Nadszedł ranek. nowy dzień pełen kolejnych zaskakujących wydarzeń. Siedziałam przy kuchennym stole jedząc śniadanie w towarzystwie Rebbec'y i ojca. Macocha przygotowała moje ulubione ciasto jagodowe. Było całkiem miło, jednak panowała dziwnie sztywna atmosfera.
-Pomyślałam, że może poszłybyśmy razem na zakupy, co ty na to Alice?- zapytała mnie Rebbec'a.
-Chętnie.
-Dobra. To ty sobie spokojnie dojedz, a ja uprzątnę kuchnię. Jak troszkę odpoczniemy to możemy iść, co?
-Zgoda, ale czy nie mogłybyśmy jechać? Chciałabym odwiedzić galerie handlową, tylko, że ona jest tak daleko- zaczęłam marudzić. Tak na prawdę szło się tam może ze 20 minut, jednak nie chciałam iść pieszo i przyglądać się całemu światu. Kobieta popatrzyła na mnie z lekkim zdziwieniem i kiwnęła głową.
-W porządku. Jack zawiózłbyś nas?- skierowała pytanie do taty. Ten zrobił zbolałą minę i powiedział:
-Wybaczcie moje drogie, lecz nie czuję się na siłach, żeby prowadzić teraz samochód. Za to mogę zadzwonić po limuzynę. Wiem, że nie lubicie zwracać na siebie uwagi, no ale co ja wam zrobię.
Rebbeca zgodziła się i zabrała za zmywanie, a ja poszłam do "mojego" pokoju. Był to ciasny pokoik, w którym mieszkałam, gdy się tu zatrzymywałam. Czarne ściany były ozdobione graffiti, które osobiście stworzyłam w wieku 14 lat. Były to różnego rodzaju nuty i napisy. Sporo tego było i wszystko sama wymyśliłam. Podłoga była wyłożona jasnymi panelami. W kącie stało biurko, na którym leżał mój różowy laptop i magnetofon. Pod oknem znajdowało się metalowe łóżko z piękną czarno-białą pościelą. Ogólnie cały pokój był w tych dwóch kolorach (za wyjątkiem komputera i kilku napisów na ścianach).
Podeszłam do sporej szafy z lustrem. Otworzyłam ją i zaczęłam przeglądanie wieszaków z ubraniami. Było ich na prawdę niewiele, ponieważ wszystkie moje rzeczy leżały sobie w moim domu. Po krótkim czasie zdecydowałam się na zniszczone dżinsy oraz czerwoną koszulkę z napisem: NO MORE TEARS. Mimo, iż koszulka nie pasowała do mojego obecnego nastroju stwierdziłam, że warto ją założyć. Z szuflady wyjęłam moją ulubioną pieszczochę i kilka kosmetyków. Stercząc przed lustrem malowałam swoje wielkie, ciemne oczy. Gdy skończyłam poszłam na korytarz gdzie leżały moje stare trampki. Założyłam je i byłam gotowa.
-Jestem gotowa!- zawołałam. I wtedy zadzwonił mój telefon. Odebrałam niemal natychmiast, nie zerkając nawet na wyświetlacz.
-Cześć, Alice- usłyszałam wesoły głos Tori. Zszokowana zorientowałam się, że dziewczyna nic nie wie o moim cierpieniu i ostatnich przeżyciach.
-Hej- wyszeptałam. Poczułam nagle wielką gulę w gardle. Zdenerwowałam się, gdyż nie wiedziałam czy powinnam jej o wszystkim powiedzieć.
-Słuchaj, wybieramy się dziś z Brett'em na koncert. Może chciałabyś do nas dołączyć?
-Tori, nie mogę. W sobotę zginęła moja mama...- urwałam, bo głos mi się złamał. Na wspomnienie matki rozpłakałam się.- Nigdzie z tobą nie wyjdę. Nie mogę, wybacz.
-Ale jak to zginęła? Alice, dlaczego nic mi wcześniej nie powiedziałaś...- bardzo zaskoczyłam moją przyjaciółkę. Nie miała pojęcia co przechodzę.
-Wyjaśnię ci później, jak się spotkamy, a nie teraz przez telefon. Ja idę na zakupy. Narka.- Rozłączyłam się nie dając jej możliwości pożegnania. Usiadłam na podłodze i spróbowałam się uspokoić. Nie było to łatwe, ale udało się. Kiedy podniosłam głowę zobaczyłam Rebbec'e. Stała sobie oparta o ścianę i przyglądała mi się. To spojrzenie mnie wkurzyło, bo było przepełnione współczuciem i troską. Nie prosiłam się o współczucie.
-Gotowa? Czy dać ci jeszcze minutkę?- zapytała uśmiechając się nieśmiało. Przejrzałam się w ekranie telefonu, by upewnić się, że makijaż się nie rozmazał. Było w porządku, dlatego bez słowa wyszłam.
W limuzynie było okropnie. Nienawidziłam, tego środku transportu, ponieważ zwracał niepotrzebną uwagę.
Usiadłam sobie na obitym białą skórą fotelu i włączyłam pilotem radio. Usłyszałam w nim końcówkę ulubionej piosenki mojej mamy- Part of me. Od razu zmieniłam stację. Mój pierwszy wybór trafił na jakiś stary kawałek Tokio Hotel. Niestety słowa poprzedniej piosenki dźwięczały mi w uszach: "This is the part of me that you're never gonna ever take away from me, no!" Było to mądre zdanie, jednak za bardo przypominało matkę. Wściekła wsłuchałam się w tekst nowego utworu, lecz nic to nie dało.
Kiedy nareszcie dojechałyśmy na miejsce z miejsca udałyśmy się do mojego ulubionego sklepu. Przymierzyłam masę ubrań, począwszy od krótkich topów, a kończąc na sukienkach dyskotekowych. Rebbeca szczerze komentowała każdą stylizację i dzięki niej udało mi się zapomnieć o zmartwieniach. Gdy wózek zakupowy był już pełny przeniosłyśmy się do działu z butami, gdzie znalazłam genialne trampki. Były czarne z czerwonymi sznurówkami i do połowy łydki. Załadowałam je do reszty rzeczy i powędrowałam w kierunku biżuterii. Moja towarzyszka stwierdziła, że świecidełka potrzebne są każdej kobiecie i załadowała do wózka mnóstwo wisiorków, kolczyków oraz bransoletek. Ja sama sięgnęłam po jeden z pierścionków. Następnie poszłyśmy po trochę kosmetyków i okazało się, że nie mamy miejsca na wszystkie te rzeczy. Rebbeca wcisnęła tylko kilka sztuk pudru i cieni, po czym udałyśmy się do kasy. Cena zwalała z nóg, jednak moja macocha wiedziała ile to będzie kosztować i spokojnie zapłaciła. Dzięki wysokiej pensji ojca mogliśmy żyć jak w jakiejś bajce.
Po powrocie do domu byłam nawet szczęśliwa, ale tylko odrobinkę. Podziękowałam Rebbece i weszłam do swojego pokoju. Okazało się, iż do mojej szafy nie zmieści się nawet połowa kupionych rzeczy, dlatego zostawiłam to wszystko w reklamówkach, a sama poszłam spać wykończona męczącym dniem.
Cytat i tytuł zaczerpnięty z utwory Katy Perry "Part of me". :]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz