wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział IV

Siedziałam zamknięta w ciemnym salonie. W całym mieszkaniu panowała grobowa cisza.
Kiedy wróciłam z ojcem do domu od razu zamknęłam się właśnie w tym pokoju. Do tej pory tylko siedziałam i płakałam. Nie mogłam znieść myśli, że moja matka nie żyje. Nie umiałam sobie poradzić z tym wszystkim. Bezskutecznie szukałam odpowiedzi na te same pytania: Co dalej? Gdzie teraz będę mieszkać? Co dalej? Jak ja sobie poradzę bez mamy? Co dalej? Co dalej? Tak, to pytanie błądziło. Bo co miała niby być dalej? Nic. Pustka. Uważałam, iż moje życie straciło cały sens. Cały czas kłębiły się we mnie te same emocje, strach, ból, tęsknota. Niewiedza powodowała lęk, a brak opiekuńczej i kochającej matki tęsknotę.
Ból był spowodowany chyba wszystkim, stratą najbliższej mi osoby, osamotnieniem i brakiem wizji szczęścia. Te wszystkie rozmyślania prowadziłam przez całą noc.
Nad ranem wstałam z kanapy i podeszłam do okna, ale nie odsłoniłam zasłon- ciemność mnie uspokajała. Stałam i tępo patrzyłam w przestrzeń. Nagle ktoś złapał za klamkę, jednak te nie otworzyły się, ponieważ podstawiłam pod drzwi stolik do kawy. Mimo, że czułam się samotna, nie chciałam nikogo widzieć.
-Alice, wpuść mnie- powiedział ojciec. Jego głos, także był przepełniony bólem, lecz nie potrafiłam mu współczuć. Za bardzo przytłaczała mnie moja własna porcja bólu.- Alice, proszę cię, daj mi wejść.
Nie miałam zamiaru, ani go wpuścić, ani się do niego odezwać. Moje cierpienie nie dawało mi możliwości wyjść nawet do taty. Złapał on jeszcze raz za klamkę i spróbował wejść siłą, jednak próba ta zakończyła się fiaskiem.
-Posłuchaj mnie, nie możesz zamknąć się teraz w sobie. A właśnie to robisz! Dziewczyno musisz z kimś porozmawiać. Jak nie ze mną to z kimś innym. Jeśli tego chcesz to zadzwonię do Tori...- urwał. Pomyślałam sobie, że moja najlepsza przyjaciółka nie jest tu mile widziana. Ojciec jej nie znosił, więc był bardzo zdesperowany, bym wyszła do ludzi. Mimo wszystko, zdecydowałam, iż nic nie powiem. Niestety on ani myślał się poddać.- Alice! Wyjdź z tego pokoju! Błagam cię, ja już nie wiem co robić. Pomóż mi.- Uderzył pięścią w drzwi.
-Koniec- szepnęłam. Był to tylko cichutki szmer, którego tata nie mógł usłyszeć. Po jakichś 20 minutach usłyszałam, jak odchodzi. Po raz kolejny się rozpłakałam. Nie wiem ile to już razy łzy ciekły mi po policzkach, ale niespodziewanie poczułam się zmęczona. Było to chyba normalne, gdyż nie spałam od jakichś 20h. Usiadłam na podłodze i przymknęłam oczy. Męczące myśli nie dawały mi spać, ale teraz zmęczenie wzięło górę. Nim się zorientowałam już zasnęłam.
Niestety, dręczyły mnie potworne koszmary i sen nie przyniósł ulgi wykończeniu. Czarno-białe obrazy były straszne. Przedstawiały mnie jako małą dziewczynkę i moich rodziców kłócących się. Ja siedziałam na trawie i trzymałam się za kolana, zaś moi opiekunowie niemo krzyczeli na siebie nawzajem. Brak jakichkolwiek kolorów czy dźwięków dodawał tej scenie grozy. Po chwili wizję tę zastąpiła inna, sama nie wiem czy gorsza. Widziałam w niej moją mamę płaczącą. Była sama a ja stałam w progu i się w nią wpatrywałam. Dobrze pamiętałam tę scenę- miałam wtedy 7 lat. Ojciec spakował walizki i wyszedł, żegnając się ze mną. Zaraz, jednak i ten obraz został zastąpiony innym. Nie mogłam zrozumieć co ta scena miała do poprzednich. Zobaczyłam bowiem Tori całującą Brett'a. Stali na środku jakiejś ulicy przytuleni do siebie. Wyglądali uroczo. Niespodziewanie obraz zaczął nabierać barw, bardzo realistycznych barw. Zakochani obściskiwali się, a wizja robiła się coraz dziwniejsza. Wszystko zaczęło się kręcić i wirować, do tego doszedł dźwięk jakby pisk hamulcy. I wtem jeden długi krzyk Tori i jedno cichutkie słowo Brett'a- koniec.
Nagle otworzyłam oczy. Leżałam na podłodze cała spocona. Wokół panowały egipskie ciemności.
-Tato!- zawołałam zrozpaczona. Miałam już dość bycia samą. Miałam w głębokim poważaniu jak teraz wyglądam i która godzina. Chciałam, aby mój tatuś mnie przytulił.
-Alice, otwórz mi- powiedział spokojnie ojciec. Pewnie go obudziłam i tak doszły wyrzuty sumienia do mojego lęku. Podeszłam powolutku do drzwi i uchyliłam je. Moim oczom ukazał się zatroskany ojciec, która z miejsca przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Tym razem, o dziwo, nie rozpłakałam się. Poczułam się w miarę dobrze. Nie byłam szczęśliwa, tylko zadowolona z obecności bliskiej mi osoby.
-Przepraszam- szepnęłam.
-Kochanie, nic się nie stało. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Wszystko się ułoży. Zasługujesz na szczęście.
Pomyślałam, że ma racje. Chyba zasługiwałam na coś lepszego, niż śmierć matki. Żal ścisnął mnie za gardło i jedna kropla skapła na koszulę taty. Ścisnął mnie mocniej i powiedział coś bardzo ważnego:
"Będzie dobrze, wiem łatwo powiedzieć, ale lepiej mieć nadzieje, niż siedzieć i nic nie mieć."
Rzeczywiście, miał on racje. Od pustki lepsza jest nadzieja, której płomyk właśnie został zapalony.


Słowa ojca Alice są zaczerpnięte z piosenki Grubsona pt. "Naprawimy to". To naprawdę ważne cytat, warty zapamiętania. ♥ Pozdrawiam ;**     
byBellaaa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz