Z trzaskiem zamknęłam drzwi i przekręciłam w nich wszystkie możliwe zamki.
-Tato!- krzyknęłam. Usłyszałam jak ktoś zbiega z piętra. Spróbowałam się uspokoić. Przetarłam oczy dłońmi, co okazało się błędem. Moje zadrapane dłonie krwawiły.
Na dole pojawiła się przestraszona Rebbeca.
-Co się stało, Alice?- spytała lustrując mnie wzrokiem.
-Gdzie jest tata? Poszłam pobiegać i, i...- zakryłam twarz zewnętrzną częścią dłoni.- James! Tam był James!
Rozpłakałam się na dobre. Mama, to znaczy macocha zabrała mnie do kuchni i posadziła na krześle. Była jeszcze w szlafroku. Wyciągnęła z szuflady obszerną apteczkę. W ciszy przemywała wodą utlenioną moje rany. Nie dość, że się bałam to jeszcze było mi źle, że wciągnęłam w to wszystko moją rodzinę.
-Przepraszam- powiedziałam. Marzyłam tylko o tym, aby Rebbeca mi wybaczyła.
-Dziewczyno, za co ty mnie przepraszasz? Przecież to nie twoja wina- pokręciła głową. Na jej twarzy malował się ból.- Nawet tak nie myśl. Jesteś moją córką i nie masz za co przepraszać, naprawdę.
Przytuliłam się do niej, a potem opowiedziałam o wszystkim co się wydarzyło.
-Źle, że Jack wyjechał- krótko skomentowała, podsumowując moje słowa.
-Co teraz będzie?- spytała. Byłam już o wiele spokojniejsza. Wiedziałam, że w domu nic mi nie grozi ze strony Jamesa. Nawet nie wiedział, gdzie mieszkałam.
-Należałoby zgłosić to na policję...
-Nie!- przerwałam jej. Skarciła mnie wzrokiem, jednak nim coś powiedziała, dała najpierw mi dojść do głosu.- Mamo, zaczekajmy. Przecież tak naprawdę jeszcze nic się nie stało. Martwię się, że jak wciągniemy w to policję to tylko sprawa się pogorszy.
Kobieta założyła swoje blond włosy za ucho.
-Czy ty sama siebie słyszysz? Jak to nic się nie stało?! Kto wie co by się stało gdyby nie Brett... Nie możemy siedzieć i czekać, aż naprawdę stanie się coś strasznego!
-Postaw się w mojej sytuacji!- krzyknęłam. Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z nią w taki sposób. Szczerze doceniałam to jak się o mnie martwiła, ale ja naprawdę nie miałam najmniejszej ochoty mieszać w tego władz.
Rebbeca odetchnęła głęboko i spojrzała w sufit.
-Dobrze. Zaczekamy. Może i masz rację, tylko zrozum mnie. Ja cię kocham i boję się, żeby nic złego ci się nie przytrafiło.
Poszłam do swojego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Rzuciłam się twarzą na łóżko. W takiej chwili normalni ludzie żrą czekoladę czy ryczą, ale ja nie wiedziałam co robić. Zdjęłam swoje adidasy i rzuciłam je w kąt. Powoli przeciągnęłam przepoconą koszulkę przez głowę i również rzuciłam nie wiadomo gdzie. Podeszłam do szafy i założyłam czarną bluzkę z ćwiekami oraz parę dżinsów. Zebrałam cały bałagan w jedną kupkę i wyniosłam do łazienki. Jako, że kosz był pełny wrzuciłam wszystkie rzeczy do pralki i ustawiłam program prania. Zeszłam na dół, trzymając w ręku buty do biegania. Odłożyłam je na miejsce i poszłam do kuchni. Na stole leżał talerz z kanapkami i kubek gorącej herbaty.
Po śniadaniu zabrałam mojego psa Cookie'ego do ogrodu. Próbowałam go nauczyć aportować, lecz szczeniakowi sprawiało to wiele oporów. Oczywiście chętnie biegał za patykiem, jednak nigdy go nie oddawał. Mimo szczerych chęci, nie udało mi się szczerze uśmiechnąć. Cały czas miałam przed oczami uśmiech Jamesa, a na samą myśl o nim dostawałam dreszczy.
Obawiałam się jeszcze jednego. Mianowicie reakcji Bretta, na to co się stało. Mogłam siedzieć cicho i ukrywać to przed wszystkimi, z wyjątkiem niego. To on uratował mnie przed wcześniejszym atakiem Jamesa, więc stwierdziłam, że powinien wiedzieć. Pokręciłam głową. Nie powinnam go w to wciągać, lepiej dać mu spokój. Pozostawało tylko pytanie...
Czy będę umiała ignorować zielonookiego chłopaka?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz