcem. Musiał wyjechać na plan filmowy, aż do Californi. Uchyliłam drzwi kuchenne i uśmiechnęłam się do rodziców.
-Wreszcie wstałaś, jak miło- zaśmiał się tata. Jego spojrzenie było... niepewne? Chyba tak. Po wczorajszych nieprzyjemnościach nie był do końca pewny co powinien teraz zrobić.
-No, tak- odpowiedziałam i zajęłam miejsce przy drewnianym stoliku.-Mogłabym prosić o miskę płatków?- spojrzałam na Rebbece. Zasadniczo mogłam to zrobić sama, ale nie przepadała zbytnio za tym, jak kręciłam się jej po kuchni. Kobieta posłała w moim kierunku przyjazny uśmiech i podała mi miskę z jedzeniem.
Wcinając płatki, przysłuchiwałam się rozmowie rodziców. Po skończonym temacie wyjazdy taty, rozpoczęli dyskusję o planach kupna nowego samochodu. Rozmowa nie interesowała mnie kompletnie, więc przerwałam im.
-Tato, gdzie jest Brett?- spytałam z pełną buzią.
-Wyszedł rano, nie chciał cię budzić.
-Aha- mruknęłam. Dokończyłam moje późne śniadanie i poszłam do ogrodu. Usiadłam na drewnianej huśtawce i okryłam się ramionami. Mimo, że jakiś tydzień temu skończyła się zima ciągle panował chłód. Co prawda tu u nas w Los Angeles nie ma typowej zimy, zdarza się śnieg, ale długo nie cieszy.
Odepchnęłam się nogą i huśtawka skierowała się do przodu. Oparłam głowę o oparcie i przymknęłam powieki. Była spokojna. Po raz pierwszy od bardzo dawna była zwyczajnie spokojna. Zaakceptowałam śmierć matki i najlepszej przyjaciółki, wreszcie to do mnie dotarło. Brakowało mi ich obu, jednak jakoś musiałam sobie radzić. Zdawałam sobie sprawę, że to osiągnięcie zawdzięczałam po części zielonookiemu chłopakowi. Cały czas nie wiedziałam co z nim zrobić. Zależało mi na nim. Phi, to aż za mało powiedziane. Tyle, że ojciec miał rację. To wszystko działo się zbyt szybko, trzeba było zwolnić. Westchnęłam. Czy nic nie mogło być tak proste jak chciałam? Jak widać nie. Los uwielbiał robić sobie ze mnie żarty i podkładać mi nogi, ale nie przewidział on jednego. Że tyle razy ile będę upadać, tyle razy się podniosę.
Bujałam się lekko w spokojnym, leniwym rytmie. Wdychałam zapach świeżych kwiatów i cieszyłam się chwilą. Z tej perspektywy świat wydawał się całkiem przyjemny. Zmieniłam pozycję i położyłam się na huśtawce. Nogi ugięłam w kolanach, a rękę zwiesiłam ku ziemi. Dotknęłam opuszkami palców mokrej trawy. Zaśmiałam się sama nawet nie wiem czemu. Nie było w tym nic sztucznego, śmiałam się ot tak, po prostu. Nie wiem dokładnie ile tak leżałam, kołysana na świeżym powietrzu, ale otworzyłam oczy dopiero, gdy usłyszałam dźwięk swojego imienia.
-Alice! Alice!- wołał kobiecy głos, rozpoznałam w nim macochę.-Telefon ci dzwoni!
-Już idę!- krzyknęłam. Z niechęcią wróciłam do domu, gdzie uderzyła mnie fala ciepła. Nie zdawałam sobie dotychczas sprawy z tego jak zmarzłam. Szurając nogami wspięłam się na piętro. Weszłam do pokoju i sięgnęłam po telefon leżący na biurku. Niestety, w chwili gdy telefon znalazł się w mojej dłoni przestał dzwonić. Numer był mi nieznany, dlatego odłożyłam telefon na bok. Podeszłam do szarych drzwi i pchnęłam je lekko. Wyjęłam z mojej "pracowni" sztalugę, płótno oraz zestaw farb olejnych. Ustawiłam wszystko na środku mojego pokoju i poniosłam się fantazji. Tak dawno nie malowałam, że zrobiło mi się prawie głupio. Była to moja pasja od dziecka.
Praca zajęła mi raptem dwie godziny, a efekt był jak dla mnie zadowalający. Obraz przedstawiał blondynkę, w białej sukience stojącą w samym środku pola pszenicy. Za nią malował się blask słońca.
Zostawiłam malowidło, żeby wyschło. Usiadłam przy komputerze i włączyłam stary przebój Nirvany. Zaczęłam przeglądać Tumblr'a, potem Besty, a na końcu odwiedziłam Facebook'a. Z uśmiechem zwróciłam uwagę na listę chat'u. Mniej więcej po środku było interesujące mnie nazwisko.
Hej -napisałam. Niemal od razu Brett mi odpisał.
Cześć piękna
Co u ciebie -napisałam uśmiechając się szeroko do monitora laptopa.
Całkiem nieźle ale lepiej to ty mi powiedz jak ci leci
Coraz lepiej :) przed chwilą namalowałam coś dla macochy
Umiesz malować???
Nie jakoś bardzo haha musiałbyś sam zobaczyć
Dobra mam pomysł przyjdę jutro po ciebie koło czternastej co ty na to
Zgoda -ten plan szybko przypadł mi do gustu.
Pisałam z tym chłopakiem, jeszcze parę dobrych godzin. W końcu, jakoś trzeba było się poznać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz