środa, 18 grudnia 2013

rozdział 33

Obudziłam się na zimnej podłodze, cała zesztywniała. W pokoju panowały egipskie ciemności. Przymrużyłam oczy, czekając, aż przyzwyczają się do otaczającego mnie mroku. Z westchnieniem podniosłam się z podłogi. Bolała mnie głowa, jakby ktoś uderzył mnie młotkiem. Zwinęłam się w kłębek, na cieplutkim łóżeczku. Przymknęłam powieki i już zasypiałam, jednak usłyszałam jak coś delikatnie puka w okno. Powoli usiadłam i przeciągnęłam się. Podeszłam do uchylonego okna i stanęłam jak wryta. Na ulicy stał Brett, a w garści trzymał małe kamyki. Na mój widok opuścił dłoń i uśmiechnął się. Otworzyłam drzwi balkonu, co jeszcze bardziej go ucieszyło, ale nie przewidział mojej reakcji.
-Wynoś się stąd!- syknęłam. Widać było, że nie jest już tak pijany, jak wcześniej. Jego twarz była umazana zaschniętą krwią, wyglądał strasznie.
Po moich słowach zbladł. Nie spodziewał się czegoś takiego. Odwróciłam się na pięcie i zamknęłam szklane drzwi i okno. Usiadłam przy biurku, by zapalić małą lampkę. Teraz nie było już mowy o śnie. Z szuflady wyjęłam szkicownik oraz różowy, futerkowy piórnik. Na kratkowanej kartce zaczęłam wypisywać wszystkie wyzwiska, jakie przychodziły mi do głowy. Idiota, palant, świnia, cham, pustak, dureń, kretyn...
Dopiero, gdy mokra plama skapnęła na papier uświadomiłam sobie, że głośno szlocham. Ukryłam twarz w dłoniach, chcąc zniknąć. I wtedy przypomniałam sobie słowa Tori, które zapisane miałam w liście od niej. Myślała, że Brett będzie moim księciem z bajki, że będziemy razem szczęśliwi.
Myliła się.
Wyszło na to, że chłopak był skończonym dupkiem, a ja byłam w nim całkowicie zakochana. I to był właśnie problem. Kochałam tego drania, mimo wszystko. Nie potrafiłam o nim zapomnieć, a niczego innego tak bardzo nie chciałam.
Podniosłam głowę, ponieważ znów dało się usłyszeć irytujący odgłos małych kamieni, uderzających w okno. Dosyć tego, pomyślałam. Rozwścieczona poderwałam się z krzesła, zabierając z biurka kartkę papieru i wyszłam na balkon.
Brett być skołowany, sama nie wiem czemu. Albo nie spodziewał się, że jeszcze raz wyjdę na balkon, albo zgasił go widok mojej zapłakanej twarzy. Kto wie, może jedno i drugie...
-Zabieraj się stąd! Już!- krzyknęłam.
W odpowiedzi chłopak tylko pokręcił głową, więc rzuciłam w niego zgniecioną kartką. Oparłam ręce o metalową balustradę. Widziałam jak Brett czyta mój "list", a jego twarz wykrzywia jakiś grymas, lecz nic mnie to nie obchodziło. Miał za swoje. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Żeby raz na zawsze rozwiązać ten problem. Weszłam do pokoju i podniosłam swoją komórkę. Szybki ruchem wybrałam odpowiedni numer, by po chwili rozmawiać z James'em.
-Halo, Alice?- spytał. Jego głos zadziałał na mnie dość uspokajająco.
-Cześć. Nie obudziłam cie?
-Nie, nie. A co?
-Wiesz, to trochę głupie, ale chciałam cię o coś prosić. Mianowicie, czy mógłbyś przyjść pod mój dom?
-Nie ma problemu, tylko powiedz mi, po co?- zaśmiał się do słuchawki. Poczułam suchość w gardle, nie wiedząc jak to chłopakowi powiedzieć.
-Noo, to jest tak, że Rebbeca śpi, a ja muszę wyjść i to natychmiast. Gdybyś pomógł mi zejść z balkonu...
-Ej, zaczekaj. Ja chcę, żebyś mi wyjaśniła, po co chcesz w ogóle wychodzić gdzieś o tej godzinie i to bez wiedzy twojej mamy.
-Brett tu przyszedł- wyszeptałam.
-Ten gnój tam jest?!
-James, posłuchaj mnie teraz uważnie. Przede wszystkim opanuj się.
-Jestem spokojny- burknął.
-Widzę właśnie. Dobra nieważne! Chodzi mi o to, że chcę z nim porozmawiać. Dać mu do zrozumienia, że popełnił taki błąd, którego już mu nie wybaczę.
-I ja mam cię tam puścić samą?
-Nie. Myślałam, żebyś ze mną poszedł. Nie wiem, co Brettowi przyjdzie do głowy, a z tobą będę się czuć bezpieczniej- powiedziałam. Mój głos drżał od emocji.
Usłyszałam jak James bierze głęboki wdech.
-To jak? Przyjdziesz tu?
-Okey, będę za piętnaście minut.
-Dziękuję.
-Do usług, piękna- powiedział i się rozłączył.
Doskoczyłam do szafy i wyjęłam z niej czarne rurki i czerwoną bluzkę. Wciągnęłam na nogi trampki i wyszłam na balkon.
-Alice, porozmawiajmy- zaczął zielonooki chłopak.
-Przymknij się- warknęłam. Rozejrzałam się i wróciłam do pokoju. Do kieszeni włożyłam tylko telefon. Chciałam zabrać też kurtkę, niestety była na dole na wieszaku, a nie ryzykując pobudki macochy nie mogłam tam zejść. Westchnęłam i otworzyłam małą szufladkę. Wyjęłam z niej szczotkę i rozczesałam włosy. Po raz kolejny wyszłam na balkon. Starałam się jak najszczelniej przymknąć drzwi.
Nie czekałam długo. Za końcu ulicy zobaczyłam jakiś samochód, który zawrotną prędkością podjechał pod mój dom. Wyszedł z niego wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Bezszelestnie podszedł pod sam balkon i spojrzał w górę, kompletnie ignorując przy tym Bretta.
-Gotowa?- zapytał szczerząc się James.

2 komentarze: